- Izrael i USA weszli do wojny z Iranem jako sojusznicy, a po ponad 100 dniach walczą już o zupełnie różne cele. Waszyngton chce kontrolowanego porozumienia, Tel Awiw dąży do całkowitej eskalacji, by nie dopuścić do żadnego kompromisu.
- Mimo wspólnej walki na froncie Izrael zintensyfikował działania wywiadowcze wymierzone w USA, przez co Waszyngton podniósł poziom zagrożenia kontrwywiadowczego do najwyższego, krytycznego statusu.
- Sekcja 224 to cicha rewolucja: Izrael próbuje zamienić uzależniającą pomoc USA w trwałe partnerstwo przemysłowo-technologiczne, które będzie niemal niemożliwe do rozmontowania nawet przy spadającym poparciu Amerykanów dla Izraela.
W trwającym od 8 kwietnia stanie zawieszenia negocjacyjnego, z równoczesną próbą wymuszenia ustępstw za pomocą presji militarnej i ekonomicznej, USA obrały kurs kontrolowania tego procesu przez pryzmat groźby użycia siły. W tej logice groźba wznowienia wojny jest narzędziem dyplomacji.
W środę, 10 czerwca, po ponownych zapowiedziach Donalda Trumpa o nieuchronności wznowienia wojny, amerykański prezydent kolejny raz odwołał atak. Tłumaczył swoją decyzję bliskością osiągnięcia porozumienia. Irańskie media początkowo odpowiadały na te deklaracje wyliczeniami, wskazując, że Trump, mówiąc o „bliskości” porozumienia, miał już 38 razy wprowadzić w ten sposób światową opinię publiczną w błąd.
W czwartek nastąpiła jednak zmiana tonu. Powołując się na irańskich urzędników zaangażowanych w proces negocjacyjny, media zaczęły informować, że rozmowy doprowadziły do „pewnych ustaleń”, choć ich ostateczne zatwierdzenie ma zależeć od najwyższego przywódcy Iranu, Modżtaby Chameneiego. Mimo to amerykańskie media szeroko powołują się na słowa Trumpa i wskazują, że porozumienie mogłoby zostać podpisane w najbliższych dniach przez wiceprezydenta J.D. Vance’a. Strona irańska nie potwierdza jednak tych doniesień.
Czytaj także: Po wojnie w Iranie: Guam 2.0?
Z tego chaosu informacyjnego, przeplatanego wzajemną wymianą ognia, jedno pozostaje pewne: Amerykanie prowadzą negocjacje „pod lufami armat”, ale nadal są to negocjacje.
Izrael natomiast – co potwierdzają ostatnie dwa tygodnie działań Tel Awiwu w Libanie – dąży do eskalacji. Jej głównym motywem jest izraelska obawa przed kompromisem USA z Iranem – kompromisem osiągniętym kosztem Izraela.
Odmienne cele
Jest to faktyczna strategiczna rozbieżność w postrzeganiu zagrożenia, wynikająca ze stawki ryzyka. Dla Waszyngtonu Iran może być przeciwnikiem, którego trzeba zmusić do ustępstw. Dzisiaj mogą one być symboliczne; na tej kanwie Teheran i Waszyngton mogą się dogadać. Dla Izraela Iran jest przeciwnikiem zagrażającym jego egzystencji, którego nie wolno dopuścić do politycznej odbudowy.
W tej politycznej układance Izrael postrzega swoją sytuację jako coraz słabszą. Prowadzenie ofensywy w Libanie, w Strefie Gazy czy poprzez wzajemną wymianę ciosów z Iranem jest tego przykładem. Służy to jednemu celowi: niedopuszczeniu do sytuacji, w której USA porozumiewałyby się z Iranem ponad głowami Tel Awiwu. Temu właśnie służy użycie siły, pozwalające Izraelczykom wywrócić stół negocjacyjny albo przynajmniej wymusić, by przy tym stole nie zapadały decyzje sprzeczne z ich interesem bezpieczeństwa.
Izrael zagląda w karty
Na szczególną uwagę zasługują więc najnowsze informacje podane przez „New York Times”, według których izraelskie wysiłki wywiadowcze wobec USA miały w ostatnim czasie wyraźnie się zintensyfikować.
Sam fakt, że Izrael i USA od dawna wiedzą o wzajemnym szpiegowaniu i w pewnym zakresie je tolerują, nie jest w tej relacji nowością. Nowością jest skala oraz polityczny kontekst tych działań. Według przytoczonego w artykule źródła z amerykańskiej wspólnoty wywiadowczej izraelskie próby pozyskania informacji o stanowisku USA w rozmowach z Iranem przekroczyły granicę dotychczasowej tolerancji.
W raportach amerykańskiego wywiadu mają pojawiać się obawy, że Izrael zintensyfikował działania wymierzone w wysokiej rangi amerykańskich urzędników. Celami mają być: Steve Witkoff – główny negocjator prezydenta Trumpa, Elbridge A. Colby – najwyższy urzędnik polityczny Pentagonu oraz jeden z jego najbliższych zastępców, Michael P. DiMino IV – zastępca asystenta sekretarza wojny ds. Bliskiego Wschodu.
