- Dla Norwegów napastnik Manchesteru City jest dziś prawdziwym królem, który zjednoczył cały naród wokół piłkarskiego święta.
- Haaland jedzie przez turniej jak walec, notując szaloną serię meczów z przynajmniej jednym golem na koncie.
- Z dorobkiem 7 bramek na MŚ rzuca wyzwanie największym gwiazdom i udowadnia, że potrafi błyszczeć także w kadrze.
- Fenomenalna forma kadry Solbakkena to nie przypadek, ale efekt unikalnego systemu szkolenia, który chroni przed przedwczesnym wypaleniem.
- Norwegowie postawili na radość ze sportu i teraz zbierają plony w postaci zawodników rzucających wyzwanie Anglii.
Ta scena rozczuliła cały kraj. Księżniczka Ingrid Alexandra, która razem z bratem, księciem Sverre Magnusem, oglądała z trybun mecz przeciwko Canarinhos, zeszła do szatni, by pogratulować wielkiego zwycięstwa drużynie Ståle Solbakkena. No i oczywiście wyściskać głównego bohatera spektaklu, Haalanda, który stanął przed nią w stroju właściwym dress code’owi szatni – półnagi.
Nikt jednak nie uznał Haalanda pozbawionego koszulki, ściskającego przyszłą królową, za nietakt. Ponieważ dla Norwegów prawdziwym królem jest dzisiaj Erling. Kto by się zresztą przejmował etykietą w tak historycznej chwili?
Zachowaj pokorę
Przeczytaj także: Trump wywołał piłkarski skandal. „Cały proces był bezczelny i arogancki”
Haaland jest Haalandem. Każdy, kto obserwuje karierę norweskiego napastnika na przestrzeni kilku ostatnich lat, doskonale wie, że ten groźny z pozoru olbrzym, terroryzujący każdą linię defensywną, budzi powszechną sympatię jako człowiek. Także wśród kibiców drużyn przeciwnych, choć fani Arsenalu mogliby temu zaprzeczyć. Niektórzy z nich pamiętają jeszcze pewnie słowa Haalanda wypowiedziane do trenera londyńczyków, Mikela Artety: „Stay humble”.
Erling powiedział po pewnym czasie, że słynne „zachowaj pokorę” to ważna życiowa zasada.
– To powiedzenie, z którego wiele osób powinno korzystać, włącznie ze mną – przyznał.
Podkreślił również, że pokora jest dla niego czymś całkowicie naturalnym.
– Jestem po prostu Norwegiem i nie powinienem myśleć, że jestem kimś wyjątkowym tylko dlatego, że strzelam gole. Po prostu jestem Erlingiem.
Haaland z całą pewnością nie zostanie jednym z tych zawodników, którzy mieli okazję błyszczeć w piłce klubowej, a ze względu na słabą reprezentację nie ugrali niczego ważnego dla ojczyzny. Jak choćby w przeszłości Ryan Giggs, walijska legenda, choć pobrudzona syfem, jakiego narobił w życiu prywatnym (romans z żoną brata), Manchesteru United.
Haaland, syn byłego reprezentanta Norwegii, Alfa-Inge, który także miał okazję wystąpić na mistrzostwach świata, podąża inną drogą. Sam miał zresztą gigantyczny udział w tym, że Norwegia znalazła się na turnieju, awansując w iście kosmicznym stylu z grupy, w której zdemolowała Włochów.
Przeczytaj także: Na emocje trzeba było czekać 120 minut. Znamy ostatniego ćwierćfinalistę mundialu
Tata obserwuje jego wyczyny z trybun, często z zaszklonymi oczami po ostatnim gwizdku. Bo nawet Haalandowi seniorowi, który karierę Erlinga miał okazję obserwować od pierwszego kroku, w głowie się nie mieszczą rzeczy, jakie syn robi na boisku.
Wejście z buta
Wielu fachowców uważało Norwegów za ciekawostkę, w najlepszym przypadku nadawało im status czarnego konia mundialu, choć patrząc na ich dokonania w kwalifikacjach, szczególnie w kwestii zdobywania bramek, mogły się te opinie jawić jako co najmniej niedoszacowane i dziwne.
Mecz przeciwko Brazylii rozwiał ostatecznie wątpliwości, a jeśli Wikingowie uporają się z kolejną przeszkodą, jednym z kandydatów do zdobycia mistrzostwa świata, Anglią, będzie to sukces, który zbuduje na zawsze legendę piłkarzy z jedenastki Solbakkena. Niewykluczone też, że cokolwiek stanie się dalej, Ødegaard, Nyland, Nusa i inni na zawsze zyskają status kultowych graczy.
