Reklama
Reklama
Biznes

Imigracja. Potrzebujemy planu i kontroli

Na razie nam się udaje – imigranci żyjący nad Wisłą pracują, integrują się i nie tworzą mafii. Ale bez przemyślanej polityki w tym obszarze możemy zderzyć się ze ścianą. Tą, z którą zderzają się coraz częściej kraje Zachodu.

Bartosz Marczuk
Felieton autorstwa: Bartosz Marczuk
31 marca
10 minut
Bartosz Marczuk: Imigracja bez planu. Czas na strategię, zanim będzie za późno. (fot. mat. pryw. / Shutterstock)

Reklama

TYLKO NA

„Chcieliśmy rąk do pracy, a przyjechali ludzie”. To zdanie szwajcarskiego pisarza Maxa Frischa, komentującego zachodnioeuropejską politykę masowego zapraszania w II połowie XX w. tzw. gastarbeiterów, przychodzi mi do głowy, gdy czytam na Zero.pl historię Mahita, który pracuje w Polsce.


Reklama

Frisch celnie i syntetycznie komentuje politykę imigracyjną Szwajcarii czy Niemiec, które po II wojnie światowej masowo ściągały do siebie – w planach „na chwilę” – setki tysięcy osób do pracy. Niemcy, na przykład, m.in. Turków. Mieli przyjechać, popracować i wyjechać. Nic z tego nie wyszło. Jak wiemy, ludzie to nie roboty do roboty – okazywało się, że w wielu przypadkach zadomawiali się w kraju przyjmującym, potem ściągali rodziny i zostawali na stałe. Dziś w Niemczech żyje mniejszość turecka, licząca ok. 3 mln osób.

Ale druga myśl, która towarzyszy lekturze tekstu o Mahicie z Indii, pracującym w platformowym modelu jako dostawca jedzenia w Polsce, jest taka: nie popełnijmy błędów, które zrobiły kraje Zachodu, a z którymi teraz próbują sobie jakoś radzić. Bądźmy mądrzy przed szkodą, a nie po szkodzie.

Zacznijmy wreszcie prowadzić realną, zaplanowaną i realizującą nasze interesy politykę imigracyjną. Zdefiniujmy kogo, na jakich warunkach, na jak długo chcemy przyjmować. A nie płyńmy z prądem, licząc, że jakoś to będzie. Nic z tych rzeczy. To się samo nie ułoży.


Reklama

Cudzoziemska eksplozja

To, co wydarzyło się nad Wisłą w ciągu ostatnich 15 lat, nie zadziało się chyba w takim tempie i z taką intensywnością nigdzie na świecie. Po ponad 200 latach, gdy byliśmy dostarczycielem ludzi, zmieniliśmy się w kraj imigracji. Jeszcze w 2011 r. Spis powszechny raportuje, że nad Wisłą mieszkało 100 tys. cudzoziemców. Stanowili niespełna 0,3 proc. populacji. Plasowało to Polskę na jednym z ostatnich miejsc w UE. Przeskoczmy o 10 lat do przodu, do cenzusu z 2021 r. Mieszka już u nas wtedy ok. 1,5 mln cudzoziemców. A trzy lata później, w przyjętej w październiku 2024 r. przez rząd Projekcie Strategii Imigracyjnej, czytamy, że jest ich 2,3-2,5 mln. To ok. 7 proc. naszej populacji. Tempo jest oszałamiające. W niespełna 15 lat liczba obcokrajowców zwiększyła się 25-krotnie!


Reklama

Ta rewolucja wydarzyła się niejako obok polityk publicznych. Nie było tutaj strategii, planu, realizacji. Były wydarzenia zewnętrzne – wybuch wojny na Ukrainie w 2014 r. i 2022 r., tłumienie zrywu na Białorusi w 2020 r. co skutkowało ucieczką naszych sąsiadów z ich kraju. Grały też rolę sprawy wewnętrzne – takie jak wdrożone w 2008 r. uproszczone procedury dla obywateli sześciu krajów zza bliskiej nam zagranicy, by na „polach nie zgniły truskawki”, presja firm na uzupełnianie luk na rynku pracy czy prywatyzacja pośrednictwa (odpryskiem tego jest tzw. afera wizowa). Ale przyznajmy – żadnego całościowego planu tu nie mieliśmy.

