Reklama
Wojsko

Polska naciska na Fort Trump. Wojna z Iranem pokazała, że to może być pułapka

Warszawa chce stałej bazy USA, ale zabiega o nią w momencie, gdy Amerykanie zaczynają kwestionować sens modelu, na którym przez dekady opierali swoją obecność wojskową na świecie. Doświadczenia wojny z Iranem pokazują, że duże i wysunięte bazy mogą być nie tylko atutem, lecz także strategicznym obciążeniem.

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 17:31
14 min
Polska zabiega o stałą bazę wojsk USA w momencie, gdy Waszyngton sam zaczyna kwestionować sens takich baz w Europie (fot. Donald Trump: Radek Pietruszka/PAP; Baza lotnicza Ramstein: Getty Images)
TYLKO NA

W przyszłym tygodniu do Waszyngtonu uda się szef polskiego resortu obrony, a zarazem wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz. Spotka się tam z amerykańskim sekretarzem wojny Pete'em Hegsethem.

Cel wizyty został podany do publicznej wiadomości. Rozmowy mają dotyczyć dalszego poszerzania współpracy wojskowej, realizacji kontraktów zbrojeniowych oraz przede wszystkim kwestii potencjalnego utworzenia w Polsce stałej bazy wojskowej Stanów Zjednoczonych. To właśnie kwestia stałej obecności będzie głównym punktem tej wizyty, przynajmniej z perspektywy Warszawy. W tej sprawie zarówno rząd, jak i prezydent prezentują spójne stanowisko.

Karol Nawrocki reaguje na słowa Donalda Trumpa. „Poważnie, odpowiedzialnie i zawsze razem”

Dodatkowego znaczenia tym rozmowom nadała najnowsza deklaracja Donalda Trumpa. W czwartek amerykański prezydent poinformował, że poczyniono „znaczące postępy” w kierunku utworzenia w Polsce bazy wojsk lądowych USA. „Dzięki odważnemu przywództwu mojego przyjaciela, Karola Nawrockiego, prezydenta Polski, poczyniono znaczące postępy w kierunku utworzenia bazy armii USA w Polsce. Jeśli do tego dojdzie, jej lokalizacja zostanie ogłoszona bardzo szybko. Będzie to historyczny krok dla naszego wielkiego amerykańsko-polskiego sojuszu” - napisał Trump.

 

Reklama
Reklama

Nie będą to jednak zwykłe negocjacje. Polska prowadzi te rozmowy w sytuacji, w której jej bezpieczeństwo zależy od decyzji podejmowanych w Waszyngtonie. Jednocześnie Warszawa ma ograniczony wpływ na to, jak USA kształtują swoją politykę bezpieczeństwa i jaką rolę zamierzają odgrywać w Europie. W głowach polityków nad Wisłą zagościła więc niepewność co do amerykańskiej obecności w Europie.

Stała baza USA w Polsce

Wszystko za sprawą niespodziewanej decyzji Pentagonu z maja. Wówczas ogłoszono nagłe wstrzymanie rotacyjnego rozmieszczania w Polsce 4 tys. amerykańskich żołnierzy. Waszyngton tłumaczył, że decyzja ta poprzedzała ogłoszenie przez Pentagon w czerwcu prac nad szerokim przeglądem amerykańskiej obecności wojskowej na kontynencie.

Na kanwie tej sytuacji w oczach polityków w Warszawie pojawiła się więc realna groźba wycofania amerykańskich wojsk z Polski. Obawy te zostały złagodzone przez deklarację Trumpa dotyczącą wysłania do Polski dodatkowych 5 tys. żołnierzy. Jednak po blisko pięciu miesiącach deklaracji, mimo wcześniejszych zapewnień, nadal nie przedstawiono szczegółów dotyczących terminu, charakteru ani sposobu rozmieszczenia dodatkowych sił.