Przeczytaj także: Znamy pary ćwierćfinałowe mundialu. Potęgi na kursie kolizyjnym
Sam Haaland jechał na turniej z wielkimi nadziejami, to niezwykle ambitny, wciąż bardzo młody (25 lat) człowiek. Ale w najśmielszych snach nie mógł przypuszczać, że razem z kolegami będzie walczył o półfinał mundialu i jednocześnie koronę króla strzelców, rzucając wyzwanie Kylianowi Mbappé, Leo Messiemu czy Harry’emu Kane’owi, mając pełną świadomość, że ci grają po prostu w otoczeniu lepszych piłkarzy.
Haaland w starciu z Brazylią w New Jersey udowodnił, że jest napastnikiem światowej klasy. Zrobił to już, rzecz jasna, wcześniej, wchodząc do Premier League, najbardziej wymagającej ligi świata, z buta. Konkretnie – złotego buta, bo w pierwszym sezonie strzelił 39 goli we wszystkich rozgrywkach, bijąc klubowy rekord Tommy’ego Johnsona z sezonu 1928/29.
Można więc śmiało stwierdzić, że eksperci piłkarscy – choć znali wcześniejsze dokonania Haalanda na boiskach Bundesligi – ośmielili się mieć wątpliwości co do jego talentu. Angielska elita często weryfikuje śmiałków, to prawda, jednak tym razem role się odwróciły i Haaland postanowił zweryfikować Anglię. 51 milionów funtów, jakie City zapłaciło za Norwega, to jedna z najśmieszniejszych kwot transferowych w historii piłki, zważywszy na bilans wkładu do zysków.
Przeczytaj także: Trener mówi o oszustwie, zawodnicy oskarżają sędziego. FIFA sprzyja Argentynie?
Przezabawnie wspominać można dziś fakt, że niektórzy uznali po pierwszym spotkaniu Haalanda w barwach nowego klubu, przegranym z Liverpoolem o Tarczę Wspólnoty, że... nic z tego nie będzie.
Miałem okazję oglądać z trybun ligowy debiut norweskiego napastnika na boisku West Ham United zaledwie kilka dni po wpadce z Liverpoolem. Haaland był sobą w pełnej krasie, wyglądał, jakby w Manchesterze City grał od 10 lat. Strzelił dwa gole. Maszyna ruszyła.
Umie liczyć gole
Dziś, w 2026 roku, nie mógł uciec od porównań do dawnych napastników reprezentacji Norwegii. A przecież było kilku naprawdę niezłych, że wspomnę tylko o Tore Andre Flo i Ole Gunnarze Solskjærze, który zrobił wielką karierę w koszulce Manchesteru United.
Norwegia długo czekała nie tylko na lepszego niż oni snajpera, ale również na sam mundialowy występ, bo przecież nie zakwalifikowała się do najważniejszej piłkarskiej imprezy od 1998 roku.
– To Haaland sprawił, że cały kraj uwierzył, iż Norwegia może zajść w tym turnieju naprawdę daleko – powiedział Wayne Rooney, który przez lata błyszczał w barwach Manchesteru United. Były reprezentant Anglii ma rację. A obecny, Morgan Rogers, pyta wprost:
– Czy ktoś w ogóle zatrzymał kiedyś Haalanda?
Erling wytrącił swoim oponentom wszelkie argumenty z rąk. Już nikt nie powie, że jest piłkarzem jedynie na klubowy futbol. Dziś zna go cały świat. A Norwegia go kocha, bo, szczerze mówiąc, tego chłopaka nie da się nie lubić.
Przeczytaj także: Egipt chce zawieszenia sędziego. „To były rażące błędy”
Jesienią zeszłego roku cierpliwie czekałem, jako komentator stacji Canal+, w strefie wywiadów po derbach Manchesteru. Oficer prasowy podszedł do mnie nagle i zaanonsował Haalanda. Przyznam, że ogarnął mnie lekki stres. W mixed zone nigdy nie wiesz, kogo przyprowadzą na wywiad. Musisz szybko przestawić mózg na każdy możliwy wariant rozmowy – z napastnikiem, bramkarzem, przegranym, wygranym. Na szczęście przede mną Haalanda przepytać miał dziennikarz z Albanii. Przysłuchując się ich dyskusji, układałem pospiesznie pytania w głowie. Moją uwagę zwrócił fakt, że dziennikarz się pomylił. Haaland w tamtym tygodniu strzelił siedem goli, a Albańczyk powiedział, że sześć. Erling uśmiechnął się i powiedział:
– Chyba siedem.
