Rozmowy USA z Iranem balansują na krawędzi sukcesu i porażki. Z jednej strony pojawia się szansa na historyczny reset relacji, z drugiej – kolejne incydenty zbrojne i presja ze strony Izraela podważają realność trwałego zawieszenia broni.

- Negocjacje USA–Iran utknęły, ponieważ Teheran domaga się zakończenia walk na wszystkich frontach, co bezpośrednio dotyczy działań Izraela.
- Stany Zjednoczone mają ograniczoną kontrolę nad Izraelem, który kontynuuje własną ofensywę w Libanie i nie jest skłonny do szybkiej deeskalacji.
- Zawieszenie broni w Libanie pozostaje w dużej mierze pozorne, ponieważ nie obejmuje kluczowego gracza konfliktu – Hezbollahu.
- W efekcie wojna w Libanie stała się częścią szerszej rozgrywki geopolitycznej, od której zależy powodzenie porozumienia między USA a Iranem.
Negocjacje USA–Iran nadal nie doprowadziły do zawarcia dwustronnego zawieszenia broni, które miałoby stać się pierwszym krokiem do normalizacji relacji. Amerykański wiceprezydent J.D. Vance ocenił, że przyjęcie porozumienia może stworzyć „pierwszą od 47 lat okazję do resetu wzajemnych stosunków”.
Jednak obciążeniem dla finalizacji porozumienia pozostaje balansowanie na krawędzi wznowienia wojny. Wymiana ognia między stronami, do której doszło w ciągu tygodnia po serii wzajemnych prowokacji, pozostaje tego dobitnym przykładem.
Granice amerykańskiej decyzyjności
Zanim jednak zostaną podjęte jakiekolwiek wiążące decyzje, Iran prezentuje stanowisko, zgodnie z którym nie zamierza ustępować. Dla Stanów Zjednoczonych największym politycznym zmartwieniem pozostaje kwestia otwartości na przepływ przez Cieśninę Ormuz.
Jak wojna w Zatoce Perskiej wpływa na relacje USA–Chiny i światowy handel
W przypadku decyzji o nowej formie statusu Cieśniny Ormuz rozstrzygnięcie prawdopodobnie zapadnie w konsultacji z państwami Zatoki. To wraz z nimi, w sposób pragmatyczny i racjonalny, będą podejmowane konkretne decyzje. Cały proces najpewniej zakończy się regionalnym ustanowieniem zobowiązań wiążących w konwencji międzynarodowej. Wskazuje się, że może ona mieć formę podobną do Konwencji z Montreux z 1936 roku, regulującej zasady kontroli nad cieśninami Bosfor i Dardanele – ustanowionej siłą, po przegranej przez Brytyjczyków bitwie o Gallipoli. Wówczas kontrolę nad wejściem i wyjściem z Morza Czarnego potwierdziła sobie Turcja.
W przypadku kwestii nuklearnej decyzja pozostaje wyłącznie w gestii Gabinetu Owalnego. Zależy ona od tego, czy Donald Trump potrafi „przełknąć żabę” w postaci mizernych efektów politycznych operacji wojskowej, która miała doprowadzić do całkowitej eliminacji irańskiego programu. Jak pokazały wydarzenia, było to oczekiwanie nierealne.
Trzecią kwestią jest konieczność podporządkowania woli USA ich najbardziej asertywnego, najbardziej samodzielnego i najbardziej wpływowego w amerykańskim establishmentcie sojusznika – Izraela. Wszystko za sprawą jednego z irańskich warunków zawarcia finalnego porozumienia, czyli „zakończenia walk na wszystkich frontach walki z Iranem”. Ze względu na względną autonomię Izraela w amerykańskim systemie sojuszniczym nie zależy to jednak w pełni od Waszyngtonu.
Pozorny rozejm
Warunek nie odnosi się tylko do porzucenia przez USA blokady morskiej irańskich portów czy do zakończenia bezpośrednich starć. W szczególności dotyczy zaprzestania przez Izrael polityki siły i ekspansji terytorialnej wokół jego przedpola bezpieczeństwa: Libanu, Strefy Gazy, Syrii, Iraku czy obszarów kontrolowanych przez jemeńskich Huti.
Jednak w hierarchii kierunków ważności dla Izraela to Strefa Gazy wraz z Libanem pozostają najważniejsze. Te dwa kierunki łączy fakt, że są najistotniejszymi frontami starć związanych z rozprawieniem się z irańskimi proxy. Mimo spadku swojej siły nadal oddziałują one na bezpieczeństwo Izraela.
W przypadku Strefy Gazy Izrael nadal podejmuje działania przeciwko Hamasowi i Palestyńczykom. Dzieje się tak nawet pomimo wcześniejszego zawieszenia broni, które było wielkim osiągnięciem administracji Trumpa. Porozumienie zawarte w zeszłym roku w egipskim Szarm el-Szejk miało obejmować kolejne etapy odbudowy, a w konsekwencji prowadzić do finalnego „trwałego pokoju” w Strefie Gazy.
Niemniej pomimo zawieszenia konfliktu część Hamasu nie złożyła broni. Walki, mimo spadku intensywności, trwają. Jak podają arabskie media, w czasie tego pozornego „zawieszenia broni” w izraelskich atakach miało zginąć 883 bojowników Hamasu i osób postronnych. Jeśli chodzi o kontrolę nad Strefą Gazy, do czasu zawarcia porozumienia z zeszłego roku Izrael zdołał przejąć 60 proc. całkowitego terytorium. Zgodnie ze swoim zobowiązaniem do wycofania się z części tego obszaru zredukował wojskową kontrolę terytorialną do 53 proc. terytorium. Natomiast w czwartek Netanjahu poinformował o wydaniu rozkazu IDF do faktycznego wznowienia ofensywy z celem zajęcia 70 proc. całości terenów Strefy Gazy.
W przypadku Libanu po rozpoczęciu 28 lutego izraelsko-amerykańskiego ataku na Iran Hezbollah – główna siła wojskowa w Libanie i irańskie proxy – rozpoczął ataki odwetowe na Izrael. Najpierw Izrael odpowiedział nalotami. Postępująca eskalacja i faktyczne wykorzystanie okazji przez Izrael doprowadziły do rozpoczęcia ofensywy lądowej na południu Libanu.
Dalej, w ramach zawieszenia broni wynegocjowanego przy wsparciu mediacyjnym Waszyngtonu, Tel Awiw zawarł z rządem w Bejrucie porozumienie o zawieszeniu broni. Podpisano je 16 kwietnia. Następnie przedłużono je 23 kwietnia o trzy tygodnie, a 15 maja – o 45 dni.
I tutaj pojawia się największa sprzeczność, która w żaden sposób nie dotyczy samego zawieszenia broni. To nie siły podległe rządowi w Bejrucie prowadziły wymianę ognia z państwem Izrael. Jak wskazano wcześniej, nie stanowią one największej siły militarnej w Libanie. W tym tkwi cały problem: stroną porozumienia o zawieszeniu broni nie był Hezbollah – zostało ono zawarte przeciwko Hezbollahowi.
Zgodnie z założeniami porozumienia, które przedstawił Trump, umowa między stronami ma posłużyć do wypracowania trwałego pokoju między państwami. O drodze do pokoju świadczą zapisy porozumienia. Treść przedłużanego dokumentu, opublikowana przez Departament Stanu USA, składa się faktycznie z trzech głównych postanowień:
„Jako gest dobrej woli” Izrael wstrzymuje swoje operacje ofensywne w Libanie, ale Tel Awiw zachowuje pełne prawo do samoobrony.
Liban ma zapobiegać atakom Hezbollahu i innych grup. Jedynie libańskie siły zbrojne oraz policja mogą nosić broń na terytorium Libanu.
Obie strony zobowiązały się do negocjacji w sprawie trwałego pokoju i ustalenia granicy.