Trump pisze o amerykańskich bazach w Polsce. Wspomniał o Nawrockim

Reklama
Reklama

Sytuacji tej nie zmieniają kolejne polityczne zapewnienia płynące z Waszyngtonu. Dopóki więc nie zostaną przedstawione konkretne decyzje dotyczące charakteru amerykańskiej obecności, jej lokalizacji oraz zasad rozmieszczenia sił, pozostają one jedynie deklaracjami politycznego poparcia dla „przyjaciela Karola Nawrockiego”.

Jak tłumaczy Pentagon, brak konkretnych decyzji wynika z trwającego przeglądu amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Decyzje o redukcji lub reorganizacji wojsk USA na Starym Kontynencie mają zapaść na przełomie roku.

Mimo wszystko, co jest dość zaskakujące w kontekście polskiej polityki zagranicznej, Warszawa wykazała się w tym zakresie dużą aktywnością. Deklarację amerykańskiego prezydenta o skierowaniu do Polski dodatkowych 5 tys. żołnierzy postanowiono wykorzystać jako okazję do utworzenia w Polsce stałej bazy wojsk USA.

Kierunek jest jak najbardziej słuszny. Warszawa przedstawia swój cel w stosunkowo prostych kategoriach logiki strategicznej: stała obecność sił USA ma stanowić kluczowy element odstraszania potencjalnej agresji ze strony Rosji, a zarazem gwarantować stabilność na wschodniej flance NATO.

Obecność 5 tys. żołnierzy wraz z ich rodzinami jest przede wszystkim polityczną demonstracją woli USA do obrony swoich sojuszników. Stacjonowanie amerykańskich żołnierzy u boku Wojska Polskiego miałoby potwierdzać tę gotowość. Założenie jest bowiem proste: jeśli doszłoby do ataku na Polskę, oznaczałoby to jednoczesny atak na wojska USA. W takiej sytuacji USA byłyby zmuszone zaangażować się w konflikt od samego początku.

Reklama
Reklama

Trump się wściekł. Grozi Europie „bardzo ciężkimi cłami”

Taki sposób myślenia znajduje uzasadnienie w historycznym doświadczeniu amerykańskiej obecności wojskowej w Niemczech Zachodnich podczas zimnej wojny.

Problem polega jednak na tym, że Warszawa zaczęła traktować utworzenie stałej bazy USA jako cel sam w sobie. W tej logice na dalszy plan zeszło podstawowe pytanie: czemu ta baza miałaby realnie służyć i jakie konkretne zadania miałyby być z nią związane?

Najlepiej świadczą o tym doniesienia o potencjalnej lokalizacji bazy. Według publicznych informacji rozważane są trzy regiony: Dolny Śląsk, Wielkopolska i Pomorze. Sam fakt analizowania tych części Polski pokazuje jedno: Warszawa pozostawiła decyzję o miejscu utworzenia bazy stronie amerykańskiej. Ambicją Warszawy pozostaje natomiast samo zapewnienie stałej obecności wojskowej USA.

To istotne rozróżnienie. To Waszyngton będzie wybierał lokalizację bazy zgodnie z własną kalkulacją strategiczną i operacyjną. Tym samym pytanie nie sprowadza się do tego, gdzie z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski powinny stacjonować wojska USA. Istotniejsze jest to, jakiemu celowi ma służyć rozmieszczenie wojsk USA przy zachodniej granicy Polski.

Kosiniak-Kamysz leci do USA. Zapowiedź kluczowych rozmów o stałej bazie

Reklama
Reklama

Taka logika, płynąca bezpośrednio z Warszawy, według słów polskiego ministra obrony wiąże się z wydatkiem sięgającym 17 mld zł i sprowadza się do swoistego strategicznego „odwracania kota ogonem”.

W takiej sytuacji, wobec politycznej chwiejności amerykańskiej administracji, sprowadzamy sens stworzenia mechanizmu automatycznego udziału USA w naszej obronie do wiary w deklaracje sojuszniczej solidarności. Tym samym rezygnujemy z realnej efektywności obecności wojsk USA na terytorium Polski.

