Kiedy Morgan Rogers zdecydował się oddać strzał na bramkę Norwegii w trzeciej minucie dogrywki, komputer pokładowy Jude’a Bellinghama uruchomił się jako pierwszy. Pomocnik Realu błyskawicznie przetworzył dane i ruszył do sprintu, wiedząc doskonale, że kumpel posyła uderzenia na tyle mocne, iż są w stanie sprawić kłopot każdemu bramkarzowi na świecie.
Orjan Nyland był bohaterem starcia z Brazylią, jednak tym razem zawalił. Próbował złapać bardzo mocny strzał – to fundamentalny, szkolny wręcz błąd. Bellingham już tam czekał i po chwili cieszył się z drugiego gola w Miami.
Czytaj też: Mundial 2026: półfinały. Te drużyny zagrają o awans do ostatecznej rozgrywki
Ojciec Erlinga Haalanda, Alf-Inge, do późnych godzin nie mógł się pogodzić z tym, że Norwegia jedzie do domu, twierdząc, że stało się tak dzięki sędziom. Przypominał to w komentarzach pod postami znanych dziennikarzy – Fabrizio Romano czy Henry’ego Wintera. A chodzi oczywiście o sytuację, w której arbiter nie przerwał gry, a po której padła bramka dla Anglii. Piłka trafiła bowiem w kabel od kamery (tzw. Spider-cam).
Zgodnie z przepisami rozjemca meczu powinien wstrzymać grę i oddać piłkę drużynie, która przy niej się znajdowała. Tyle że nikt tego nie zauważył. Angielscy fani uznają to za dobry omen – 40 lat temu to oni zostali skrzywdzeni przez oszustwo Maradony i gapiostwo sędziów, gdy Diego strzelał gola niesławną „ręką Boga”. Tym razem los uśmiechnął się do Wyspiarzy.
Złość Thomasa Tuchela
Anglicy zastanawiali się przed tym meczem, jak zatrzymać Haalanda, a Norwegowie – Harry’ego Kane’a. Tymczasem okazało się, że bohaterem został ktoś inny. Dwa momenty geniuszu Bellinghama załatwiły drużynie prowadzonej przez Thomasa Tuchela awans do najlepszej czwórki. Jednak gra zespołu nie zadowoliła niemieckiego selekcjonera. Mówił po spotkaniu o braku płynności, tempa, błędach taktycznych. Był zły na swoich zawodników.
Można tylko gdybać, czy miał w głowie utrzymanie swoich graczy blisko powierzchni ziemi, czy naprawdę czuł się rozczarowany. Nie siedzimy w głowie Tuchela. Faktem jest natomiast, że Anglicy nie wyglądali na drużynę kontrolującą, dominującą przeciwnika. Mieli problemy ze stwarzaniem sytuacji. Nie po raz pierwszy podczas tego turnieju.
Bellingham grzecznie odpowiedział na zarzuty trenera, twierdząc, że Anglia trafiła po prostu na bardzo mocnego rywala i czasem zwycięstwo trzeba wyszarpać, zaś styl schodzi na dalszy plan.
Tuchel wie jednak, jak to brzmi – został przecież zatrudniony po to, by nie tylko przebić osiągnięcia Garetha Southgate’a (czytaj: zdobyć mistrzostwo świata), ale też odmienić styl gry zespołu. Z tym drugim różnie jednak na mundialu bywa. Anglicy momentami wyglądają jak stara wersja siebie z ostatnich lat. Ale kibice chyba o tym zapomnieli. Towarzyszy im euforia związana z awansem do najlepszej czwórki mistrzostw. Gdy śpiewali przebój „Hey Jude” po ostatnim gwizdku, Bellinghamowi zaszkliły się oczy.
Wsparcie od mamy
To jest dla niego fantastyczny turniej. Ma na koncie już sześć goli. Tyle co Harry Kane. Nikt nie oczekiwał po nim takich cyferek, choć już w Realu Madryt pokazał, że potrafi to robić. Ale chwalony jest również za to, jak zachowuje się poza boiskiem. Zawsze do dyspozycji mediów, zawsze mający coś sensownego do powiedzenia. Chłopak, dla którego mama poświęciła tak wiele, by mógł zrobić karierę – np. przeprowadziła się z nim do Niemiec, gdy tam grał (z Haalandem w drużynie zresztą), ma swój prime i w pełni na niego zapracował.
