Technologia

Apple, miliardy dolarów i narodziny chińskich gigantów. Jak Zachód wychował sobie rywala

Apple, szukając taniej siły roboczej i ogromnego rynku zbytu, coraz mocniej uzależniał swoją produkcję od Chin. Firma inwestowała tam dziesiątki miliardów dolarów rocznie, szkoliła chińskich inżynierów. Efekt? Chiny wykorzystały współpracę do ogromnego transferu technologii i budowy własnej potęgi technologicznej. W Zero.pl publikujemy esej prof. Bogdana J. Góralczyka, który znalazł się we wstępie do książki „Apple w Chinach” (wyd. Prześwity).

Wydawnictwo Prześwity
Opinia autorstwa: Wydawnictwo Prześwity
Dzisiaj 14:58
10 min
"Przeciwnik i rywal to niekoniecznie ktoś, kto ma wymierzoną w ciebie broń; to może być także ktoś, kto wita cię kwiatami i przyjmuje z szerokim uśmiechem" - pisze prof. Góralczyk. (fot. Sorbis / Shutterstock)
TYLKO NA

Chiny urosły, nabrały znaczenia, stały się potęgą. Przyczyn dlaczego i jak to się stało, że kraj z poziomu subsaharyjskiego w ciągu czterech dekad wyrósł na mocarstwo, w literaturze światowej wymienia się wiele. Na przykład: wizjonerstwo „ojca reform” Deng Xiaopinga, pragmatyzm i ostrożność tamtejszych władz w podejściu do zmian, właściwy dobór elit, dywidendę demograficzną, czyli zaprzężenie do niewolniczej wprost pracy ponad 800 mln chińskich chłopów, umiejętne czerpanie z doświadczeń innych, tak w regionie, jak i na świecie. Jak to z takimi wielkimi procesami bywa, wyjaśnień jest wiele.

Wystarczył jeden telefon. Kulisy interwencji Trumpa ws. armii USA w Polsce

Obcy kapitał pomógł zbudować potęgę Chin

Jednym z nich, jako prowadzących do chińskiego odrodzenia, bez wątpienia był też udział obcego kapitału w odbudowie tamtejszej potęgi („odbudowie”, bo Chiny już nieraz w dziejach potęgą były). Ten udział w procesie zmian był znaczący. Tyle tylko, że zagraniczny kapitał nie przyszedł do Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) od razu po zainicjowaniu polityki reform i otwarcia na świat (gaige kaifang).

Gdy latem 1979 roku zakładano pierwsze cztery specjalne strefy gospodarcze, pozwalające na eksperymenty z obcym kapitałem: Shenzhen (na pograniczu z Hongkongiem), Zhuhai (w pobliżu Makau) oraz Xiamen i Shantou naprzeciw Tajwanu, to wyraźnie stawiano tylko na huaqiao – „Chińczyków zamorskich”, czyli diasporę. Jest faktem udowodnionym, że w pierwszej dekadzie reform, do burzliwej wiosny 1989 roku w Pekinie, ponad 90 procent obcych kapitałów, które trafiły do Chin, pochodziło z Hongkongu i chińskiej diaspory. W pierwszej dekadzie reform (1978–1989) kapitalizm docierał do Chin tylko wybiórczo.

Reklama
Reklama

Owszem, w połowie lat 80. pojawiły się tam japońskie firmy samochodowe oraz Volksvagen, ale prawdziwy wielki kapitał przyszedł do ChRL później, w dwóch falach. Po raz pierwszy po rozpadzie ZSRR, gdy sędziwy (ur. w 1904 roku) Deng Xiaoping wyciągnął z tego rozpadu należyte wnioski (że jest już jedynie globalny, kapitalistyczny świat) i pozwolił obcym firmom wejść na wielki i chłonny, za to zapyziały chiński rynek.

To wtedy tak naprawdę rozpoczął się prawdziwy wyścig do Chin, bowiem zadziałało hasło „miliard – chłonnych – konsumentów”. Po raz wtóry, na jeszcze większą skalę, obcy kapitał ruszył do ChRL po grudniu 2001 roku, gdy Amerykanie zgodzili się, aby Chiny pod przewodnictwem partii komunistycznej weszły do Światowej Organizacji Handlu (WTO), co w pierwszej dekadzie tego stulecia pozwoliło im rosnąć w tempie dwucyfrowym.

Dlaczego Facebook i Google poległy w Chinach

Najpierw zmierzały do Chin konglomeraty samochodowe, potem firmy farmaceutyczne i chemiczne, aż wreszcie przyszła kolej na rosnące jak na drożdżach potęgi technologiczne, Big Tech (a nawet Bóg Tech, jak chce u nas Sylwia Czubkowska), w tym tzw. Wielka Piątka: Facebook (dziś Meta), Google, Amazon, Microsoft i Apple.