Nie jest jednak zaskoczeniem, że Amerykanie, dopuszczając możliwość utworzenia stałej bazy wojsk USA w Polsce, nie są zainteresowani stworzeniem realnego automatyzmu zaangażowania w potencjalny konflikt. Mówiąc wprost: nie chcą dopuścić do sytuacji, w której straty poniesione przez amerykańskie wojska automatycznie wciągnęłyby USA w wojnę.

Nie powinno również dziwić, że USA dążą do utworzenia bazy na własnych zasadach. Warszawa, ze względu na swoją polityczną uległość wobec sojuszników, nie znajduje się bowiem w sytuacji, która dawałaby jej realną możliwość stawiania warunków.

Tak czy inaczej, potencjalna stała obecność wojsk USA w Polsce jest wyrazem politycznej deklaracji, jednak zdecydowanie słabszej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Jej rzeczywista wartość zależy bowiem od gotowości sojuszników do wywiązania się z przyjętych zobowiązań.

Reklama
Reklama

Akt NATO-Rosja

Niezależnie od potencjalnej lokalizacji bazy w Polsce istnieje jeszcze jeden czynnik, który osłabia przekonanie o determinacji USA. Nadal bowiem funkcjonujemy w rzeczywistości sojuszniczej, w której Akt Stanowiący NATO-Rosja z 1997 roku pozostaje politycznym punktem odniesienia wzajemnych relacji.

Zgodnie z jego zapisami, przyjętymi jeszcze przed przystąpieniem Polski do NATO, Sojusz deklarował, że w dającym się przewidzieć środowisku bezpieczeństwa nie będzie podejmował dodatkowego, stałego rozmieszczania sił na terytorium nowych państw członkowskich.

USA ma broń w kosmosie. Ważny urzędnik potwierdził

Choć Polska w 2023 roku próbowała podjąć na forum NATO kwestię wypowiedzenia tego dokumentu, zachodnioeuropejscy liderzy Sojuszu wskazywali, że Rosja, dokonując inwazji na Ukrainę w 2022 roku, sama odeszła od zapisanych w nim zasad. Wobec tego Akt stał się „martwy”, jednak niewypowiedziany.

W realiach polityki międzynarodowej nie liczą się deklaracje o „martwym” akcie. Znaczenie mają realne decyzje, a te przemawiają za tym, że umowa nie została wypowiedziana.

Dlatego decyzja o utworzeniu stałej bazy USA w Polsce niosłaby ze sobą dodatkowy ciężar polityczny w relacjach Waszyngtonu z Moskwą. Tego Amerykanie chcą uniknąć.

Reklama
Reklama

Lekcje z III wojny w Zatoce Perskiej

Problem stałej obecności jest jednak głębszy z punktu widzenia amerykańskiego wojska. Warszawa prowadzi bowiem rozmowy o utworzeniu stałej bazy wojskowej w chwili, gdy same USA podważają zasadność modelu, na którym przez ostatnie dekady opierała się ich globalna obecność wojskowa.

Impeachment Trumpa. Kongres podjął decyzję w sprawie prezydenta USA

Wojna z Iranem pokazała, że zmieniła się nie tylko technologia prowadzenia działań zbrojnych, lecz także ich geometria. Duża stała baza wojskowa, która jeszcze kilkanaście lat temu służyła jako bezpieczne zaplecze operacyjne, dziś jest jednym z najbardziej oczywistych celów pierwszego uderzenia.

Do tej pory amerykańskie bazy pełniły funkcję tzw. sanktuariów. Przykładem jest rozległa baza USA w niemieckim Ramstein, która pod względem powierzchni przypomina bardziej miasto niż jednostkę wojskową. To właśnie w takich miejscach można było magazynować uzbrojenie i paliwo, prowadzić naprawy sprzętu, przyjmować rannych oraz przygotowywać kolejne operacje. Cały ten model zakładał jednak, że zaplecze pozostanie bezpieczne. Przebieg wojny z Iranem pokazał, że model sanktuariów po prostu się wyczerpał.