W tych trzech punktach zawarty jest cały sens drogi do „trwałego pokoju”. Zapisów tych nie można jednak odczytywać wprost, ponieważ czytane literalnie są pozbawione kontekstu. Tym kontekstem jest oczywiście odpowiedź Iranu na amerykańsko-izraelskie ataki poprzez uruchomienie swoich aktywów proxy właśnie w Libanie.
Dalej, wraz z końcem pierwszej fazy III wojny w Zatoce, USA i Iran zawarły 8 kwietnia pierwsze wstępne porozumienie o zawieszeniu broni. Już wówczas Iran przedstawił jeden ze swoich głównych warunków: „zakończenie walk na wszystkich frontach walki z Iranem”. I faktycznie, zgodnie z tą logiką, USA przymusiły Izrael do podpisania z rządem w Bejrucie porozumienia o zawieszeniu broni. Było to porozumienie w relacji państwo–państwo, zgodnie z logiką norm międzynarodowych, a nie w relacji państwo–państwo–organizacja terrorystyczna (Hezbollah).
Zatem zgodnie z tymi zapisami, jeśli Hezbollah jako pierwszy podjął działania przeciwko Izraelowi, dokonując ostrzału jego terytorium, Izrael w sposób naturalny odpowiedział odwetem. W toku wzajemnej wymiany ognia kluczowy był jednak 16 marca, gdy IDF poinformowały o rozpoczęciu operacji lądowej na południu Libanu.
Jak informował izraelski minister obrony Israel Katz:
IDF rozpoczęły operację naziemną w Libanie, aby wyeliminować zagrożenia i chronić mieszkańców Galilei i Północy. Setki tysięcy szyickich mieszkańców południowego Libanu, którzy byli i są ewakuowani ze swoich domów, nie wrócą do swoich domów na południe od rzeki Litani, dopóki bezpieczeństwo mieszkańców Północy nie zostanie zagwarantowane.
Operacją objęto zajęcie około 10 proc. całkowitego terytorium Libanu.
Wniosek jest zatem jeden: w myśl logiki Izraela państwo to działa „tylko” w samoobronie, mając faktyczne przyzwolenie rządu w Bejrucie na rozprawienie się z Hezbollahem. Arabskie media podają, że w codziennych izraelskich nalotach w Libanie od 3 marca miało zginąć ponad 3 tys. osób, a niemal 10 tys. zostało rannych. Według danych amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną tylko między 24 a 26 maja IDF przeprowadziło ponad 270 ataków w Libanie.
USA, Iran i Chiny w grze o Ormuz. Wojna napędza globalną inflację
Jednak podobnie jak w przypadku kampanii powietrznej na Iran, to nie siły powietrzne doprowadzają do zakończenia konfliktu na własnych warunkach – zwłaszcza w obliczu istnienia wspólnej granicy lądowej. Robią to siły lądowe. Siły powietrzne nadają jedynie ton dynamice operacji, natomiast politycznie egzekwują ją siły lądowe. Kluczowe jest zatem przyjrzenie się temu, jak przebiega obecna operacja lądowa IDF na południu Libanu.
Ofensywa Izraela w Libanie
Mimo wciąż pojawiających się w Polsce głosów, że wykorzystanie dronów komercyjnych w działaniach wojennych to „bieda-wojna”, a także głoszenia tez, wedle których nie będą one miały większego znaczenia w starciu z wysoce zaawansowanymi siłami zbrojnymi państw Zachodu, pojawia się kolejne praktyczne obalenie tej tezy.
W tym wypadku to izraelskie IDF – bezdyskusyjnie jedne z najbardziej zaawansowanych i najsprawniejszych sił zbrojnych na świecie – padają ofiarą dronów wykorzystywanych przez Hezbollah. Drony te skutecznie opóźniają pochód izraelskich wojsk w głąb Libanu. Jak wygłosił szef Hezbollahu, Naim Qassem: „Nasze drony duszą jednostkę okupującą”.
