- Samodzielna, agresywna polityka Tel Awiwu w Libanie stawia amerykańsko-irańskie negocjacje w stanie kruchego zawieszenia. Interesy Waszyngtonu i Izraela rozjeżdżają się na oczach całego świata, niszcząc wypracowywany z trudem kompromis.
- Donald Trump próbuje dyscyplinować Benjamina Netanjahu, jednak izraelski premier sprytnie pozostawia sobie szerokie pole manewru. Dla Teheranu to jasny dowód na to, że Biały Dom traci kontrolę nad własnym systemem sojuszniczym.
- W odpowiedzi na naruszenia rozejmu Iran zawiesił rozmowy i zagroził paraliżem globalnego handlu morskiego. Jeśli Amerykanie nie okiełznają działań Izraela, Bliski Wschód stanie w obliczu bezpośredniej, pełnoskalowej konfrontacji.
23 maja amerykański prezydent Donald Trump poinformował, że porozumienie z Iranem zostało „w znacznej mierze osiągnięte”. Od tamtej chwili niemal codziennie opinię publiczną bombardowano informacjami, że umowa czeka właściwie tylko na parafowanie. Im dłużej brakowało konkretnej decyzji o jej przyjęciu, tym wyraźniej było widać, że w rzeczywistości porozumienie znajduje się znacznie dalej niż w zasięgu długopisu i oficjalnego ogłoszenia.
Izraelska eskalacja
Tę rozbieżność zaczęto dostrzegać zarówno w medialnych przeciekach dotyczących nowych postulatów, jak i w narastającym napięciu militarnym. Z jednej strony pojawiały się informacje o próbie niewiązania postulatu „zawieszenia broni na wszystkich frontach walki z Iranem” z głównym porozumieniem oraz o zaoferowaniu Teheranowi zachęty w postaci 300-miliardowego funduszu inwestycyjnego.
Z drugiej – codzienna wymiana ognia między stronami coraz wyraźniej sygnalizowała ryzyko gwałtownej eskalacji. Całość tej sytuacji była przejawem narastającej niecierpliwości obu stron.
Jak się okazało, ten stan zawieszenia zaczął kruszeć przede wszystkim za sprawą Izraela. Ten, nie zważając na irańsko-amerykańskie mediacje, eskalował działania na swoim przedpolu bezpieczeństwa. W niedzielę IDF poinformowały o rozszerzeniu ofensywy w Libanie, przekroczeniu rzeki Litani, czyli kluczowej linii wyznaczonej przez ONZ, oraz rozpoczęciu działań na północ od niej.
Siły izraelskie miały również zdobyć strategiczny zamek Beaufort, średniowieczną twierdzę położoną na wzgórzu w pobliżu Nabatieh. Tym samym Izrael uzyskał kontrolę nad rozległym obszarem południowego Libanu, dokonując najgłębszej penetracji lądowej tego kraju od 2000 r.
W poniedziałek premier Benjamin Netanjahu ponowił groźby bombardowania Bejrutu, stolicy Libanu. Po tych słowach część ludności południowych przedmieść miasta zaczęła się samodzielnie ewakuować. Na izraelską eskalację zareagował szef irańskiego MSZ Abbas Araghchi, pisząc na platformie X:
Zawieszenie broni między Iranem a USA jest jednoznacznie zawieszeniem broni na wszystkich frontach, w tym w Libanie. Jego naruszenie na jednym froncie jest naruszeniem zawieszenia broni na wszystkich frontach. USA i Izrael są odpowiedzialne za konsekwencje każdego naruszenia.
Niedługo później media obiegły informacje o zawieszeniu przez Iran negocjacji z USA, właśnie z powodu naruszeń zawieszenia broni, na które wskazywał Araghchi. Teheran zagroził przy tym ponownym całkowitym zamknięciem Cieśniny Ormuz, a dodatkowo zablokowaniem cieśniny Bab al-Mandab, przez którą przepływa 16,5 proc. globalnego handlu morskiego. Rynek ropy zareagował natychmiast – ceny surowca wzrosły o siedem proc.