Widok ogólny na płytę postojową Dowództwa Mobilności Powietrznej w bazie lotniczej Ramstein w Niemczech (fot. Timm Ziegenthaler/Stocktrek Imag / Getty Images)

Przeciwnik dysponujący tanią i inteligentną masą systemów dalekiego uderzenia, dronów i pocisków rakietowych, może prowadzić długotrwałą kampanię przeciwko nieruchomej infrastrukturze wojskowej. Przeciwnik nie musi przy tym niszczyć całej bazy. Wystarczy, że regularnie atakuje hangary, stanowiska dowodzenia, systemy radarowe, składy amunicji i paliwa, pasy startowe czy miejsca koncentracji wojsk.

W ujawnionym raporcie Pentagonu o przebiegu operacji „Epic Fury” Iran zaatakował „setki” amerykańskich obiektów w ośmiu państwach regionu. Przykładem wyczerpania tego modelu jest dowództwo V Floty USA w Bahrajnie. W czasie pokoju baza służyła jako węzeł logistyczny dla amerykańskich sił w regionie. Podczas wojny była jednak systematycznie atakowana, przez co musiała porzucić swoje dotychczasowe zadania. W rezultacie amerykańskie szlaki logistyczne zostały wydłużone do bazy Diego Garcia, leżącej ok. 3500 km od Zatoki Omańskiej. Dziś Amerykanie otwarcie dyskutują o zasadności odbudowy tej bazy.

Reklama
Reklama

O wyczerpaniu tego modelu powiedział wprost były dowódca Centralnego Dowództwa USA (CENTCOM), gen. Frank McKenzie. Odnosząc się do funkcjonowania bazy Al-Udeid w Katarze, stwierdził: „Nikt przy zdrowych zmysłach nigdy nie wysunąłby siedziby CENTCOM 100 mil od Iranu, ale tam właśnie jest”. Natomiast sieć baz w Zatoce Perskiej określił mianem „strategicznego artefaktu”, który powstał w zupełnie innych uwarunkowaniach geopolitycznych.

Trump ogłosił rozejm, który nie trwał jednego dnia. Kolejne ataki na Ukrainie

Równie jednoznacznie wypowiadał się gen. David Petraeus, również były dowódca CENTCOM i były dyrektor CIA. Odnosząc się do doświadczeń wojennych z Iranem, stwierdził: „Prawda jest taka, że po tym, jak zobaczyliśmy skalę środków, które Irańczycy są w stanie skierować przeciwko naszym bazom, jesteśmy dzisiaj znacznie mniej skłonni utrzymywać w nich stałą obecność wojskową”.

Rozwiązaniem tego problemu ma być geografia. Konkretnie odsunięcie stałych baz od potencjalnego przeciwnika. W przypadku zagrożenia ze strony Iranu postuluje się przesunięcie sił z Zatoki Perskiej na zachód, w kierunku wybrzeża Morza Czerwonego, Izraela czy Egiptu.

Wypowiedzi amerykańskich generałów są istotne dlatego, że nie dotyczą wyłącznie Bliskiego Wschodu. Są sygnałem zmiany sposobu, w jaki amerykański establishment strategiczny widzi samą logikę bazowania. Dotyczy to również Europy.

Reklama
Reklama

Trump: Rosja i Ukraina wstrzymają ataki na obiekty energetyczne

USA w Europie

O tym na łamach „Foreign Affairs”, w artykule „Zostawmy Europę Europejczykom”, postulują Jennifer Kavanagh oraz Justin Logan. Autorzy wywodzą się ze środowiska intelektualnego zbliżonego do tego, z którego pochodzi główny strateg Pentagonu, Elbridge A. Colby, pełniący funkcję podsekretarza obrony USA ds. polityki. Postulują oni nie tylko przeniesienie większej odpowiedzialności za konwencjonalną obronę Europy, co zakłada projekt NATO 3.0 prowadzony przez Colby'ego. Rekomendują także bezpośrednie zmniejszenie amerykańskiej obecności w Europie z około 80 tys. do poziomu 40 tys. żołnierzy.