Reklama
Reklama

Wszystkie one próbowały chińskiego tortu, choć nie wszystkim się tam powiodło. A to przede wszystkim dlatego, że Chiny umiejętnie budowały własny, rodzimy ekosystem internetowy i technologiczny. Dlatego Facebook i Google tam poległy, a Amazon został pokonany przez rodzime rozwiązania (Alibaba, Taobao, JD.com). Na polu boju pozostały Microsoft i Apple, w tym szczególnie ta ostatnia firma. A to nie byle kto, bo jej kapitalizacja w 2025 roku sięga 4,14 bln dolarów (podczas gdy np. roczny PKB Włoch to 2,4 bln dolarów, a Polska chwali się przekroczeniem dopiero co biliona).

I właśnie tę firmę oraz jej rolę na terenie Chin wziął na warsztat specjalizujący się w tematyce gospodarczej dziennikarz komutujący między Kalifornią, Hongkongiem i Niemcami, od 2013 roku będący korespondentem „Financial Times”, Patrick McGee. Udowodnił on, że firma Apple, kiedyś zdumiewająca i łamiącą wszelkie bariery – mentalne i technologiczne – na terenie USA, a później całego Zachodu, złożona z „rebeliantów” i „mąciwodów”, w miarę upływu czasu stała się jednym z filarów krajowego systemu i establishmentu finansowo- gospodarczego.

Wyszkoleni w firmach Apple’a chińscy inżynierowie nie tylko szybko się uczyli, ale przede wszystkim powielali i szerzyli tamtejsze rozwiązania. (fot. testing / Shutterstock)

 

Reklama
Reklama

275 mld dol inwestycji Apple nowym plan Marshalla

Natomiast już jako wielkie dochodowe przedsięwzięcie zaangażowała się na terenie Chin, znajdując tam nie tylko chłonny rynek, ale przede wszystkim ogromny zasób taniej siły roboczej. To rosnące zaangażowanie, doskonale uchwycone i opisane na łamach tej pracy, sprawiło, że kierownictwo Apple’a nawet nie dostrzegło – po pierwsze – jak bardzo jego produkcja została uzależniona od Chin (nawet w 90 procentach!), ale też – po drugie i ważniejsze – jak mocno na tej współpracy Chiny skorzystały, co już jest zagrożeniem nie tylko dla tej firmy, ale również dla interesów USA.

McGee w swoim „otwierającym szeroko nasze oczy exposé” opisuje m.in., jak w maju 2016 roku szef Apple’a Tim Cook trafił do siedziby Komunistycznej Partii Chin w Pekinie i tam ustalono, niejako na zapotrzebowanie przewodniczącego Xi Jinpinga i w odpowiedzi na ogłoszony rok wcześniej program „Made in China 2025”, iż w ciągu następnych pięciu lat Apple zainwestuje na terenie ChRL niebagatelną sumę 275 mld dolarów. Autor porównuje to, nieco tylko przesadzając, do „nowego planu Marshalla”, a przy okazji dowodzi tego, co bodaj najistotniejsze: doszło do tego w chwili, gdy Apple inwestował już w Chinach do 55 mld dolarów rocznie i zatrudniał tam swoich najlepszych inżynierów.

Chińczycy wszystkie te środki i inwestycje chętnie u siebie przyjmowali, ale równolegle niezwykle wnikliwie się im przyglądali. Efekt? W ramach implementacji strategii „Wyprodukowane w Chinach 2025”, będącej pierwszym wielkim krokiem na drodze Chin ku zdobyciu światowego prymatu w wysokich technologiach, współpraca z Apple’em odegrała niezwykle istotną rolę.

Reklama
Reklama

Jak dowodzi McGee, wyszkoleni w firmach Apple’a chińscy inżynierowie nie tylko szybko się uczyli, ale przede wszystkim powielali i szerzyli tamtejsze rozwiązania. W rezultacie doszło do niebywałego, ogromnego transferu technologii, czego dowodem jest fakt, że najbardziej znane chińskie firmy produkujące smartfony, jak Huawei, Xiaomi, Vivo czy Oppo, które w 2009 roku miały tylko 9-procentowy udział we własnym – stale rosnącym – rynku, w 2014 roku miały już ten udział na poziomie 74 procent, a w chwili obecnej sięga on nawet 90 proc.

