Myślę sobie o tym powoli kończącym się mundialu i zmęczyło mnie to wszystko, tak szczerze. Nawet nie chodzi mi o godziny rozgrywania spotkań, odwykłem od przekonania, że Europa jest pępkiem świata i wszystko musi odbywać się w takich godzinach, żeby panowie z Niemiec czy Polski mogli obejrzeć wszystkie mecze przy kufelku piwa, a rano komfortowo wstać do pracy.
Jude Bellingham – to o nim śpiewa teraz Anglia. Gwiazda Realu Madryt to nowy David Beckham
Zmęczyła mnie liczba spotkań. Chociaż uczciwie muszę przyznać, że kiedy pierwszy raz usłyszałem, że na tegorocznych mistrzostwach świata zagra 48 drużyn, właściwie nie wzbudziło to we mnie żadnej większej reakcji. Uśmiechnąłem się tylko pod nosem, że teraz to już na pewno awansujemy, choć jak już wiemy, nawet to udało się nam spier***ić.
Kropki zacząłem łączyć, kiedy dowiedziałem się, że tegoroczny mundial potrwa grubo PONAD miesiąc. Mecz otwarcia został rozegrany 11 czerwca, a finał odbędzie się dopiero 19 lipca.
Nagle dotarło do mnie, że ja nie mam na to wszystko czasu
Gianni Infantino, czyli szef FIFA, na tegorocznym mundialu zastosował technikę znaną z platform VOD. Dosłownie zasypał nas wszystkich piłkarskim contentem. Tegoroczny mundial to aż 104 spotkania. Jeszcze we Francji w 1998 r. – to mundial, który wielu z nas rozpamiętuje – było tych spotkań o 40 mniej.
Przyjmując, że ktoś chce obejrzeć każde, a mecz to mniej więcej dwie godziny, to osiem i pół dnia wyjętych z życia. Nie chcę myśleć, ile związków się rozpadnie przez tę imprezę.
To dokładnie jak z Netflixem, Disney+ i jeszcze jakimś HBO Max. Kupujesz te wszystkie platformy, bo coś cię na nich interesuje, chcesz zobaczyć jedną czy dwie pozycje. Reszty nie oglądasz, bo nie masz czasu, a w ogóle to gubisz się w ilości premier i produkcji. Wieczór z Netflixem można dziś równie dobrze spędzić po prostu na skakaniu pilotem pomiędzy poszczególnymi pozycjami. Dwie godziny można coś wybierać, a nie oglądać. To nawet jest (pseudo)naukowo opisane. Nazywa się to syndromem Netflixa. To teraz mamy jeszcze syndrom FIFA.
I co, to koniec? No właśnie – nie. Okazuje się, że zgodnie z popularnym memem Infantino dopiero się jednak rozkręca, a ja po prostu się nie wyrabiam za zmieniającą się rzeczywistością.

Otóż Gianni Infantino mundial z 48 drużynami uważa za swojego rodzaju etap przejściowy, a za cztery lata na mundialu w Hiszpanii, Portugalii i Maroku (dodajmy, że trzy pierwsze drużyny mają zostać rozegrane w Argentynie, Paragwaju i Urugwaju, co za absurd) miałyby w jego wizji zagrać 64 drużyny.
Haaland, nowy król Norwegii. Wszyscy kochają Erlinga
Ponieważ w FIFA zrzeszonych jest 211 narodowych federacji piłkarskich (ciekawostka: więcej niż uznawanych państw), matematyczne szanse na awans to już mniej więcej 30 proc. Coś dla naszych orłów.
Tak naprawdę chodzi tylko o sztuczne wywoływanie zainteresowania
W ramach ciekawostki – jeszcze w 1992 r. w mistrzostwach Europy grało osiem drużyn. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez wiele lat, ale jeszcze w turnieju finałowym (hasło-klucz) w 1976 r. grały drużyny... cztery. Tak naprawdę mistrzostwa Europy były wtedy tym, czym dzisiaj są eliminacje. A, to, co dziś nazwalibyśmy Euro 1976, było po prostu turniejem finałowym całych mistrzostw.
Turniej finałowy trwał od 16 do 20 czerwca 1976. Pięć dni. Dziś trudno sobie to w ogóle wyobrazić, bo przecież takie mistrzostwa Europy to gigantyczny biznes. Tu dochodzimy do sedna sprawy.
Nie jest to oczywiście zaskoczenie: więcej meczów to więcej kasy
To bardzo prosta logika. Kto z państwa ogląda mecze podczas eliminacji do mundialu inne niż reprezentacji Polski? Ktoś czasem włączy jakieś lepsze starcie w innej grupie, ale generalnie: nikogo to nie obchodzi.
Rzecz w tym, że spotkania Norwegii i Włoch w eliminacjach do mundialu (był taki mecz, oba zespoły były w jednej grupie eliminacyjnej) nikt nie obejrzy. A mecz obu tych drużyn w fazie grupowej obejrzy może nie każdy, ale już naprawdę wielu kibiców.
Stąd już krótka droga do mundialu na 64 drużyny, ja w pewnym sensie naprawdę to rozumiem.
Tylko z drugiej strony mam tego dość. Wspomniałem w tytule, że ja tego mundialu nie obejrzałem. I tak rzeczywiście było. Ominęło mnie kilka ciekawych spotkań, całą filmową historię Wysp Zielonego Przylądka, najlepszego underdoga tegorocznego mundialu, po prostu przespałem.
W zamian moje życie nie stanęło w miejscu, a ja zacząłem oglądać te mistrzostwa tak solidnie dopiero gdzieś od ćwierćfinałów. Zachowałem świeżość, zachowałem zainteresowanie piłką, czekam na półfinały nerwowo tupiąc nóżką, a nie czekając tylko, aż się ten koszmar skończy.