Jako siły przeznaczone do redukcji wskazują przede wszystkim amerykańskie wojska lądowe, uznając je za najdroższe w utrzymaniu dla USA, a jednocześnie najłatwiejsze do zastąpienia przez europejskich sojuszników. W pierwszej kolejności postulują całkowite wycofanie rotacyjnej brygady bojowej rozmieszczonej w Polsce, liczącej około 4 tys. żołnierzy, a następnie 2. Pułku Kawalerii stacjonującego w Niemczech. Autorzy postulują również zmniejszenie liczby amerykańskich eskadr myśliwskich stale rozmieszczonych w Europie z siedmiu do czterech oraz wycofanie trzech niszczycieli USA stacjonujących w hiszpańskiej Rocie.

Reklama
Reklama

Kryzys na rynku ropy nabiera tempa. Huti uderzają w Saudów, Trump odmawia pomocy

Nie jest przypadkiem, że właśnie amerykańskie siły w Polsce znalazły się na początku tej listy. Kavanagh i Logan wskazują bowiem na problem, który z polskiej perspektywy wygląda zupełnie inaczej niż z amerykańskiej. To, co Warszawa traktuje jako podstawową zaletę obecności wojsk USA, a więc ich rozmieszczenie możliwie blisko potencjalnego frontu, z punktu widzenia Waszyngtonu byłoby strategicznym obciążeniem, podobnym do tego, jakie stanowią amerykańskie bazy na Bliskim Wschodzie.

W zamian amerykańskie potrzeby w zakresie obecności lądowej w Europie miałaby zaspokajać jedna lekka brygada stacjonująca we Włoszech, uzupełniona o wybrane jednostki wsparcia. Jak tłumaczą autorzy, pozostawienie takich sił we Włoszech miałoby zapewnić USA większą głębię strategiczną z możliwością stosunkowo szybkiego reagowania na potencjalne kryzysy na kontynencie.

Interes USA

Istotną różnicą między stałą obecnością wojskową USA w Europie a ich obecnością na Bliskim Wschodzie są korzyści gospodarcze i finansowe, jakie arabskie monarchie są w stanie zaoferować.

Przypomnijmy: w ubiegłym roku, podczas podróży do arabskich monarchii, Donald Trump wrócił do Waszyngtonu z deklaracjami ponad dwóch bilionów dolarów zobowiązań inwestycyjnych w USA. Nie była to kwestia gospodarczej dobrej woli arabskich monarchii. Zobowiązania stanowiły element szerszych relacji z Waszyngtonem, który w zamian za inwestycje miał zapewniać bezpieczeństwo.

Reklama
Reklama

Trump: Ukraina musi przestać atakować rosyjskie rafinerie

I właśnie w tym miejscu pojawia się zasadnicza różnica między Europą a Bliskim Wschodem. Jeżeli Waszyngton rzeczywiście zacznie ograniczać swoją obecność wojskową w regionach, w których wysunięte bazy stają się coraz bardziej narażone na atak, takie decyzje nie będą podejmowane wyłącznie na podstawie kalkulacji wojskowej. Amerykanie będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie konsekwencje gospodarcze i polityczne będzie miało wycofanie się z danego regionu.

W przypadku monarchii Zatoki Perskiej ograniczenie obecności wojskowej może wiązać się z ryzykiem utraty bilionowych inwestycji przeznaczonych dla amerykańskich firm. W przypadku Europy, a szczególnie jej wschodniej flanki, mechanizm ekonomicznego powiązania interesów USA z ich obecnością wojskową jest znacznie, znacznie słabszy.

Podstawą amerykańskiej obecności wojskowej w Europie pozostaje jej zimnowojenne dziedzictwo. Problem polega na tym, że z perspektywy Amerykanów zagrożenie ze strony Rosji ma inny charakter niż z perspektywy Polski.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny