Reklama
Świat

Gra o przetrwanie. Czy Kuba wytrzyma amerykański nacisk?

Waszyngton zaciska pętlę wokół Kuby. Po demonstracyjnym uderzeniu w Wenezuelę kolejnym celem stała się Hawana – pozbawiona energii, osłabiona gospodarczo i naciskana z każdej strony. Administracja Trumpa realizuje krok po kroku strategię podporządkowania półkuli zachodniej.

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 06:05
20 min
Kuba w potrzasku. Maksymalna presja Trumpa i widmo wenezuelskiego scenariusza (fot. Getty Images)
TYLKO NA
  • Waszyngton przeszedł od Doktryny Monroe do Doktryny Donroe. Trump zamienił bierną obronę półkuli zachodniej w agresywną strategię podporządkowania – Kuba jest kolejnym celem po Wenezueli.
  • Kuba straciła 61 proc. dostaw ropy i pogrążyła się w najgłębszym kryzysie energetycznym od dekad.
  • Ameryka uderza nie tylko z zewnątrz, ale próbuje rozbić reżim od środka, celując w GAESA i lojalność elit.

Wraz z rozpoczęciem drugiej kadencji Donalda Trumpa jego administracja skupiła się na redefinicji amerykańskiej roli w świecie. Szczególną uwagę skierowano na półkulę zachodnią. Z perspektywy państw europejskich praktyczny wymiar tego podejścia był widoczny najpierw w propozycji wykupu Grenlandii od Danii, a później w formułowaniu żądań.

Podobny charakter miały również pomysły przyłączenia Kanady do USA jako 51. stanu. Deklaracje administracji Trumpa były jednak kierowane – bądź co bądź – do sojuszników. Miały one na celu wywarcie na nich presji, aby zwiększyli wydatki na własne bezpieczeństwo oraz podporządkowali swoją decyzyjność woli Stanów Zjednoczonych.

Presja ta nie ograniczyła się wyłącznie do sojuszników. Idea podporządkowania interesom USA przestrzeni półkuli zachodniej wynika bezpośrednio z odświeżenia doktryny Monroe.

Reklama
Reklama

Ogłoszona w 1823 r. przez prezydenta USA Jamesa Monroe’a zakładała, że ingerencja państw europejskich w sprawy obu Ameryk będzie traktowana jako zagrożenie. To właśnie na podstawie tej linii politycznej USA zaczęły traktować obie Ameryki jako wyłączną strefę wpływów.

Doktryna Donroe

Drugi rok drugiej kadencji Trumpa przyniósł tej przeszło dwustuletniej doktrynie istotną ewolucję. Przybrała ona postać znacznie bardziej ofensywną. Nie chodzi już wyłącznie o blokowanie wpływów mocarstw zewnętrznych w regionie, lecz o aktywne wymuszanie politycznej uległości państw półkuli zachodniej.

Przeczytaj także: Musk o śmierci Polaka. Brytyjski premier próbuje się bronić

W tym sensie klasyczna doktryna Monroe, pierwotnie przedstawiana jako zasada obrony kontynentu amerykańskiego przed europejskim kolonializmem, ewoluowała do „Doktryny Donroe” – na cześć Donalda Trumpa – jako narzędzie uzasadniające bezpośrednią presję gospodarczą, polityczną, a w skrajnych przypadkach również militarną.

Reklama
Reklama

Początek 2026 r. był zatem praktyczną zapowiedzią skrajnej formy tej doktryny. Wyrazem tego stała się demonstracja „absolutnej determinacji” w realizacji nowej odsłony linii politycznej. Operacja nosząca tę nazwę była nie tyle jednostkowym działaniem wymierzonym w Nicolása Maduro – polegającym na pojmaniu go w Wenezueli – ile symbolicznym oraz praktycznym potwierdzeniem nowego przyzwolenia na logikę amerykańskiej polityki wobec półkuli zachodniej.