Do Libanu dotarły zatem doświadczenia z wojny na Ukrainie, dotyczące szerokiego zastosowania dronów w działaniach wojennych. Pokazują one, że każda przeważająca i wysoce zaawansowana siła zbrojna ma swoje słabości oraz luki w systemie. Te zaś mogą być wykorzystywane przez tanie w budowie drony, konstruowane z dostępnych na rynku komponentów. Należy jednak zaznaczyć, że skala ich użycia nie jest taka jak w przypadku wojny na Ukrainie.
Ponieważ wszystko w życiu jest relatywne, także w tym przypadku trzeba wskazać, że szyickie bojówki już 10 lat temu wykorzystywały tego typu systemy. Obecnie jednak skala ich zastosowania ma charakter względnie masowy. Nowością na tym teatrze działań okazały się drony na światłowodzie – te same, które wyparły siły ukraińskie z rosyjskiego obwodu kurskiego i które są coraz szerzej wykorzystywane na Ukrainie.
Dzięki zamkniętej sieci, odpornej na zakłócenia, skutecznie atakują siły izraelskie. To między innymi one miały odpowiadać za atak na dowódcę 401. Brygady Pancernej, w którego wyniku został on ranny. Udostępniane w mediach zapisy wideo pokazują, że ofiarami tych ataków padają żołnierze IDF, pojazdy pancerne oraz – jak w przypadku wspomnianego dowódcy IDF – stanowiska dowodzenia.
Użyte przez Hezbollah drony doprowadziły do tego, że najwyższe przywództwo polityczno-wojskowe zwróciło uwagę na ten problem, wskazując na konieczność podjęcia wysiłków, by mu przeciwdziałać. W ramach tej adaptacji premier Benjamin Netanjahu nakazał „utworzenie specjalnego projektu, aby udaremnić zagrożenie dronami”.
Jego celem miałaby być produkcja dronów przechwytujących. W przypadku działań odstraszających, podejmowanych w ramach kontroli eskalacji, szef sztabu IDF, generał Eyal Zamir, miał w ostatnich dniach powiedzieć Gabinetowi Bezpieczeństwa, że IDF musi uderzyć w budynki w Bejrucie i Tyrze, aby odstraszyć ataki dronów. IDF tak właśnie zrobiły, jednak wątpliwe jest, by Hezbollah zrezygnował z ich wykorzystywania.
Amerykanie zależni od Izraela?
I tutaj dochodzimy do sedna sprawy: ponownego żądania przez Iran „zaprzestania walk na wszystkich frontach walki z Iranem”. Pojawia się zatem problem dla Amerykanów, gdyż przyjęcie porozumienia przez obie strony uzależnione jest od trzeciego gracza – Izraela, który postępuje według własnej logiki strategicznej. Świadczy o tym operacja lądowa w Libanie. Amerykanie muszą zatem podjąć kolejny wysiłek, by zdyscyplinować Izrael, a ten nie jest skory do zaprzestania swojej ofensywy.
Rozjeżdżają się więc dwie wizje strategiczne, które wcześniej były zbieżne i stanowiły przyczynę podjęcia wojny 28 lutego. Dzisiaj Trump, mimo własnej woli, faktycznie uzależnił zakończenie III wojny w Zatoce od Izraela. Z jednej strony USA, chcąc zakończyć konflikt i uwolnić swoje zasoby na inny kierunek, muszą dążyć do wyjścia z tej patowej sytuacji. Z drugiej Izrael w dłuższej perspektywie uznaje, że obecny stan rzeczy stanowi dla Tel Awiwu zdecydowanie większe zagrożenie niż układ sił sprzed 28 lutego. Chodzi o sytuację, w której władza w Teheranie umocniła się w rękach „jastrzębi”, a status Iranu uległ globalnemu wzmocnieniu.
Potencjalne kolejne porozumienie o „pokoju” będzie oznaczać, że Izrael będzie musiał skończyć z podejściem wobec Iranu określanym jako „koszenie trawy”, czyli z okresowymi akcjami ofensywnymi. Iran pokazał bowiem, jakie ma zdolności i jaki ból może zadać regionowi oraz globalnej gospodarce. Interesem Izraela jest więc kontynuowanie wojny w taki sposób, by wywołać chaos wewnątrz Iranu.