USA zorientowały się zbyt późno 

Gdy te dane i idące w ślad za nimi przesłanie zaczęły docierać do amerykańskich decydentów – choć stosunkowo najpóźniej do kierownictwa Apple’a, robiącego w ChRL kokosy – rozpoczęła się w USA wielka debata na temat własnego zaangażowania w Chinach, a po 2018 roku już strategicznej rywalizacji z nimi. W efekcie, co już wybiega poza narrację zawartą w dodatkowe 100 mld dolarów na terenie USA, „w celu ponownego ożywienia rodzimej produkcji”, a nie po raz kolejny na obszarze Chin. Tym samym, jak chce Trump, a wcześniej głosił to też Joe Biden, produkcja zaczęła wracać do USA. Tyle tylko, że Chiny już na tym skorzystały – i swoje zrobiły.

Tak oto dalsza współpraca, a w istocie rzeczy rosnąca rywalizacja z Chinami stanęła na porządku dnia. I to jest kontekst, na który trafił Patrick McGee. Wybrał doskonały moment i nie mniej atrakcyjną treść. Pokazał bowiem wielkie przedsiębiorstwo, które idąc w ślad za zyskiem, tańszym i intratnym rynkiem, nie zastanowiło się – podobnie jak wiele innych na Zachodzie – jakie mogą być tego zaangażowania konsekwencje, nie tylko technologiczne, ale też polityczne i strategiczne [...].

 

Reklama
Reklama

Amerykanie już za pierwszej kadencji Trumpa wreszcie zrozumieli, iż sami przyczyniają się do wzmacniania swojego wielkiego strategicznego rywala. Dlatego już od marca 2018 roku non stop mamy do czynienia z wojną handlową i celną, nie tylko nieprzerwaną, ale jeszcze wzmocnioną za kadencji Bidena i przybierającą na sile podczas drugiej administracji Trumpa.

Tim Cook, Elon Musk I amerykański sekretarz obrony w czasie wizyty Donalda Trumpa w Chinach. (fot. MAXIM SHEMETOV / POOL / PAP/EPA)

Lekcja dla Zachodu

Naturalnie Chińczycy nadal opowiadają się za – tak intratną dla nich – współpracą z Apple’em i big techami. Natomiast tamtejsi eksperci, na przykład Chen Jing z Chińskiej Akademii Nauk, dowodzą, iż tezy McGee mówiące o „nowym planie Marshalla” są „zdecydowanie przesadzone”. Zarazem podkreślają jednak, tym razem uczciwie, iż „Apple znacząco wpłynął na gospodarczy rozwój Chin, podobnie jak Chiny ogromnie pomogły Apple’owi” w zdobywaniu światowych rynków.

Tyle tylko, że tamten rozdział – wzajemnego zaangażowania – zaczyna się zamykać, a to z racji widocznej „strategicznej rywalizacji”, ale też w kontekście – ogłoszonych w październiku 2025 roku – założeń nowej, XV już pięciolatki w ChRL (2026–2030), w ramach której przyjęto nadrzędny cel budowy „samowystarczalności technologicznej”, a więc dochodzenia do pozycji potęgi technologicznej już samodzielnie, tym razem bez wsparcia obcego kapitału i firm takich jak Apple.

Reklama
Reklama

Trump wysyła do Polski kolejne 5 tys. żołnierzy. Tusk dziękuje Nawrockiemu

Ten stan będzie wymagał napisania już innej książki niż ta, która właśnie trafia do rąk polskiego Czytelnika. Wprawdzie traktuje ona o rozdziale już poniekąd zamkniętym, ale jest ważna i wielce pouczająca, stanowi bowiem swego rodzaju traktat na temat tego, do czego może doprowadzić nieposkromiona żądza pieniądza oraz jak niespodziewane – i niepożądane – skutki może ze sobą ostatecznie przynieść. Jak inwestujesz, to wiedz, u kogo i z kim się zadajesz. A jeśli chcesz uniknąć popełnienia takich błędów, przeczytaj tę publikację. Albowiem przeciwnik i rywal to niekoniecznie ktoś, kto ma wymierzoną w ciebie broń; to może być także ktoś, kto wita cię kwiatami i przyjmuje z szerokim uśmiechem. Taka też płynie stąd lekcja.

**

Prof. Bogdan J. Góralczyk jest autorem "Chińskiego tryptyku" i wielu innych prac o Chinach i Azji oraz Europie (Węgrzech) i obecnej scenie międzynarodowej. 

Tekst jest fragmentem książki "Apple w Chinach" Patricka McGee, wyd. Prześwity 2026. 

Źródło: Zero.pl
Wydawnictwo Prześwity
Wydawnictwo PrześwityUżytkownik