Tą demonstracją siły USA pokazały, że nie zamierzają ograniczać się do presji dyplomatycznej lub ekonomicznego oddziaływania. Są gotowe bezpośrednio egzekwować własne interesy polityczne, prawne i surowcowe na obszarze uznawanym za swoją strefę dominacji. W tym sensie Wenezuela została potraktowana jako przykład państwa, które odmówiło podporządkowania się amerykańskiej dominacji.

Przypadek Wenezueli jest szczególny, ponieważ stanowi przykład ukarania lokalnego – komunistycznego – watażki, który rościł sobie prawo do sprzeciwienia się woli hegemona półkuli zachodniej. Ten symboliczny fakt, z punktu widzenia percepcji politycznej, pozostaje istotny dla państw obu Ameryk.

Był bowiem demonstracją gotowości do uderzenia w samą egzystencję reżimów władzy, jeżeli odmówią one podporządkowania się amerykańskiej dominacji.

Reklama
Reklama

Dla Amerykanów kwestia Wenezueli miała jednak wymiar operacyjny. Wpisywała się w realizację strategii sekwencjonowania, polegającej na porządkowaniu bezpośredniego otoczenia poprzez koncentrację wysiłku na jednym kierunku w określonym czasie.

Przeczytaj także: Zabójstwo polskiego profesora w Grecji. Była żona znaleziona martwa w celi

Można to porównać do rozbrajania mechanizmu bomby: nie da się przeciąć wszystkich przewodów jednocześnie, ponieważ groziłoby to natychmiastową eksplozją całego układu. Należy więc działać sekwencyjnie. Najpierw odciąć kabelki, które mogą uruchomić reakcję łańcuchową, następnie odciąć zapalniki. Dopiero na końcu skoncentrować się na głównym ładunku.

W amerykańskim rozumieniu strategii takim kabelkiem była Wenezuela. Państwo, które zapewniało „tlen” w postaci węglowodorów dla kubańskiej gospodarki.

Reklama
Reklama

W ten sposób dochodzimy do następstw „absolutnej determinacji”, a właściwie do przekierowania amerykańskiego wysiłku na Kubę – wyspę położoną ok. 140 km od wybrzeży Florydy.

Od 1959 r., czyli od zwycięstwa rewolucji kubańskiej, państwo to pozostaje w relacjach z USA, które trudno uznać za przyjazne. Najlepiej świadczą o tym nieudana inwazja w Zatoce Świń w 1961 r. oraz kryzys kubański z 1962 r. Był to jednak poprzedni wiek.

Czas zimnej wojny pomiędzy USA a ZSRR się zakończył. Wygrali ją Amerykanie. Jednak cofnięcie się do tych czasów ma kluczowe znaczenie dla rozpoznania struktury punktu ciężkości trwającego od początku tego roku kryzysu pomiędzy Kubą a USA.

„Tanio kupić, drogo sprzedać”

Kuba, z uwagi na zwycięstwo rewolucji komunistycznej, a przede wszystkim na swoje położenie geograficzne, stała się idealnym miejscem do ulokowania sowieckich wpływów. Kosztem ich utrzymania było dotowanie wyspy poprzez system preferencyjnego handlu.

Reklama
Reklama

W samych latach 1976–1980 ZSRR wydał 1,7 mld dol. na budowę i modernizację kubańskich fabryk. W momencie szczytowym sowieckie subsydia stanowiły nawet do 40 proc. kubańskiego PKB.

Jednym z kluczowych elementów uzależniania Kuby przez Sowietów była tradycyjna waluta rosyjskiej polityki wpływu, czyli ropa naftowa. Od 1960 r., kiedy do Kuby dopłynął pierwszy sowiecki tankowiec z ropą, aż do 1991 r. Sowieci pokrywali 100 proc. zapotrzebowania Hawany na ten surowiec.

W tym energetycznym uzależnieniu kluczowe było nie samo zaopatrywanie Kuby w ropę, lecz funkcja, jaką wyspa pełniła w sowieckiej strategii. Kuba stała się swoistym hubem sowieckiej ropy.

