„I’m the boss”. Tymi słowami Donald Trump rozpoczął swój udział w posiedzeniu w formacie G7 w Evian we Francji w minioną środę. Gdy je wypowiadał, prezydent Stanów Zjednoczonych wchodził na salę, znając agendę szczytu. Wiedział też, że podczas kolacji w Wersalu podpisze historyczne porozumienie o zawieszeniu broni z Iranem. W miejscu, które narzuciło Amerykanom uwłaczający kontekst symboliczny. Podpisał on porozumienie, które stanowi wstęp do szerokiej normalizacji wzajemnych stosunków z Iranem oraz do potencjalnej przebudowy całej architektury bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie.
Czytaj też: Izrael kontra USA w negocjacjach z Iranem – rozbieżność interesów i sekcja 224
Co najważniejsze, nie było to jednostronne amerykańskie oświadczenie. Nie był to akt łaski zwycięzcy wobec pokonanego. Był to dokument dwustronny, pod którym ze strony Iranu podpisał się prezydent Masud Pezeszkian. Umowę sygnował również mediator procesu, Shehbaz Sharif, premier Pakistanu.
W wymiarze formalnym i symbolicznym Iran został więc potraktowany jako równorzędny podmiot negocjacji. To właśnie ten obraz najmocniej rozbija narrację Trumpa. Prezydent USA mógł powiedzieć „I’m the boss”, ale dokument, który podpisał, nie był dokumentem szefa wydającego polecenia. Był dokumentem polityka, który musiał uznać, że dalsza polityka „maksymalnej presji na Iran” nie daje już USA żadnej przewagi. Jak Trump motywował decyzję o swoim podpisie: „by wojna nie zamieniła się w globalną depresję gospodarczą”, wskazując na deficyt globalnych rezerw ropy naftowej.
Granice ambicji
Od tygodnia media na całym świecie zasypywały opinię publiczną przeciekami, analizami i fragmentami tekstu porozumienia. Jedni opisywali je jako strategiczną porażkę USA. Inni jako zdradę Izraela i nagrodę dla Iranu za przetrwanie wojny. Spór ten nie jest przypadkowy. Treść przyjętego porozumienia uderza bowiem w kilka podstawowych założeń, na których przez lata opierała się amerykańska polityka wobec Iranu oraz w imię których USA rozpoczęły wojnę z Iranem 28 lutego.
Aby zrozumieć wagę tego dokumentu, trzeba cofnąć się do negocjacji przedwojennych. USA weszły w konflikt z Teheranem z katalogiem maksymalnych oczekiwań. Celem nie było jedynie ograniczenie programu nuklearnego Iranu. Było nim przede wszystkim wymuszenie strategicznej kapitulacji irańskiej polityki bezpieczeństwa. Chodziło o podporządkowanie się głównej sile wojskowej obecnej na Bliskim Wschodzie, czyli Stanom Zjednoczonym, oraz ich funkcjonalnemu pośrednikowi — Izraelowi.
Oprócz żądania likwidacji irańskiego programu nuklearnego Waszyngton oczekiwał powstrzymania rozwoju irańskiego programu pocisków balistycznych. Ich masowe użycie podczas tej wojny umożliwiło Irańczykom kontrolę nad konfliktem, a w konsekwencji narzucenie własnych warunków przyjętego porozumienia.
Trzecim żądaniem była likwidacja sieci irańskich wpływów regionalnych. Chodziło o Hezbollah w Libanie, Hamas w Strefie Gazy, Hutich w Jemenie, szyickie milicje w Iraku oraz szerszy układ sojuszy Teheranu na Bliskim Wschodzie. Wszystkie te podmioty były postrzegane jako przedłużenie irańskiej siły. Nadal pozostają one narzędziem wielopoziomowej presji na region i egzekwowania własnych, irańskich, celów.
Kuba pod maksymalną presją USA 2026: blokada ropy i Doktryna Donroe
Należy jednak zaznaczyć, że przed rozpoczęciem wojny nie było mowy o statusie Cieśniny Ormuz. Nie to miało być centrum amerykańskiego nacisku. Ormuz miał pozostawać elementem tła strategicznego, nie zaś osią negocjacji. Waszyngton zakładał, że to Iran będzie zmuszony tłumaczyć się ze swojego programu nuklearnego, swoich rakiet i swoich proxy. Tymczasem rzeczywistość wojny gorzko skorygowała amerykańskie ambicje.