Z resortu na Wawel. Była minister kultury ma nową pracę
Na to nakłada się informacja o złożeniu listu rezygnacyjnego przez prezydenta Iranu Masuda Pezeszkiana. Nie jest ona pozbawiona szerszego kontekstu. Z jednej strony można uznać ją za potwierdzenie chwiejnej pozycji irańskich władz zajętych walkami frakcyjnymi na szczytach władzy. Taka interpretacja wydaje się jednak powierzchowna.
Nie przemawia za nią fakt, że obecne władze podjęły w ubiegłym tygodniu decyzję o przywróceniu dostępu do internetu w Iranie. Blokada trwała od 8 stycznia. Gdyby rzeczywiście dochodziło do gwałtownej eskalacji walk frakcyjnych, taka decyzja byłaby wyjątkowo ryzykowna. To właśnie swobodniejszy przepływ informacji mógłby się stać narzędziem mobilizacji społecznej i ułatwiać organizowanie sprzeciwu wobec władzy.
Piekło liberałów. „Jesteśmy wściekli, bo lud nas nie słucha”
Jedno nie musi oczywiście wykluczać drugiego. Problem polega na właściwej interpretacji tego stanu rzeczy. Walki frakcyjne w Iranie z pewnością się toczą – to naturalny element funkcjonowania każdego systemu politycznego, zwłaszcza tego będącego w wojnie.
Kluczowe pozostaje jednak pytanie, na czyją stronę przechyla się szala. Rezygnacja Pezeszkiana, jednej z najważniejszych postaci skrzydła reformatorskiego irańskiej władzy, byłaby potwierdzeniem umocnienia linii twardogłowych skupionych wokół Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej.
Z kolei przywrócenie dostępu do internetu w momencie, gdy perspektywa wznowienia działań zbrojnych staje się coraz bardziej realna, należy odczytywać jako nagrodę dla społeczeństwa za okazaną lojalność wobec władzy w czasie wojny. Jest to również sygnał wysyłany na zewnątrz: władza w Teheranie pozostaje skonsolidowana i nie obawia się „perskiej wiosny”.
Rośnie presja na Kubę. „Interwencja USA może być ryzykowna”
W tym miejscu warto przywołać tytuł mojej zeszłotygodniowej analizy: „Izrael ma plan, Amerykanie mają problem”. Plan Izraela jest jasny: jak najdłużej wiązać amerykańskie zaangażowanie w konflikt, aby osłabiać Iran kosztem USA. Stąd właśnie bierze się amerykański problem.
Izraelski plan, amerykański problem: wojna w Libanie zakładnikiem porozumienia USA–Iran?
Test amerykańskiej kontroli
Waszyngton może negocjować z Iranem kwestie nuklearne, sankcyjne czy morskie, ale nie ma pełnej kontroli nad izraelską kalkulacją bezpieczeństwa. Zerwanie rozmów i kontynuowanie izraelskiej ofensywy w Libanie są tego potwierdzeniem. Izrael nie będzie postrzegał procesu pokojowego z Iranem w kategoriach własnego sukcesu. Przeciwnie – z jego perspektywy porozumienie ogranicza swobodę strategiczną i operacyjną w regionie.
Celem Izraela pozostaje utrzymanie takiego układu regionalnego, w którym jego przeciwnicy są słabi, rozproszeni i zajęci własnymi kryzysami. Tylko w takim chaosie Izrael może zachować przewagę, nie w sytuacji, w której miałby wokół siebie skonsolidowany politycznie blok wrogów.
Doniesienia o zawieszeniu rozmów przez Iran są więc czymś więcej niż taktycznym ruchem w procesie negocjacyjnym. To jawny test amerykańskiej sprawczości. Jeśli USA nie potrafią wymusić na Izraelu ograniczenia działań w Libanie i Gazie, Teheran może uznać, że Waszyngton nie iskrzy w stanie zagwarantować żadnego realnego porozumienia. A skoro tak, to po co w ogóle negocjować z Amerykanami, jeżeli tylko kwestią czasu jest ich polityczne wycofanie się z ustaleń?