W ciągu ostatniego tygodnia wskazał na to przywódca partii „Żydowska Siła” i minister bezpieczeństwa wewnętrznego w rządzie Netanjahu, Itamar Ben-Gwir. W wypowiedzi dla mediów o negocjowanym porozumieniu USA–Iran powiedział: „Jest to złe porozumienie, porozumienie, które może zaszkodzić państwu Izrael, i nie pozwolimy, by to się stało”.
Czytaj też: Deklaracja Islamabadzka. Rozejm USA–Iran i spór o program nuklearny
W dalszej części wypowiedzi znamienne jest to, na co wskazał Ben-Gwir, pokazując, jak Izrael może do tego doprowadzić: „Jeżeli rząd libański nie opanuje Hezbollahu, to obszar na południe od rzeki Litani, a nawet na południe od Zahrani, musi zostać strefą bezpieczeństwa Państwa Izrael”.
Izraelski dylemat strategiczny po III wojnie w Zatoce
Amerykanie nie mogą sobie pozwolić na zaprzepaszczenie wysiłków negocjacyjnych z Iranem. Podejmując po raz drugi aktywne działania, nie tylko zużyliby środki walki, które są potrzebne gdzie indziej i których nie są w stanie szybko odtworzyć. Do tego dochodzi odpowiedź Iranu i jego zdolność do oddziaływania na cały region. Taka eskalacja, w połączeniu z asertywną polityką państw muzułmańskich, mogłaby doprowadzić do wypierania wpływów USA z regionu Zatoki Perskiej. Wówczas dla USA zmartwieniem byłaby nie tylko blokada Cieśniny Ormuz, lecz faktyczny upadek petrodolara, czyli globalnego systemu finansowego.
W ramach podsumowania perspektywy strategicznej konieczne jest przytoczenie słów Roberta Kagana – podpory intelektualnej polityki wojskowego interwencjonizmu George’a W. Busha – z ostatniego artykułu opublikowanego w „The Atlantic”:
Wojna w Iranie może zakończyć się najbardziej niszczycielskim ciosem dla bezpieczeństwa Izraela w jego krótkiej historii. Na obecnej trajektorii Iran wyjdzie z konfliktu wielokrotnie silniejszy i bardziej wpływowy niż przed wojną. Będzie wywierać wpływ na dziesiątki najbogatszych krajów na świecie, z których wszystkie będą miały żywotny interes w utrzymaniu dobrych relacji z Iranem. Jest mało prawdopodobne, aby stanęły po stronie Izraela w jakimkolwiek konflikcie, który ten będzie miał z Teheranem lub z jego pełnomocnikami w Libanie i Gazie, ponieważ Iran będzie miał środki, aby je ukarać, jeśli to zrobią.
Izrael wyłoni się z tego bardziej odizolowany niż w jakimkolwiek momencie swojej historii – i to nie mniej ważne: od swojego jedynego niezawodnego obrońcy, Stanów Zjednoczonych. Kiedy Trump odwróci się od Izraela, jak będzie musiał to zrobić, aby wdrożyć tę politykę, MAGA chętnie pójdzie za nim. Dwupartyjny konsensus antyizraelski w Stanach Zjednoczonych będzie rósł i twardniał. Czy Izrael odejdzie łagodnie w tę dobrą noc? To dzika karta, która może zakłócić marzenia rynków finansowych o nowej stabilności w Zatoce Perskiej.
Silniejszy, bogatszy i bardziej wpływowy Iran będzie oznaczał nowe życie dla Hamasu i Hezbollahu. Będzie to oznaczać koniec Porozumień Abrahama, ponieważ państwa Zatoki Perskiej będą musiały zawrzeć własny pokój z Teheranem, aby ich gospodarki mogły przetrwać. Trump mówi, że Netanjahu «zrobi wszystko, czego chcę, żeby zrobił». Ale czy Izrael może stać bezczynnie, podczas gdy Iran zastąpi USA jako arbitra władzy w regionie?
„The Atlantic”