Nie skończyło się to póki co – szczęśliwie dla nas – źle. Wiemy, że w 90 proc. „nasi” cudzoziemcy to Ukraińcy, Białorusini i osoby z państw UE. Czyli z krajów bliskich nam kulturowo, łatwo się integrujący, ciężko pracujący, nienadużywający naszego systemu świadczeń. Nie mamy też z nimi problemów gettoizacji czy kryminalizacji.


Reklama

Wyrwa w ZUS i na rynku pracy

Doświadczenia ostatniej dekady mogą zatem w jakiejś mierze uspokajać wysiłek porządkowania zjawiska imigracji. Ale nic bardziej mylnego. Jeśli nie zabierzemy się do tego systemowo, grozi nam chaos, wzmacniany przez antyimigrancką histerię, uruchamianą przez polityków, którzy coraz częściej wsiadają na konia tej maści i machają szabelką „Polska dla Polaków”. Im mniej porządku w tym obszarze, tym straty, lęki i konsekwencje mogą być dotkliwsze. I trzeba tu też szanować obawy Rodaków. Wszak po pierwsze widzą, podróżując i mieszkając na Zachodzie, jak trudno tam poradzić sobie z migracjami, a po drugie w błyskawicznym tempie zaczęli żyć w kraju pełnym cudzoziemców. To musi rodzić napięcia.


Reklama

Ale tym bardziej nie zwalnia nas to z konieczności działań. Zagrożeń zaniechania kontrolowanej polityki w tym obszarze jest bez liku.

Możemy na przykład dorobić się tzw. dualnego rynku pracy (opisywanego w klasycznych pracach przez badacza Michaela Piore), którego przykładem jest właśnie los Mahita. Obok normalnego rynku pracy, funkcjonuje też jego segment „wtórny”, gdzie pracują często cudzoziemcy. Wykonują obowiązki w dramatycznych warunkach, czasem nielegalnie, bez minimalnych standardów takich jak np. stawka godzinowa czy wymiar czasu pracy. Nawet jak zamkniemy oficjalny dopływ imigrantów to, czy mamy pewność, że będąc w UE, nie będą oni do nas przybywać i pracować na tym wtórnym rynku. A jakie mogą być tego konsekwencje? Niech do naszej wyobraźni przemówią płonące na ulicach zachodnich miast samochody, strefy zakazane czy współczynniki gwałtów.

Mamy nad Wisłą imigrantów aktywnych zawodowo, uzupełniających luki na naszym rynku pracy, dobrze wykształconych. Co się stanie, jeśli nie zajmiemy się odpowiednio ich losem (choćby udrażniając urzędy legalizujące ich pobyt, czy porządkując kwestie nadawania obywatelstwa), i w konsekwencji w ZUS nie pojawi się co miesiąc ok. 6 proc. wpłacanych tam składek na emerytury i renty.


Reklama

Przedłużająca się blokada cieśniny Ormuz uderzy w Polskę? Analitycy ostrzegają


Reklama

Albo co zrobimy, gdy z rynku pracy zniknie ok. 8 proc. wszystkich pracujących, bo tyle stanowią dziś cudzoziemcy? Kto uzupełni braki na naszym rynku pracy w produkcji, rolnictwie, gastronomii czy hotelarstwie? Gdzie podzieje się wtedy nasz złoty wiek?

Czy jesteśmy też gotowi, biorąc pod uwagę naszą sytuację demograficzną, by z polskich szkół i przedszkoli zniknął cały rocznik cudzoziemskich dzieci? Czy nie jest to zaprzepaszczenie szansy na poprawę naszego ludnościowego bilansu?

Czy jesteśmy przygotowani na powstanie całego czarnego rynku sprowadzania do nas pracowników zza granicy – bez kontroli, przez firmy pośredniczące, dla których jedynym kryterium jest zysk?


Reklama

Czy nie chcemy wykorzystać potencjału, jaki leży w polskiej diasporze za granicą? Już raz zawaliliśmy repatriację ze Wschodu. Czy chcemy kolejny raz żałować naszych zaniedbań?


Reklama

Te pytania można mnożyć.

Gdzie jest oferta dla Polaków

Musimy być dojrzalsi, mieć strategię i plan. Trzeba pochylić się nad dwoma olbrzymimi obszarami imigracyjnego potencjału. Pierwszym i oczywistym jest nasza diaspora. To tutaj w pierwszej kolejności powinniśmy sięgać. Drugim: realizująca nasze interesy polityka przyjmowania cudzoziemców.