Czytaj również: MŚ 2026. Argentyna i Anglia w półfinałach. Porażki Szwajcarii i Norwegii
Przypomina w tym Davida Beckhama, który oklaskiwał młodszych kolegów z trybun stadionu w Miami, gdzie ma swój wielki piłkarski biznes, klub Inter zatrudniający Leo Messiego. Becks także zawsze starał się pilnować światów równoległych – futbolu, PR-u, finansów, mody. Bellingham podąża jego śladem i również staje się ikoną popkultury, co szczególnie w amerykańskiej rzeczywistości przyjmowane jest z należną atencją.
Wcześniej bywało tak, że z wnętrza kadry płynęły głosy (oczywiście anonimowo), jakoby Jude nie zawsze przedkładał dobro zespołu nad własne. Ale podczas mundialu zupełnie tego nie widać. Odpuścił, stał się po prostu jednym z piłkarzy, który ma świadomość momentów magii. Anglicy mówią na takich gości „proper lad”. Znów wielka w tym zasługa mamy.
Kiedy więc mówi o swoim dziadku, o którym myśli podczas odgrywania hymnu Anglii, czy wtedy, gdy zatrzymuje się w strefie wywiadów przy dziennikarzu na wózku, jako jedyny z angielskich zawodników, to nawet jeśli tkwi w tym element budowania wizerunku – przekazuje dobre wartości. Bellingham to materiał na idola. Świetnie gra w piłkę, ładnie się wysławia, dobrze wygląda – niektórzy uważają, że mógłby zagrać Jamesa Bonda. To pakiet kompletny we współczesnym sporcie.
Wielki charakter
Anglicy martwili się wysoką formą Haalanda, ale z gry wyłączył go... Alexander Sorloth. To właśnie on zawalił sprawę w kluczowym momencie meczu. Martin Odegaard otworzył akcję ofensywną Wikingów, ale Sorloth, zamiast zagrać piłkę do Haalanda w sytuacji dwóch na jednego, wybrał najgorszy scenariusz – zwolnił tempo i zaczął się bez sensu kiwać. Było to przy stanie 1:0 dla Norwegów. Wkrótce Bellingham wykończył cudownie akcję Anthony’ego Gordona i Anglia, choć męczyła się niemiłosiernie, wróciła do gry.
Kiedy Argentyna nie wie, co robić, patrzy błagalnie na Messiego. W meczu przeciwko Szwajcarii nie strzelił gola, co jest sytuacją wyjątkową na tym mundialu. Anglicy mają dwóch takich zawodników. Harry Kane nie zagrał w Miami dobrego meczu, właśnie wtedy nadzieje pokładane są w Bellinghamie. Obaj dowożą podczas turnieju. Są prawdziwymi liderami zespołu.
Czytaj również: Rosyjscy sportowcy wracają do rywalizacji. MKOl zdecydował
A przecież było kilka trudnych momentów, choćby prowadzenie DR Konga i dublet Kane’a czy piekielnie wyczerpująca konfrontacja z Meksykiem.
Anglia pokazuje charakter w kluczowych momentach. Nie podpala się, nie pęka na robocie. Rzadko bywa widowiskowa. Potrafi wręcz stworzyć wrażenie, że rywal ma wszystko w swoich rękach. Norwegowie naprawdę prezentowali się na tle Anglików dobrze.
Poza pierwszym spotkaniem, świetnym, przeciwko Chorwacji, drużyna Tuchela wygrywała dzięki doświadczeniu turniejowemu, przebłyskom gwiazd, momentom magii. Na koniec dnia była bardziej konkretna.
Flashback
Konfrontacja z Argentyną przywołuje mnóstwo wspomnień. Przecież Anglia nigdy nie zapomniała o tym, co zrobił Diego Maradona. Bramka zdobyta ręką od czterech dekad siedzi jak drzazga w samym środku serca. Ale czasem dobrze jest dostać okazję rewanżu.