Przeczytaj także: 50 cech, które posiada każdy prawdziwy Polak

Reklama
Reklama

W latach 80. Sowieci eksportowali na Kubę średnio 13 mln ton ropy rocznie. Z tej ilości Kuba zużywała na własne potrzeby ok. 11 mln ton. Pozostałą część reeksportowała do państw Ameryki Łacińskiej. Jak więc ten mechanizm był opłacalny?

W ramach „socjalistycznej solidarności” bloku wschodniego – logiki uzależniania innych państw od Moskwy za pomocą energii – Sowieci sprzedawali Kubie ropę po cenie znacznie niższej od rynkowej. Ze względu na wyjątkowe położenie wyspy i chęć utrzymania jej przy sobie oferowali Hawanie surowiec ok. 50 proc. poniżej ceny wyznaczanej przez kartel OPEC. W przypadku diesla nawet trzykrotnie taniej.

Niezużytą część ropy Kuba reeksportowała już po cenach rynkowych. W konsekwencji eksport tego surowca stanowił dla Hawany ok. 40 proc. wszystkich przychodów eksportowych. Taki stan rzeczy trwał do 1991 r., czyli do momentu upadku ZSRR.

W okresie rosyjskiej „wielkiej smuty” – głębokiego kryzysu gospodarczego – Rosja została zmuszona do porzucenia dotychczasowego modelu i rozpoczęcia sprzedaży ropy po cenach rynkowych. Tym samym kubański mechanizm „tanio kupić, drogo sprzedać” przestał działać.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Iluzja wielkiego rynku. Dlaczego zachodni biznes nigdy nie zrozumie decyzji Pekinu

Dla kubańskiej gospodarki oznaczało to kataklizm. Do 1994 r. gospodarka Kuby skurczyła się o ok. 35 proc. W ramach ratowania sytuacji Kuba w połowie lat 90. otworzyła się na selektywne inwestycje zagraniczne, szczególnie w sektorze turystycznym. W efekcie odbudowa gospodarki sprzed upadku ZSRR zajęła Hawanie dekadę.

Ropa za usługi

W tym miejscu dochodzimy do sedna wywodu, czyli do kubańskiego środka ciężkości. To właśnie on sprawia, że styczniowa operacja USA w Wenezueli wywołała w Hawanie tak dotkliwe konsekwencje gospodarcze.

Wraz z objęciem władzy w Wenezueli przez Hugo Cháveza w 1999 r. Fidel Castro – ojciec rewolucji i ówczesny przywódca Kuby – znalazł w nim socjalistyczne i energetyczne oparcie. To ta relacja zaczęła odtwarzać kubański model zależności energetycznej. Zmienił się jedynie główny patron: miejsce Moskwy zajęła Wenezuela.

Reklama
Reklama

Wraz z rozwojem tej zależności w pierwszej dekadzie XXI wieku dostawy z Wenezueli pokrywały całość kubańskiego importu ropy. Podobnie jak w czasach ZSRR nadwyżki tego surowca Kuba przeznaczała na reeksport.

Ta socjalistyczna solidarność opierała się na formule „ropa za usługi”. Wenezuela dostarczała Kubie ropę, natomiast Kuba wysyłała do Wenezueli wysoko wykwalifikowany personel: lekarzy czy przedstawicieli aparatu bezpieczeństwa. Formuła tej współpracy przetrwała zarówno Fidela Castro, jak i Hugo Cháveza.

Pierwszego zastąpił jego brat Raúl Castro, drugiego zaś Nicolás Maduro. Choć pełna zależność Kuby od wenezuelskiej ropy zaczęła z czasem słabnąć i w 2025 r. spadła do ok. 61 proc., sam mechanizm rozliczeń pozostał w mocy. Szczególnie istotny okazał się moment pojmania Maduro w Caracas przez USA.