Amerykanie zaczęli od żądania zmiany zachowania Iranu. Skończyli na negocjowaniu warunków otwarcia cieśniny, zniesienia blokady, zwolnień sankcyjnych, uwolnienia zamrożonych aktywów i stworzenia funduszu inwestycyjnego w Iranie, który faktycznie ma charakter funduszu reparacyjnego.
To jest zasadniczy punkt zwrotny. Wojna nie doprowadziła do sytuacji, w której Iran został sprowadzony do pozycji państwa pokonanego. Przeciwnie, wojna zweryfikowała, że Iran posiada dźwignię zdolną oddziaływać na globalny system gospodarczy, a przez to na architekturę bezpieczeństwa stworzoną i zarządzaną przez USA. Tą dźwignią jest Cieśnina Ormuz.
Teheran nie musiał pokonać Amerykanów w klasycznym sensie wojskowym. Nie musiał zniszczyć amerykańskiej floty. Wystarczyło, że pokazał, iż dalszy atak na Iran może przełożyć się na chaos na rynkach energii poprzez zakłócenie jednego z najważniejszych szlaków morskich świata. Na tym tle literalna treść porozumienia nabiera właściwego znaczenia.
Bezpieczeństwo Izraela bez Izraela
Punkt otwierający 14-punktowe porozumienie w istocie nie ma wyłącznie dwustronnego charakteru. Przywołując jego zapis, dotyczy on bowiem deklaracji natychmiastowego i trwałego zakończenia operacji wojskowych na wszystkich frontach. Kwestii, która od dwóch tygodni rozsadzała negocjacje. Jego zapis nie odnosi się tylko do stron porozumienia, lecz również do „ich sojuszników”. Ten ogólnik w postaci „sojuszników” jest kluczowy. O ile wcześniej wskazane irańskie proxy są całkowicie podporządkowane stanowisku Teheranu, o tyle w przypadku sojusznika USA, jakim jest Izrael, nie jest to już tak oczywiste.
Kontekst tego zobowiązania ze strony Amerykanów jest szczególny. Izrael, niewymieniony wprost z nazwy, lecz ukryty pod bezosobową formułą „sojusznika”, zostaje faktycznie wpisany w ramy porozumienia z Iranem. Oznacza to oficjalną linię Waszyngtonu polegającą na podporządkowaniu izraelskiej polityki bezpieczeństwa szerszej logice rozejmu między USA a Iranem.
Zapis pozostaje w istocie najbardziej kruchy, ponieważ wykracza poza umowę dwustronną. Staje się zależny od państwa zewnętrznego, które posiada własne interesy bezpieczeństwa, niezależnie od moralnej oceny sposobu ich egzekwowania przez Izrael. O kruchości tego porozumienia świadczy fakt, że według deklaracji izraelskich polityków Izrael miał zostać poinformowany o treści porozumienia dopiero po jego podpisaniu.
Dość przewidywalne było zatem to, że oprócz medialnej wrzawy w izraelskich mediach, potępiających podpisaną umowę, Izrael zareaguje eskalacją. Wbrew zapisowi o „zaprzestaniu walk na wszystkich frontach, w tym z Libanem” premier Benjamin Netanjahu najpierw poinformował, że nie zamierza wycofywać IDF z okupowanych terytoriów państw ościennych. Następnie poinformował o rozszerzeniu strefy bezpieczeństwa w południowym Libanie. Rozszerzeniu tej strefy kolejny dzień towarzyszą naloty oraz walki z Hezbollahem w pobliżu wzgórza Ali al-Taher.
Na działania Izraela odpowiedział główny architekt tego porozumienia po stronie amerykańskiej, wiceprezydent JD Vance. Potępił te działania, mówiąc:
Gdybym był w gabinecie izraelskiego rządu, mógłbym nie atakować jedynego potężnego sojusznika, który został mi gdziekolwiek na całym świecie.