Czytaj także: "Anioł zniszczenia". Kim jest Binjamin Netanjahu?
W konsekwencji Amerykanie podnieśli poziom zagrożenia kontrwywiadowczego stwarzanego przez Izrael z wysokiego do krytycznego – najwyższego. To wszystko dzieje się w szczególnie delikatnym momencie, kiedy koordynacja wojskowa nigdy nie była tak ścisła jak obecnie podczas wspólnej wojny z Iranem.
W tym sensie izraelskie działania wywiadowcze nie są oderwane od szerszej logiki eskalacji. Są jej drugim, mniej widocznym wymiarem. Na poziomie dyplomatycznym Izrael próbuje uzyskać dostęp do tego, co Waszyngton zamierza położyć na stole negocjacyjnym. Poziom militarny służy wywróceniu stolika i wywarciu presji na Amerykanach, by uwzględnili izraelskie stanowisko.
Stawką nie jest przewaga informacyjna, ale kontrola nad procesem, który może przesądzić o tym, czy Iran zostanie ponownie włączony do regionalnej gry jako uznany partner rozmów, czy też pozostanie przeciwnikiem, którego dalej należy izolować od świata.
Podważanie wysiłków dyplomatycznych USA jest tylko środkiem do celu – nie celem samym w sobie. Jest próbą rozbicia całej logiki amerykańskiej deeskalacji. Właśnie dlatego izraelskie działania nie są epizodem pobocznym – stają się testem wytrzymałości kruchego zawieszenia broni. Izrael sprawdza, jak daleko może się posunąć, zanim USA rzeczywiście powiedzą „stop”.
Pęknięcie w poparciu
O tym strategicznym rozjeździe szeroko mówi środowisko republikańskich komentatorów politycznych ze skrzydła MAGA: Tucker Carlson, Candace Owens, Megyn Kelly i Joe Rogan. Na szczeblu politycznym wskazali na to członkowie Izby Reprezentantów, m.in. Marjorie Taylor Greene czy Thomas Massie.
Ten drugi, sprzeciwiając się tej polityce, przegrał w majowych prawyborach Partii Republikańskiej w swoim okręgu z Edem Gallreinem różnicą 10 tys. głosów. Jak donoszą media, była to najdroższa prawyborcza kampania do Izby Reprezentantów w historii kraju – podkreślając, że nie była to kampania „za”, lecz „przeciwko” – sowicie dotowana przez środowiska proizraelskie, właśnie przeciwko Massiemu.
Ta postawa jest odzwierciedleniem zmian poparcia dla Izraela wśród amerykańskiej opinii publicznej. W lutym ośrodek Gallupa opublikował w gruncie rzeczy historyczne badanie, w którym poziom sympatii Amerykanów dla Palestyńczyków był większy niż poparcie dla Izraela: 41 proc. dla Palestyńczyków i 36 proc. dla Izraela. W grupie wiekowej 18–54 lat proporcja ta wynosiła 49 proc. do 25 proc. na korzyść Palestyńczyków. Większą sympatią, na poziomie 49 proc., Izrael cieszy się w grupie wiekowej 55+. Jednak nawet w niej widać tendencję spadkową od 2014 r.
Czytaj także: Co dalej z Iranem? Donald Trump stawia jeden warunek
Kluczowe w tym badaniu jest jednak zbadanie sympatii wśród określonych grup wyborców partii politycznych. To właśnie te nastroje będą nadawały dynamikę i ton politycznym deklaracjom przed wyborami. Tradycyjnie największymi zwolennikami Izraela są Republikanie – na poziomie 70 proc., z tendencją spadkową od 2020 r., gdy było to 85 proc. – przy 13 proc. poparcia dla Palestyńczyków. W przypadku Demokratów sytuacja jest dla Izraela niemalże odwrotnością poglądów Republikanów: 65 proc. do 17 proc. na korzyść Palestyńczyków, ze stałą tendencją wzrostową od 2013 r.
Choć wyniki tych badań wynikają z odmiennych przyczyn – izolacjonistycznych poglądów republikanów oraz demokratycznego postrzegania polityki przez pryzmat wartości – sprowadzają się do wspólnego mianownika, jakim jest trend spadkowy w bazie wyborczej popierającej Izrael.
Wpływa to bezpośrednio na klimat programów wyborczych partii politycznych, które, znając nastroje społeczne, konstruują pod nie swoje programy. W konsekwencji oddziałują one na poparcie dla wsparcia wojskowego.
Sekcja 224
Izrael zdaje się dostrzegać ten niekorzystny dla siebie trend dynamiki nastrojów społecznych. W obliczu zbliżających się wyborów połówkowych chce wykorzystać obecną sytuację do wyłączenia swojego wsparcia z decyzji politycznej i przeniesienia go na poziom decyzji administracyjnej.