Reklama
Reklama

Ze względu na brak zaufania do własnych służb bezpieczeństwa najbliższa gwardia przyboczna Maduro składała się z Kubańczyków. To właśnie oni wykonywali zadania związane z jego ochroną, najpewniej w ramach szerszego systemu rozliczeń za wenezuelską ropę. W czasie operacji jego pojmania największe straty wśród zabitych ponieśli nie Wenezuelczycy, ale właśnie Kubańczycy.

Zginęło 32 Kubańczyków, co dodatkowo uwidoczniło skalę zaangażowania Hawany w utrzymanie władzy w Caracas.

Wracając zatem do operacji USA w Wenezueli z początku tego roku, jej konsekwencją było ustanowienie przez Amerykanów przychylnego im rządu w Caracas, z Delcy Rodríguez na czele. Wraz z tą zmianą doszło do zatrzymania dostaw ropy na Kubę.

Jak wspomniano, w ubiegłym roku 61 proc. kubańskiego importu ropy pochodziło z Wenezueli. Pozostałą część dostaw zapewniały: Meksyk – 25 proc., Rosja – 10 proc. oraz Algieria – 4 proc. Po amerykańskiej operacji w Wenezueli import ropy na Kubę spadł niemal do zera.

Reklama
Reklama

Od momentu pojmania Maduro na wyspę dotarły tylko dwa transporty ropy o łącznym wolumenie 800 tys. baryłek. Oznacza to, że średnia miesięcznego importu wynosi 133 tys. baryłek, podczas gdy rok wcześniej miesięczny import wynosił średnio 1,2 mln baryłek ropy.

Według informacji podawanych przez władze w Hawanie – co jest wątpliwe – Kuba wydobywa około jednej trzeciej ropy potrzebnej do pokrycia własnego zapotrzebowania. Miesięczne zapotrzebowanie wyspy ma wynosić ponad trzy miliony baryłek. Oznaczałoby to, że krajowe wydobycie pokrywa ok. jeden milion baryłek miesięcznie, natomiast pozostała część musi być importowana.

Przeczytaj także: Pułapka na Trumpa. Dlaczego Netanjahu nie boi się wściekłości Białego Domu?

Pomijając kwestię wiarygodności kubańskich danych, można więc zadać pytanie: dlaczego Kuba w ciągu sześciu miesięcy nie znalazła alternatywnego źródła dostaw dla swojej gospodarki? Odpowiedź leży w polityce „maksymalnej presji” prowadzonej wobec Kuby przez USA, która w praktyce przybrała formę selektywnej blokady morskiej wyspy.

Reklama
Reklama

Maksymalna presja

Rosnąca presja militarna ze strony USA znacząco ograniczyła pole manewru Hawany. Z wojskowego punktu widzenia Waszyngton nie musi utrzymywać dużych sił bezpośrednio u wybrzeży Kuby, aby wywierać na nią skuteczną presję. Wystarczające znaczenie ma sama geografia: Karaiby są faktycznym pasem ćwiczeń dla amerykańskich sił zbrojnych.

Najbliżej wybrzeży Kuby znajduje się Naval Station Guantanamo Bay, w której stacjonuje do dwóch tysięcy żołnierzy. Dodatkowo w rejonie Karaibów rozlokowano ok. 2,5 tys. żołnierzy w ramach dodatkowej grupy zadaniowej. W skład tych sił wchodzi między innymi 24. Jednostka Ekspedycyjna Piechoty Morskiej, działająca jako Littoral Combat Force-24, licząca ok. 1,3 tys. marines, a także okręty, w tym lotniskowiec USS Nimitz. Ze względu na bliskość geograficzną w razie potrzeby siły USA mogą zostać stosunkowo łatwo wsparte lub uzupełnione z terenu kontynentu. To właśnie ta obecność stanowi narzędzie egzekwowania faktycznej blokady morskiej wyspy.

Szukając podstawy prawnej – a raczej politycznego usprawiedliwienia – dla tych działań, 29 stycznia Trump wydał rozporządzenie, w którym stwierdził, że „polityka, praktyki i działania rządu Kuby stanowią niezwykłe i nadzwyczajne zagrożenie” dla bezpieczeństwa narodowego USA.