Znaczenie tej reakcji było tym większe, że w piątek Biały Dom poinformował o przełożeniu planowanej wizyty Vance’a w Szwajcarii. To właśnie tam obie strony porozumienia miały spotkać się w celu rozpoczęcia technicznych rozmów dotyczących wdrożenia porozumienia. Choć oficjalnym powodem przełożenia wizyty miały być kwestie logistyczne, doniesienia medialne wskazują, że powodem mogły być irańskie zarzuty o naruszeniu zawieszenia broni w Libanie.
Tel Awiw znalazł się więc po drugiej stronie polityki faktów dokonanych, którą sam stosuje od lat. Po raz drugi należy podkreślić, że nie chodzi tu o moralny osąd izraelskich działań, lecz o sam mechanizm polityczny. Państwo, którego bezpieczeństwo bezpośrednio obejmuje jeden z kluczowych zapisów dokumentu, zostało postawione przed faktem dokonanym. Z perspektywy Tel Awiwu oznacza to zarządzanie bezpieczeństwem Izraela bez Izraela.
Cena pokoju
Z perspektywy Teheranu, pogrążonego od lat w kryzysie gospodarczym, a teraz dodatkowo osłabionego kampanią powietrzną USA i Izraela, kluczową kwestią ostatecznych rozstrzygnięć staje się perspektywa odbudowy gospodarczej po latach zapaści. Bez tego irański wysiłek wojenny, nawet jeśli pozwolił Teheranowi narzucić własną narrację w konflikcie, byłby jedynie pyrrusowym zwycięstwem. Iran mógłby ogłosić, że przetrwał presję militarną, nie ugiął się pod groźbą siły i zmusił Waszyngton do rozmów. Jednak bez realnego otwarcia gospodarczego taki sukces nie miałby namacalnego efektu.
Czytaj też: Wojna w Libanie i zerwane negocjacje USA-Iran. Co zrobi Trump?
Dlatego w centrum irańskiego interesu znajdują się konkretne korzyści ekonomiczne. Porozumienie przewiduje bowiem kilka mechanizmów, które mają nadać zakończeniu wojny wymiar gospodarczy. Chodzi przede wszystkim o perspektywę zniesienia sankcji, wydanie zwolnień sankcyjnych umożliwiających eksport irańskiej ropy, odmrożenie ograniczonych aktywów oraz stworzenie planu odbudowy i rozwoju gospodarczego o wartości co najmniej 300 miliardów dolarów. Fundusze te miałyby pochodzić nie od amerykańskich podatników, lecz od państw Zatoki Perskiej. To właśnie ten ekonomiczny aspekt porozumienia stanowi o zwycięstwie politycznym, które otwiera drogę do odbudowy państwa i faktycznego umocnienia obecnej władzy w Teheranie.
USA zobowiązały się do zakończenia wszystkich rodzajów sankcji wobec Iranu. Obejmuje to zarówno sankcje międzynarodowe, jak i jednostronne sankcje amerykańskie — pierwotne oraz wtórne. Do czasu ich pełnego zniesienia Waszyngton ma niezwłocznie, po podpisaniu memorandum, wydać zwolnienia umożliwiające eksport irańskiej ropy, produktów ropopochodnych i usług powiązanych. Dotyczy to także transakcji bankowych, ubezpieczeń oraz transportu. Równolegle USA zobowiązują się do pełnego udostępnienia zamrożonych lub ograniczonych irańskich aktywów po wdrożeniu porozumienia. Procedury ich uwolnienia mają zostać uzgodnione w trakcie kolejnego etapu negocjacji.
Istotne jest jednak to, że mechanizmy te nie mają charakteru całkowicie bezwarunkowego. Samo porozumienie zakłada, że rozpoczęcie negocjacji nad ostatecznym układem nastąpi dopiero po podpisaniu memorandum oraz pod warunkiem rozpoczęcia i dalszej realizacji najważniejszych działań wstępnych. Pełne zniesienie sankcji nie następuje więc automatycznie. Ma zostać przeprowadzone zgodnie z harmonogramem uzgodnionym w ostatecznym porozumieniu.