Największym problemem USA nie jest więc samo przekonanie Iranu do układu, lecz udowodnienie, że Ameryka nadal potrafi zarządzać własnym systemem sojuszniczym. Bez tego każde porozumienie z Teheranem będzie jedynie dokumentem zawieszonym między deklaracjami dyplomatów a działaniami izraelskiej armii.
Friedrich Merz zwoła szczyt w Berlinie. Wśród pięciu państw znajdzie się Polska
Pierwszy test amerykańskiej próby dyscyplinowania Izraela nastąpił tego samego dnia. Gdy irańskie media podały, że Iran zerwał rozmowy – choć bez oficjalnego potwierdzenia ze strony irańskich dyplomatów – Trump zareagował ekspresowo.
W poniedziałek wieczorem poinformował, że pośredniczył w rozmowach Izraela z Libanem, ale także z Hezbollahem. Według medialnych deklaracji Trumpa ich rezultatem miało być osiągnięcie zawieszenia ognia między Izraelem a Hezbollahem. Jak wskazał prezydent USA, izraelscy żołnierze mieli zostać „zawróceni”, a wymiana ognia miała ustać: „Izrael ich nie zaatakuje, a oni nie zaatakują Izraela”.
Grenlandia między niepodległością a strachem przed USA. Jak Donald Trump zmienił politykę Arktyki
Kluczowe w tej akcji dyscyplinującej było jednak nie tylko to, co ogłosił Trump, lecz także sposób, w jaki miał to zrobić, oraz reakcja Netanjahu. Według ujawnionych informacji o przebiegu rozmowy Trump miał być wściekły. Axios przytoczył słowa, które amerykański prezydent miał skierować do izraelskiego premiera: „Jesteś cholernie szalony. Byłbyś w więzieniu, gdyby nie ja. Ratuję ci tyłek. Wszyscy cię teraz nienawidzą. Wszyscy nienawidzą Izraela z tego powodu”. Na to Netanjahu miał odpowiedzieć: „Dobrze, dobrze, tylko upewnij się, że wszystko zostanie dopilnowane”.
Po ujawnieniu tych informacji w Izraelu pojawiła się fala krytyki, określająca całą sytuację jako wielkie upokorzenie. W tym samym czasie Netanjahu wydał jednak krótkie sprostowanie, a właściwie doprecyzowanie informacji podanych przez Trumpa.
Izraelski premier oświadczył:
Dziś wieczorem rozmawiałem z prezydentem Trumpem i powiedziałem mu, że jeśli Hezbollah nie zaprzestanie ataków na nasze miasta i naszych obywateli, Izrael zaatakuje cele terrorystyczne w Bejrucie. Nasze stanowisko w tej sprawie pozostaje niezmienne. Równolegle IDF będzie kontynuować działania zgodnie z planem w południowym Libanie.
Tym oświadczeniem Netanjahu pozostawił sobie bardzo szerokie pole manewru w interpretowaniu potencjalnego „odwetu”. Jednocześnie jasno zasygnalizował, że Izrael nie zamierza rezygnować z operacji lądowej w Libanie, nie wspominając o Strefie Gazy.
Na ile skuteczne i długotrwałe okaże się zdyscyplinowanie Izraela przez Trumpa, dopiero się okaże. Iran wykazał się jednak w tej sytuacji aktywnej postawą, przesuwając własną czerwoną linię. Mohammad Bagher Ghalibaf, przewodniczący irańskiego parlamentu i szef irańskiego zespołu negocjacyjnego w rozmowach z USA, ostrzegł, że „dalsza izraelska agresja przeciwko Libanowi może oznaczać nie tylko przerwanie negocjacji, lecz także wejście Iranu w bezpośrednią konfrontację z wrogiem”.
Najbliższe dni mogą więc przesądzić o tym, czy proces negocjacyjny USA–Iran zostanie utrzymany, czy definitywnie rozbity przez interes bezpieczeństwa Izraela.