Czytaj także: Cieśnina Ormuz. Gra o czas, kontrolę i wiarygodność
Tą okazją jest rozpatrywanie przez amerykański Kongres Ustawy o Autoryzacji Obrony Narodowej, a konkretnie sekcji 224 dotyczącej współpracy w zakresie technologii obronnych USA i Izraela. Choć środowiska proizraelskie lobbujące za tą ustawą, takie jak AIPAC, wskazują, że jej głównym celem jest rozwój wzajemnej współpracy przemysłów obronnych, w praktyce jej zapisy niosą konsekwencje znacznie szersze niż tylko techniczne usprawnienie relacji wojskowych.
Dotyczy ona zmiany samej logiki amerykańskiego wsparcia dla Izraela. Zwrócił na to uwagę sam premier Netanjahu w liście do Marlina Stutzmana, członka Izby Reprezentantów firmującego tę ustawę. Netanjahu zawarł tę zmianę w pierwszym zdaniu listu:
Ucieszyłem się, że otrzymałem twoją proponowaną rezolucję Kongresu popierającą mój plan przesunięcia ram współpracy obronnej USA–Izrael z pomocy na partnerstwo.
Dotychczasowy model był stosunkowo prosty. USA pozostawały darczyńcą, a Izrael odbiorcą. W ramach obecnego, dziesięcioletniego memorandum, podpisanego w 2016 r., Izrael rocznie otrzymuje 3,8 mld dol. w ramach amerykańskiego wsparcia wojskowego na lata fiskalne 2019–2028. Patrząc całościowo na pomoc dla Izraela od 1948 r., USA przekazały łączną wartość środków sięgającą ponad 200 mld dol.
Ten mechanizm pomocowy miał dla Izraela jedną zasadniczą wadę: choć polityczne zobowiązanie do finansowania wynikało z memorandum, środki co roku musiały być zatwierdzane przez Kongres. W warunkach przytoczonego wcześniej rosnącego sprzeciwu amerykańskiej opinii publicznej wobec działań Izraela coroczne głosowanie w Kongresie nad kolejnymi miliardami dolarów pomocy zaczęło stawać się politycznie coraz bardziej niewygodne.
Sekcja 224 odpowiada właśnie na ten problem. Nie znosi pomocy wojskowej dla Izraela, lecz próbuje przenieść jej ciężar w inne miejsce: z widocznego politycznie procesu do mniej przejrzystej decyzji administracyjnej w zakresie współpracy przemysłowo-obronnej. Zamiast corocznego pytania, czy Kongres powinien przekazać Izraelowi kolejne miliardy dolarów, ma się pojawić struktura ciągłych wspólnych badań, licencji, koprodukcji, wymiany technologii, integracji systemów i fuzji danych. W takiej sytuacji pomoc przestaje być przelewem i dostawami broni – staje się ciągłą infrastrukturą.
Czytaj także: Świat u progu kryzysu. Wojna w Zatoce podbija koszty
Taka zmiana byłaby więc fundamentalna. W sytuacji, w której decyzja o wsparciu USA pozostawała w gestii Kongresu, Amerykanie mieli faktyczną walutę w relacjach z Tel Awiwem. Jej unieruchomienie umożliwiało dyscyplinowanie Izraela przez groźbę odebrania tego instrumentu wsparcia. USA po prostu posiadają dźwignię nacisku na Izrael – mogą opóźniać dostawy, warunkować sprzedaż uzbrojenia, wstrzymywać finansowanie. Sekcja 224 tę kalkulację odwraca.
Jeżeli izraelskie technologie, komponenty, aktualizacje oprogramowania, systemy autonomiczne, rozwiązania cybernetyczne, narzędzia AI czy elementy obrony przeciwrakietowej zostaną wbudowane w amerykańskie programy wojskowe, Izrael przestanie być wyłącznie odbiorcą wsparcia. Stanie się współwłaścicielem części przyszłej infrastruktury militarnej USA.
Jeśli dalszy proces legislacyjny doprowadzi do przyjęcia tej ustawy, z strategicznego punktu widzenia USA instytucjonalnie zwiążą się mocniej z państwem, którego cele rozchodzą się z celami amerykańskimi.
Paradoks jest więc uderzający. W czasie, gdy amerykańscy urzędnicy sygnalizują rosnące obawy kontrwywiadowcze wobec Izraela, Kongres rozważa rozwiązanie, które mogłoby jeszcze szerzej otworzyć amerykański ekosystem obronny na wpływ Izraela.
Sekcja 224 nie jest więc neutralnym, technicznym dodatkiem do ustawy obronnej. Jest próbą zabezpieczenia relacji USA–Izrael przed zmianą nastrojów społecznych oraz ich wpływem na dynamikę amerykańskiej polityki. Jeżeli klasyczny model wsparcia staje się politycznie coraz trudniejszy do obrony, to integracja przemysłowo-technologiczna może uczynić tę relację mniej widoczną, ale znacznie trudniejszą do rozmontowania.
W tym sensie pytanie nie będzie już brzmiało: ile pieniędzy USA przekażą Izraelowi w kolejnym roku? Pytanie brzmi: czy po wejściu w życie takiego mechanizmu USA będą w stanie realnie oddzielić własną politykę bezpieczeństwa od żywotnych interesów państwa izraelskiego i jego przemysłu obronnego?