Cieśnina Ormuz
Ze wskazaną deklaracją USA o zniesieniu sankcji, wraz z wejściem w życie porozumienia, powiązane jest zobowiązanie USA do zniesienia blokady morskiej nałożonej na Iran. W czwartek Dowództwo Centralne USA wydało komunikat:
Dzisiaj siły USA zniosły blokadę całego ruchu morskiego wpływającego do irańskich portów i obszarów przybrzeżnych (…) okręty wojenne pozostaną w tym ogólnym rejonie, aby dopilnować, że wszystkie aspekty porozumienia są przestrzegane, respektowane oraz w pełni obowiązują i pozostają w mocy.
Całkowite zakończenie blokady morskiej ma nastąpić w ciągu trzydziestu dni.
W tym zapisie o amerykańskim zobowiązaniu znajduje się jednak coś znacznie istotniejszego. Na tym etapie zbyt wcześnie, aby przesądzać o konkretnym zakresie tego zobowiązania. Jak czytamy w porozumieniu:
USA zobowiązują się ponadto do wycofania swoich sił z bezpośredniego sąsiedztwa Iranu w ciągu trzydziestu dni po zawarciu ostatecznego porozumienia.
Tutaj konieczne jest więc postawienie pytania o zakres wycofania tych sił. Czy chodzi jedynie o usunięcie sił przekierowanych do regionu w ramach wsparcia od początku roku? Czy też zmiany amerykańskiej obecności będą miały charakter głęboko strukturalny i obejmą dziewięć baz w państwach basenu Zatoki Perskiej?
Kluczowy dla przepustowości światowej gospodarki jest jednak piąty punkt porozumienia, który dotyczy zobowiązania Iranu do „dołożenia najlepszych starań i działania na rzecz bezpiecznego przejścia statków handlowych, bez pobierania opłat, wyłącznie przez okres sześćdziesięciu dni”.
Można tutaj zadać pytanie, co w przypadku okrętów marynarek wojennych, na przykład Francji, która aktywnie korzysta z portów w Zatoce, albo okrętów amerykańskich. Przypomnijmy, że dowództwo V Floty USA znajduje się w Bahrajnie. Pytanie brzmi więc, na jakich zasadach będzie odbywać się tranzyt okrętów wojennych.
Taki zapis, podpisany ręką Donalda Trumpa, faktycznie potwierdza irańską kontrolę nad tą arterią światowego handlu. Przez trzydzieści dni faktycznym organem koordynującym przepływ przez cieśninę będzie irański Urząd Kontrolujący Ruch w Cieśninie Ormuz. Natomiast w ostatecznej formule wzajemną kontrolę nad cieśniną będą sprawować Iran wraz z Omanem, ustanawiając „przyszłą administrację oraz usługi morskie”. Jest to faktyczna zapowiedź ustanowienia myta.
Koniec maksymalnej presji?
W ramach przyjętego porozumienia – choć Waszyngton jeszcze go nie opublikował – Iran uzyskał wpisanie swoich najważniejszych postulatów do architektury rozejmu. Nie jest to obietnica końca procesu, lecz warunek jego rozpoczęcia i kontynuacji. To zasadnicza zmiana względem wcześniejszej amerykańskiej logiki „maksymalnej presji”. Wówczas USA nakładały koszty, a Iran miał zmieniać swoje zachowanie. W przyjętym modelu USA muszą te koszty zdejmować, aby Iran pozostał na ścieżce porozumienia.
Czytaj także: Wojna w Libanie a negocjacje USA–Iran – czy Izrael zatrzyma porozumienie?
Dlatego gospodarcze punkty memorandum są politycznie najbardziej wymowne. To one pokazują, że wojna nie zakończyła się prostym zwycięstwem żadnej ze stron, lecz uznaniem realnej dźwigni Iranu. Teheran wymusił więc zmianę kalkulacji. Zmusił Waszyngton do przyznania, że bezpieczeństwo energetyczne, żegluga przez Ormuz i stabilność cen ropy nie mogą być już zarządzane przeciwko Iranowi. Muszą być negocjowane z Iranem.
W tym sensie słowa „I’m the boss” brzmią po lekturze porozumienia niemal karykaturalnie. Szef nie obdarza pieniędzmi tego, kogo właśnie złamał. Szef nie tworzy funduszu odbudowy dla państwa, które miało zostać sprowadzone do roli „błagającego o pokój”. Szef nie wpisuje swoich ustępstw, jeżeli wciąż ma pełnię swobody dyktowania warunków.