Oczywiście takowe po drodze się już pojawiły, najgłośniejsza to ta z 1998 roku, kiedy Diego Simeone sprowokował Beckhama i młody wówczas pomocnik obejrzał czerwoną kartkę. Osłabiona Anglia zremisowała 2:2 i odpadła po serii rzutów karnych. Piłkarz Manchesteru United stał się wrogiem publicznym numer jeden. Tabloidy go miażdżyły. Przeżył najgorsze chwile w życiu.
Temperatura starć z Argentyną zawsze jest olbrzymia. Tym razem będzie podobnie, szczególnie przy tak wysokiej stawce, jak awans do finału.
Anglia grała z Argentyną po raz ostatni na mundialu 24 lata temu, w azjatyckim turnieju na boiskach Korei i Japonii. Wtedy gola z karnego strzelił Beckham, biorąc niewielki, choć rewanż na Argentyńczykach.
Dla Anglików Argentyna jest na pewno lepszym rywalem niż Hiszpania czy Francja. Jedni i drudzy od lat grają najładniejszą piłkę na mundialu. Z kolei Argentyńczycy, podobnie zresztą jak Synowie Albionu, momentami „krwawią”. Prześlizgnęli się z Republiką Zielonego Przylądka, cudem uratowali się w starciu z Egiptem i grali dogrywkę ze Szwajcarami.
Co ciekawe, Messi nigdy nie grał przeciwko Anglii, a przecież ma na koncie ponad 200 występów w koszulce Argentyny. Tak jak przed meczem z Norwegią zasypały nas porównania Haalanda i Kane’a, tak teraz zestawiani są Messi i Bellingham. Schodzący z wielkiej sceny król i młokos, który marzy o tym, by doprowadzić giganta do łez.
Kto jak nie ja?
Na pewno Anglia musi zagrać lepiej niż we wszystkich poprzednich starciach mistrzostw świata. Defensywa zostanie sprawdzona przynajmniej kilka razy – Argentyna od pasa w górę wygląda świetnie, to nie tylko Messi. Ale też trzeba przestać liczyć jedynie na przebłyski. Gdyby nie dzień konia Bellinghama, starcie z Norwegią byłoby prawdopodobnie ostatnim w turnieju. W ofensywie Anglicy praktycznie nie istnieli.
Kto wie, może znów obudzi się Kane. Nigdy nie wolno lekceważyć tego snajpera. 120 meczów w kadrze (wyrównał rekord Wayne’a Rooneya) i 85 goli. Napastnik Bayernu, choć może spać spokojnie w kwestii zmiany pokoleniowej, widząc, jak gra Bellingham i że ta reprezentacja po jego zejściu ze sceny będzie miała swojego lidera, nie zamierza jeszcze odpuszczać. Wie, że bez jego goli o upragniony tytuł mistrzowski będzie piekielnie trudno.
Kane to wciąż kandydat do korony króla strzelców. Aby jednak tak się stało, trzeba awansować do finału, dać sobie więcej szans, eliminując jednocześnie Messiego, jednego z głównych (obok Kyliana Mbappé) rywali.
Jedno jest pewne. Jeśli Harry zostanie bohaterem, Jude przyjmie to z pokorą. Zrozumiał bowiem, że tak postępują najwięksi. Są do dyspozycji drużyny, kiedy ich potrzebuje, zamiast budować swoje ego na bazie pracy kolegów.
Dlatego Bellingham nie boi się ciężkiej roboty. Pressingu, doskoku, powrotu. Pokazuje się do rozegrania i finiszuje akcje zespołu. Na mundialu wygląda jak piłkarz kompletny.
Czytaj również: Mundial 2026. Nietypowa pamiątka po MŚ. FIFA jest w stanie sprzedać wszystko
Kiedy uratował Anglików podczas EURO 2024 spektakularnym golem, kamery wychwyciły okrzyk: „Who else?!”. Czyli: „Kto jak nie ja?”. W ciągu ostatnich dwóch lat dojrzał piłkarsko, a te mistrzostwa są czystym dowodem takiej tezy. Gra w gigantycznym klubie – Realu Madryt – zawsze poddanym tysiącom opinii i wątpliwości, zawsze z presją na sukces, do złudzenia przypomina reprezentowanie Anglii. Jude Bellingham w obu tych światach porusza się z wielką gracją.