Tym samym ogłosił stan nadzwyczajny, pozwalający na ustanowienie sankcji pośrednich wobec państw, które bezpośrednio lub pośrednio dostarczają ropę na Kubę.

Reklama
Reklama

Niemniej ta presja ekonomiczno-militarna doprowadziła do sytuacji niespotykanej od dekad: wizyt i spotkań amerykańskich urzędników najwyższego szczebla z ich kubańskimi odpowiednikami. Odpowiedzialność za politykę „maksymalnej presji” wobec Kuby przypadła sekretarzowi stanu USA, Marco Rubio.

Przeczytaj także: 2049: Kto nas obroni? To rozstrzyga się już dziś

Jako polityk kubańskiego pochodzenia Rubio traktuje tę kwestię jako istotny element swojej tożsamości politycznej, a zarazem potencjalny atut w walce o republikańską nominację w wyborach prezydenckich w 2028 r.

Do pierwszego tajnego spotkania na wysokim szczeblu doszło pod koniec lutego, przy okazji wydarzeń związanych ze Wspólnotą Karaibską na wyspie Saint Kitts. Rubio spotkał się wówczas z Rodríguezem Castro – wnukiem Fidela – szefem kubańskiego odpowiednika Secret Service. To spotkanie zapoczątkowało oficjalny kontakt między stronami.

Reklama
Reklama

W czasie trwania szczytu doszło jednak do incydentu na wodach terytorialnych Kuby. Kubańskie służby graniczne otworzyły ogień do łodzi, na której znajdowało się dziesięciu Kubańczyków, w tym część posiadająca obywatelstwo USA. W wyniku ostrzału jednostka została zatopiona.

Była ona zarejestrowana na Florydzie, a wcześniej miała zostać skradziona. Według strony kubańskiej to kubańska służba została zaatakowana jako pierwsza. W tych samych komunikatach podawano, że na pokładzie znajdowała się broń oraz „inny sprzęt o charakterze militarnym”.

Biorąc to pod uwagę, można przyjąć dwa możliwe wyjaśnienia: albo doszło do mistyfikacji, albo do przypadkowego ujawnienia operacji przemytu broni na Kubę mającej służyć wsparciu grup powstańczych na wyspie.

Za drugim scenariuszem przemawia przede wszystkim długa tradycja działań CIA – służby wywiadowczej, która w XX i XXI wieku wielokrotnie wspierała finansowo i logistycznie grupy walczące z rządami nieprzychylnymi USA.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Kto Ty jesteś? Czy dzieci migrantów staną się częścią polskiego społeczeństwa, gdy dorosną

W bardziej oficjalnej formie obecność CIA w procesie została potwierdzona podczas wizyty jej dyrektora, Johna Ratcliffe’a, w Hawanie. Była to pierwsza tego rodzaju wizyta od 1953 r. Do spotkania doszło w połowie maja. Ratcliffe rozmawiał wówczas z szefami kubańskich służb bezpieczeństwa, w tym ze wspomnianym wcześniej Rodríguezem Castro.

Sama wizyta faktycznie nadała procesowi nowy impet. Osobiste pojawienie się szefa CIA w Hawanie było wyraźnym sygnałem, że Kubańczycy powinni z pełną powagą traktować każde stanowisko amerykańskie dotyczące przyszłego statusu Kuby. W tle dalej unosiła się możliwość powtórzenia scenariusza wenezuelskiego.

Wezwanie do buntu

Tydzień po tej wizycie doszło do wydarzenia istotniejszego z punktu widzenia całego procesu. Jednocześnie może ono przemawiać za tezą o niejawnej działalności CIA. Otóż 20 maja sekretarz stanu USA Marco Rubio opublikował „życzenia” dla Kubańczyków z okazji Dnia Niepodległości.