Polacy i osoby o polskich korzeniach są jedną z największych społeczności emigracyjnych na świecie. Takich osób, żyjących poza krajem, jest, według danych GUS, ponad 20 mln. To olbrzymi, wielowymiarowy kapitał. I wyzwanie. Nie możemy ograniczyć się jedynie do „letniej” opieki nad nimi, do przypadkowego podtrzymania ich tożsamości i kontaktu z kulturą oraz językiem. Trzeba podjąć horyzontalne polityki, by nie utracić tego potencjału demograficznego, politycznego i ekonomicznego.


Reklama

Póki co ten obszar jest zaniedbany. O diasporze i powrotach mówimy raczej w kategoriach banału niż planu i realnych polityk publicznych. Czy mamy na przykład ofertę do ok. 300-400 tys. dzieci polskich poakcesyjnych emigrantów? One wchodzą właśnie w dorosłość. Jak utrzymać ich w polskości, jak przyciągnąć do kraju rodziców? Jak zachęcić do studiowania czy pracy u nas? Gdzie tu jest plan? Zamiast tego często słychać podejście fatalistyczne („nic nie da się z tym zrobić”), restrykcyjne („nie wpuszczajmy do kraju »udawanych« Polaków”) lub ignoranckie („niech sobie żyją, gdzie chcą, nic nam do tego”). To kolosalny błąd. Skuteczna polityka wobec diaspory może zachęcić ich do powrotów i być naszym zagranicznym „zbrojnym ramieniem”. Praca z nią i na jej rzecz przynosi wymierne efekty społeczne, polityczne i gospodarcze.


Reklama

Także w kwestiach polityki przyjmowania cudzoziemców mamy potężne wyzwania. Kogo w ogóle i na jak długo przyjmować. Kogo zapraszać w pierwszej kolejności, a kogo unikać. Komu przyznawać obywatelstwo. Jak nie dopuścić do tego, by cudzoziemcy tworzyli zamknięte getta. Jak ich integrować. Jaką politykę prowadzić, by ci, na których nam zależy, nie pojechali dalej na Zachód. Jak wykorzystać ich kwalifikacje, zwłaszcza takie, których brakuje na rodzimym rynku (np. lekarze, pielęgniarki, specjaliści IT). No i pytanie podstawowe – jaka może być ich liczba w naszym społeczeństwie, by zachować spójność społeczną i nie dopuścić do konfliktów.

Planowo, a nawet brutalnie

I nie są to pytania dehumanizujące przybyszów. Mądre kraje świata prowadzą własną politykę w tym obszarze, nie wstydząc się, że przyjmują do siebie młodych, zdrowych, wykształconych, o określonych kwalifikacjach. I takich, którzy łatwiej się integrują. Te polityki są wręcz brutalnie interesowne.

Nowe uprawnienia PIP. Co się zmieni dla pracowników i pracodawców?


Reklama

Póki co nie jesteśmy tu kreatorami, ale bardziej reagujemy na zewnętrzne zjawiska. A wszystko – potrzeby naszego rynku pracy, starzenie się ludności, szybki rozwój i wzrost atrakcyjności Polski, ułatwiający przyciąganie do kraju Polaków i ich potomków, cudzoziemców, na których nam zależy czy talenty – każe postawić zasadniczą tezę: powinniśmy mieć całościową, długoterminową, horyzontalną, przemyślaną, ujętą w cele i działania „Politykę imigracyjną Polski”.


Reklama

Imigracja jest dla nas szansą, nie przekleństwem. Warunkiem jest, że mamy tu plan. Bo inaczej faktycznie może stać się zagrożeniem, czego dowodzą przykłady innych krajów. Dlatego powinniśmy stworzyć politykę, która realizuje nasze interesy, która jest podmiotowa i niezależna od zewnętrznych nacisków. Politykę, która jest długofalowa i bierze pod uwagę doświadczenia międzynarodowe, zwłaszcza jeśli chodzi o integrację cudzoziemców i spójność społeczeństwa kraju przyjmującego. Wreszcie politykę, która będzie w stanie powiedzieć twarde „nie” pomysłom rodzącym się poza Polską, które nie sprzyjają naszej racji stanu.

W tekście wykorzystałem wątki z napisanej przeze mnie i Michała Kota książki „Jak uniknąć demograficznej katastrofy”.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Bartosz Marczuk
Bartosz MarczukCzłonek zarządu Instytutu Sobieskiego, wcześniej m.in. wiceminister rodziny, wiceprezes Polskiego Funduszu Rozwoju, współautor książki „Jak uniknąć demograficznej katastrofy” - autor zewnętrzny