– Umiesz liczyć swoje gole, co? – zagadnąłem potem.
Norweg okazał się fenomenalnym rozmówcą, a przy okazji przemiłym facetem, takim, od którego w żaden sposób nie bije aura wyniosłego milionera biegającego po boiskach Premier League. To nie jest częste zjawisko, a mówimy o absolutnym światowym topie w futbolu.
Nie może przestać strzelać
Siedem bramek zdobytych na MŚ ma ogromny wymiar. Wielowymiarowy. Pozwala bowiem Norwegii wciąż grać w turnieju, a samemu Haalandowi budować markę piłkarza rozpoznawalnego na całym świecie. Wątpliwe jednak, by w tej chwili głowę Norwega zajmowało zbieranie followersów na Instagramie (ma ich blisko 60 mln, niemal dwa razy więcej niż mistrz Anglii, Arsenal, i ciut więcej niż jego Manchester City). Największe marzenie Haalanda to teraz awans do czwórki i ponowne świętowanie z kibicami, czyli uderzanie w bęben, które jest ścieżką dźwiękową słynnego już na cały świat wiosłowania.
Solbakken:
– Cały naród wiosłuje razem. To symbol jedności. Świętujemy tutaj, w Oslo, i w każdym zakątku Norwegii. To wspaniałe dni dla kibiców. Myślę, że lepiej być dziś fanem niż trenerem.
Norwegia ma nowego idola. W kraju, który przez lata dostarczał kolejnych medalistów w sportach zimowych, teraz cała uwaga skupiła się na piłce. Naród liczy kolejne trafienia Haalanda, a te liczby są naprawdę szalone.
62 trafienia w barwach reprezentacji na 54 rozegrane mecze. No i złota seria – aż 14 spotkań z rzędu z co najmniej jednym golem, a w tej serii aż 27 bramek. Chore.
Haaland po raz ostatni nie trafił do siatki przeciwnika w meczu z Austrią. Miało to miejsce... w październiku 2024 roku. Nic dziwnego, że Anglicy się go boją, choć sami mają przecież w napadzie giganta. Harry Kane ciągnie drużynę narodową na swoich barkach, jako kapitan rozgrywa kapitalny turniej. Bezpośrednia konfrontacja z Haalandem to uczta dla każdego kibica.
Norweg jest w tak genialnej formie, że sam nie zna granicy swoich możliwości.
– Już kilka razy podczas tego turnieju osiągnąłem szczyt, ale co jakiś czas wchodzę na jeszcze wyższy poziom. Jeśli mam jedną czy dwie okazje, bardzo często je wykorzystuję. Taki po prostu jestem. Chodzi o koncentrację i wykorzystywanie szans – wzrusza ramionami.
Norweski model szkolenia
Sukces Norwegii na mundialu, bo za takowy już trzeba uznać awans do ćwierćfinału, jeszcze mocniej nakręci w tym kraju koniunkturę na sport. A ta jest olbrzymia. Co ciekawe, Norwegowie są nacją, która mocno wierzy w sport, który nie zaczyna się od rywalizacji. Wyniki tej dziecięcej nie mają tam znaczenia.
Podjęto takie decyzje, ponieważ zauważono, że w Stanach Zjednoczonych, nastawionych zawsze na sukces, bez względu na dziedzinę, wielu młodych sportowców szybko się wypalało. Był to efekt ciągłego rywalizowania o czasy, trofea, punkty i gole.
Wreszcie sami Amerykanie musieli zauważyć niepokojące dane – coraz większa liczba nastolatków ulegała wypaleniu ze względu na presję i finalnie porzucała sport. Tymczasem Norwegowie postawili na zupełnie inny model. Jego celem jest utrzymanie zainteresowania, tego żaru, jak najdłużej. Bo jeśli dziewczyna czy chłopak w wieku 15–16 lat wciąż chcą uprawiać sport i marzą o zawodowej karierze, to znaczy, że nikt ich po drodze do tego nie zniechęcił. I to jest uznawane za sukces.
Niewykluczone zatem, że wkrótce Norwegia doczeka się kolejnego Haalanda.