Reklama
Reklama

Oświadczenie, które zwyczajowo ma charakter dyplomatycznego komunikatu okolicznościowego, przypominało polityczny manifest Kubańczyka wymierzony w fundamenty władzy w Hawanie.

Nie było to bowiem standardowe „życzenie wszystkiego najlepszego”, połączone z potwierdzeniem relacji kubańsko-amerykańskich. Rubio poszedł znacznie dalej. Wskazał Kubańczykom konkretnego wroga, który odpowiada za ich sytuację gospodarczą. Według Waszyngtonu nie jest to już abstrakcyjny „reżim komunistyczny”, lecz GAESA – wojskowy konglomerat gospodarczy kontrolujący kluczowe segmenty kubańskiej gospodarki.

W tej konstrukcji narracyjnej GAESA, mająca kontrolować 70 proc. kubańskiej gospodarki, została przedstawiona jako struktura pasożytnicza. Według narracji Rubio zawłaszczyła ona państwo, odcięła społeczeństwo od zasobów i doprowadziła kraj do katastrofy energetycznej. Jej symbolem są wielogodzinne przerwy w dostawach prądu, w czasie których Kubańczycy mają być pozbawieni elektryczności nawet przez 22 godziny na dobę.

W logice tych działań Amerykanie przeszli od presji zewnętrznej do próby rozbicia lojalności wewnątrz systemu władzy na Kubie. Rubio nie zwracał się do kubańskiej emigracji – jego adresatami byli Kubańczycy mieszkający na wyspie: społeczeństwo, aparat państwowy, wojsko oraz elity gospodarcze powiązane z systemem.

Reklama
Reklama

Znaczenie tego komunikatu polega więc na tym, że Rubio wprost wezwał Kubańczyków do wypowiedzenia posłuszeństwa władzy w Hawanie i faktycznego wywołania rebelii.

W tym sensie wystąpienie Rubio było czymś więcej niż elementem retorycznej presji. Stanowiło próbę przygotowania pola pod potencjalną zmianę polityczną, delegitymizując centrum władzy.

Jeżeli GAESA zostaje wskazana jako faktyczny właściciel państwa, to uderzenie w nią – sankcjami, informacyjnie i ewentualnie także wojskowo – może zostać przedstawione nie jako atak na Kubę, lecz jako działanie wymierzone w strukturę okupującą własne społeczeństwo. Jest to klasyczny mechanizm odróżnienia społeczeństwa od reżimu, który w praktyce pozwala uzasadniać coraz ostrzejsze formy presji.

Reklama
Reklama

W ramach sankcji personalnych, obejmujących najwyższy aparat państwowy Kuby, szczególnie wyróżnia się jedna decyzja: wydanie przez Departament Sprawiedliwości USA aktu oskarżenia Raúla Castro, brata Fidela Castro i jego późniejszego następcy, jasno sygnalizujące groźbę scenariusza wenezuelskiego wobec Kuby.

Na poziomie symbolicznym jest to również próba całkowitego rozliczenia i delegitymizacji reżimu wywodzącego się z rewolucji Ruchu 26 Lipca, którego najważniejszym symbolem pozostaje nazwisko Castro.

Właśnie dlatego komunikat z 20 maja należy odczytywać w całości podejścia USA względem Kuby. Decyzje o sankcjach personalnych, odcięcie gospodarcze, presja oraz groźba sankcji wtórnych i presja militarna – w oderwaniu od siebie są to osobne ruchy, które nie tworzą pełnego obrazu sytuacji.

Razem układają się jednak w spójną strukturę presji. „Uduszenie” kubańskiej gospodarki jest więc drogą mającą na celu zmuszenie Hawany do wyboru między podporządkowaniem się a ryzykiem wewnętrznej destabilizacji.

Reklama
Reklama

Kontynuowanie rozmów przez Amerykanów stanowi tego wyraźne potwierdzenie. Waszyngton rzuca bowiem Hawanie niejako „brzytwę dla tonącego”: prowadzi rozmowy, a jednocześnie szuka wyłomu wewnątrz systemu władzy, zwłaszcza wśród tych jego przedstawicieli, z którymi mógłby się porozumieć.

W tym kontekście należy odczytywać spotkanie generała Francisa Donovana, dowódcy US Southern Command, z kubańskim dowództwem w Guantanamo pod koniec ubiegłego miesiąca. Jest to sygnał analogiczny do tego, który USA wysłały wcześniej w przypadku Wenezueli: dajemy wam szansę na zachowanie części wpływów i pozycji, jeśli w odpowiednim momencie odwrócicie się od centrum władzy w Hawanie.

Hawana gra na czas

Stąd właśnie należy odczytywać słowa Trumpa wypowiedziane dzień po pojmaniu Maduro: „Kuba jest gotowa do upadku”. W sensie ekonomicznym Hawana rzeczywiście znalazła się dziś w sytuacji skrajnego przeciążenia. Utrata wenezuelskiego zaplecza energetycznego, blokada morska, presja sankcyjna oraz uderzenie w finansowe i instytucjonalne centrum systemu stworzyły warunki, w których Hawana została postawiona w obliczu najpoważniejszego kryzysu od dekad.

Można więc postawić tezę, że finał tej blokady – a wraz z nim możliwa zmiana polityczna na Kubie – mógłby nastąpić szybciej, być może również z komponentem militarnym. Tempo tych działań zostało jednak ograniczone przez „Epicką Furię” przeciwko Iranowi, która przerodziła się w III wojnę w Zatoce. Opór Irańczyków stał się dla Hawany istotnym punktem odniesienia.

Reklama
Reklama

Kubańczycy, mimo komunistycznego zakrzywienia obrazu rzeczywistości, realnie rozpoznają stosunek sił. Wiedzą, że nie są w stanie prowadzić z USA równorzędnej konfrontacji militarnej. Nie mają w tej sprawie złudzeń. Ich kalkulacja opiera się więc nie na przekonaniu o możliwości odniesienia zwycięstwa, lecz na ocenie kontekstu. Ten wyznacza obecne skupienie amerykańskiej uwagi na Iranie. Dodatkowym czynnikiem są nastroje w USA, gdzie opinia publiczna sprzeciwia się kolejnemu angażowaniu kraju w konflikty zewnętrzne.

Hawana próbuje zatem grać na czas. Nie chodzi o ratowanie państwa socjalistycznego jako projektu ideologicznego, lecz o ochronę reżimu, jego elit oraz ich statusu. Właśnie z tej rzeczywistości wynika obecna teoria zwycięstwa Kuby. Nie jest to „strategia przetrwania”, lecz próba odstraszania przez postawę „samobójcy”.

Przeczytaj także: Wymieramy z wygody? Dlaczego Polacy nie chcą mieć dzieci

Hawana sygnalizuje, że ewentualna inwazja lub bezpośrednie uderzenie militarne mogą przynieść Amerykanom straty polityczne, wojskowe i społeczne, które w obecnych warunkach byłyby dla administracji Trumpa nie do zaakceptowania. I w tym przypadku znaczenie ma geografia. Oba państwa dzieli Cieśnina Florydzka, szeroka na ok. 140 km.

Reklama
Reklama

Oznacza to, że nawet ograniczone kubańskie zdolności mogą zostać wykorzystane do stworzenia zagrożenia bezpośrednio na terytorium kontynentalnych USA.

W tym sensie Kuba nie szuka zwycięstwa nad USA. Wystarczy, że przekona Waszyngton, iż koszt domknięcia operacji będzie wyższy, niż pierwotnie zakładano. Taka jest istota obecnej gry Hawany: przeciągać czas, podnosić cenę potencjalnej interwencji i doprowadzić do takiego układu politycznego, w którym obecne elity znajdą dla siebie miejsce po okresie transformacji.

Doprawdy, brzmi to znajomo z polskiej autopsji: nie tyle obrona starego systemu, ile próba zarządzania jego upadkiem tak, aby dawne elity zachowały wpływy w nowym układzie.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny