- Potrzebę budowy szpitala w południowej części Warszawy sygnalizowano jeszcze w czasach PRL. Elementem kampanii wyborczej uczyniła go jednak dopiero Hanna Gronkiewicz-Waltz. I to aż... trzykrotnie: w 2006, 2010 i 2014 roku.
- Po trwających około dziesięciu lat rozmaitych problemach logistycznych, pierwszą łopatę pod budowę wbito pod koniec 2016 r.
- Obiekt otwarto w trudnych czasach pandemii. Chwilę później rząd PiS wyrwał go z rąk miasta Warszawy.
- Po opadnięciu pandemicznego kurzu, Szpital Południowy budował reputację jednego z najlepszych, najbardziej nowoczesnych tego typu obiektów w Polsce. Tajemnicą poliszynela były jednak polityczne układy, które paraliżowały działanie placówki.
Wilanów, w mniejszym stopniu również Ursynów, na przełomie XX i XXI wieku należały do najbardziej dynamicznie rozwijających się obszarów Warszawy. Na dawnych polach kapusty i terenach rolniczych w błyskawicznym tempie wyrastały gigantyczne osiedla, na czele z Miasteczkiem Wilanów. W ciągu niespełna dwóch dekad liczba mieszkańców tych rejonów przekroczyła 200 tys. Powstały sklepy, galerie handlowe i liczne punkty usługowe. Za działaniami deweloperów nie nadążała jednak infrastruktura społeczna.
By udać się do szpitala, mieszkańcy tych dzielnic musieli szukać szczęścia w placówkach położonych w innych częściach miasta – w Szpitalu MSWiA przy ul. Wołoskiej, Szpitalu Czerniakowskim, czasem nawet Szpitalu Praskim. Wszędzie dość daleko, zwłaszcza w godzinach szczytu.
Potrzebę budowy nowej lecznicy dostrzeżono w strukturach miejskich już na początku lat dwutysięcznych. Oficjalna i wiążąca obietnica padła z ust Hanny Gronkiewicz-Waltz podczas jej pierwszej kampanii samorządowej w 2006 r. Kandydatka grzmiała wtedy, że podobna placówka „powinna stać tu już od dwóch dekad”, nie mogąc się nadziwić, że poprzednicy nie wpadli na taki pomysł.
Nie była to prawda: o budowie szpitala w tej części miasta przebąkiwano jeszcze za czasów PRL. Byłej prezes NBP warto jednak oddać, że jako pierwsza powiedziała o tym głośno, przedstawiając konkretny plan.
Szpital Południowy miał być flagowym projektem nowej prezydent Warszawy. Urzędnicy hucznie zapowiadali, że będzie to nowoczesny, wielospecjalistyczny obiekt z oddziałami, izbą przyjęć, Szpitalnym Oddziałem Ratunkowym, blokiem operacyjnym, pełną diagnostyką i lądowiskiem dla śmigłowców. Zapewniano, że drzwi dla pierwszych pacjentów zostaną otwarte w 2010 r., a w najgorszym wypadku w 2011 r.
Rzeczywistość, jak prawie zwykle, brutalnie zweryfikowała te plany.
Zakulisowe przepychanki
Zanim na plac budowy wjechała pierwsza koparka, szansę na realizację inwestycji wielokrotnie przekreślano.
Przez dziesięć lat projekt istniał wyłącznie jako element przetargów, koncepcji architektonicznych i urzędniczych przepychanek. Sam wybór działki u zbiegu ulic Pileckiego i Gandhi od początku budził ostry sprzeciw części lokalnej społeczności oraz niezależnych aktywistów miejskich.
Krytycy podnosili, że lokalizowanie nowego szpitala w bezpośrednim sąsiedztwie Instytutu Hematologii i Transfuzjologii (właściciela terenów) oraz Centrum Onkologii jest błędem urbanistycznym, ponieważ kumuluje gigantyczne zaplecze medyczne w jednym punkcie miasta, podczas gdy inne rejony Warszawy pozostają odcięte od opieki. Władze obiektów też nie były pomysłem zachwycone: wykluczał bowiem możliwość rozbudowy ich placówek.
Obawiano się również paraliżu komunikacyjnego, tłumacząc, że wąskie arterie Ursynowa nie udźwigną masowego ruchu karetek pogotowia i tysięcy pacjentów, co przy braku odpowiednio zaprojektowanych parkingów zablokuje tę część dzielnicy. Dodatkowo plany budowy wiązały się z wycinką drzew i likwidacją naturalnego klina napowietrzającego, co wywołało protesty organizacji ekologicznych.
W międzyczasie trwała inna telenowela: koszty rosły, a miasto wielokrotnie przesuwało terminy ogłoszenia przetargów na Generalnego Wykonawcę. Gdy w końcu dochodziło do otwarcia kopert z ofertami, okazywało się zwykle, że propozycje prywatnych firm opiewają na kwoty drastycznie przekraczające budżet zakładany przez Radę Warszawy.
Opozycja w Radzie Miasta zarzucała ówczesnej ekipie rządzącej stolicą skrajną nieudolność na etapie planowania, marnotrawienie publicznych pieniędzy na nieustanne poprawki projektowe oraz celowe opóźnianie inwestycji ze względów czysto politycznych, by temat budowy wykorzystywać jako obietnicę w kolejnych kampaniach wyborczych.
Faktem jest, że Szpitalem Południowym Gronkiewicz-Waltz mamiła wyborców nie tylko w 2006, ale również 2010 i 2014 roku.
Kamień węgielny
W czerwcu 2017 roku wydawało się, że teraz wszystko musi pójść z górki. Wmurowano kamień węgielny, pani prezydent dumnie pozowała do zdjęć, podpisując wreszcie akt erekcyjny.
– Uświęcone tradycją uroczystości, jak wmurowanie kamienia węgielnego w fundamenty czy zawieszenie wiechy, gdy budynek jest już pod dachem – to wielkie wydarzenie dla budowniczych, inżynierów i architektów. Ten pierwszy zwyczaj – którego za chwilę będziemy świadkami – jest także ważny dla mnie i dla mieszkańców. Oznacza bowiem, że inwestycja idzie w dobrym tempie – powiedziała podczas uroczystości.

Hanna Gronkiewicz-Waltz podpisuje akt erekcyjny (fot. um.warszawa.pl)
Koszt budowy i wyposażenia placówki miał wynieść 400 milionów złotych. Roboty budowlane, zgodnie z udostępnionym publicznie harmonogramem, miały zakończyć się w lipcu 2019 roku.
Szybko okazało się oczywiście, że i te szacunki oparte były na myśleniu życzeniowym. Największym problemem inżynieryjnym pierwszej fazy budowy było spore niedoszacowanie warunków gruntowo-wodnych. Ursynów słynie z trudnego podłoża i wysokiego poziomu wód gruntowych, czego projektanci albo nie wzięli pod uwagę, albo wzięli, ale w niedostatecznym stopniu.
Miasto i generalny wykonawca, przedsiębiorstwo Erbud, uwikłali się w długi, wielomiesięczny spór prawno-finansowy. Erbud żądał dodatkowych milionów, powołując się na błędy w dokumentacji dostarczonej przez warszawski ratusz oraz na dynamicznie rosnące ceny materiałów budowlanych i robocizny. Urzędnicy miejscy z kolei odbijali piłeczkę, grożąc firmie wielomilionowymi karami umownymi za niedotrzymywanie terminów. Ostatecznie, po podpisaniu licznych aneksów ratujących inwestycję przed całkowitym bankructwem i porzuceniem placu budowy, ostateczny koszt inwestycji mógł przekroczyć barierę pół miliarda złotych z publicznych pieniędzy (inne źródła mówią o ok. 400 milionach).
Czytaj również: Ujawniamy, jak pracował 28-letni lekarz milioner. Sprawa Dawida Kacprzyka
Patologiczna struktura
Zrozumienie chaosu wokół Szpitala Południowego wymaga przeanalizowania jego skomplikowanej i dysfunkcyjnej struktury właścicielskiej. Placówka ta nie powstała jako niezależny podmiot prawny od podstaw. Władze Warszawy podjęły decyzję, że operatorem nowej lecznicy zostanie spółka miejska Warszawski Szpital Południowy, która została formalnie połączona ze Szpitalem Solec. To właśnie ta druga, skrajnie zadłużona, borykająca się z gigantycznymi problemami lokalowymi i kadrowymi placówka ze Śródmieścia miała w całości przenieść swoją działalność, personel oraz, co najważniejsze, kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia na Ursynów.
Dlaczego tak? Wszystko przez niefortunny zapis obowiązującej od 2017 r. ustawy o sieci szpitali. Szpital Południowy w tej sieci nie figurował, więc nie mógłby liczyć na kontrakty z Narodowego Funduszu Zdrowia. Dlaczego nie można go było po prostu dopisać? Bo żeby to zrobić, musiałby posiadać kontrakt z NFZ od co najmniej dwóch lat.
– Polski system zdrowia jest jakąś wielką plątaniną różnego rodzaju złych rozwiązań. Ta ustawa spowodowała, że szpital otwierany przez samorządy czy inne jednostki nie może dostać finansowania, bo ustawodawca nie pomyślał, że ktoś wybuduje nowy szpital. Formalnie nie ma dzisiaj możliwości, że budujemy jako miasto nową placówkę i możemy starać się o kontraktowanie z NFZ – wyjaśniał ówczesny wiceprezydent Warszawy, Paweł Rabiej.
Szpital Południowy, duży, nowoczesny, dostawał więc pieniądze niejako „na licencji” mniejszego, mniej wymagającego Szpitala Solec. W dwóch słowach: był dość spektakularnie niedofinansowany, co rodziło rozmaite problemy.
Nie tylko zresztą to. Kłopotliwa okazała się też hybrydowa konstrukcja prawna. Prezesi spółki zarządzającej obiema placówkami zmieniali się jak w kalejdoskopie. Każda roszada personalna na najwyższym szczeblu oznaczała kolejne audyty, zmiany koncepcji dotyczących profilu oddziałów oraz wielomiesięczne opóźnienia w kluczowych przetargach na zakup specjalistycznego sprzętu medycznego. W kuluarach szeptano, że przy obsadzie kluczowych stanowisk ważniejsze są koneksje polityczne niż talenty menadżerskie.
Wojna na górze
Brak stabilności decyzyjnej zemścił się w przededniu globalnego kryzysu zdrowotnego. Na początku 2021 roku budynek był już w teorii gotowy, ale wciąż nieprzygotowany do przyjmowania pacjentów w normalnym trybie. W tym samym czasie w Polsce szalała trzecia fala pandemii COVID-19. Rząd poszukiwał wolnych łóżek, tymczasem władze Warszawy ociągały się z pełnym uruchomieniem placówki, tłumacząc się brakiem personelu oraz niedostarczeniem obiecanego sprzętu przez agencje rządowe. W marcu 2021 roku Minister Zdrowia Adam Niedzielski, opierając się na przepisach ustawy covidowej, podjął bezprecedensową decyzję o wprowadzeniu do szpitala komisarza rządowego. Funkcję tę powierzył Ewie Więckowskiej – tej samej, która zaledwie miesiąc wcześniej złożyła rezygnację z funkcji prezesa spółki zarządzającej Szpitalem Solec z ramienia miasta.
Decyzja ta wywołała potężną medialną i polityczną burzę. Strona rządowa oskarżała władze Warszawy o celowe blokowanie nowoczesnego szpitala z powodów politycznych. Z kolei prezydent Rafał Trzaskowski i jego stronnicy alarmowali, że mamy do czynienia z politycznym i wrogim przejęciem samorządowego mienia.
Wprowadzenie komisarza nie uzdrowiło jednak sytuacji z dnia na dzień. Przez pierwsze tygodnie w szpitalu panował potężny chaos organizacyjny, a media donosiły m.in. o awariach kluczowej instalacji, która zamarzała pod wpływem zbyt dużego poboru tlenu przez pacjentów podłączonych do respiratorów.
Nowoczesny szpital stał się tłem polsko-polskiej wojenki.
Krew na rękach
Po wygaszeniu pandemii i odwołaniu rządowego komisarza wiosną 2022 roku, Szpital Południowy musiał wreszcie zacząć funkcjonować jako normalna, wielospecjalistyczna placówka miejska. Tak się ostatecznie stało, ale… również nie bez problemów.
Czytaj także: Państwowa Inspekcja Pracy skontroluje Szpital Południowy
Pierwszy wstrząs nastąpił wraz ze zmianą profilu medycznego w dawnym Szpitalu Solec. Przeniesienie oddziałów (m.in. chirurgii) nastąpiło w sposób nieskoordynowany i chaotyczny. Mieszkańcy Śródmieścia z dnia na dzień stracili dostęp do kluczowej izby przyjęć w centrum miasta, a stworzona na Ursynowie alternatywa działać nie mogła, bo brakowało kadr.
Kilka miesięcy później, Szpital Południowy zaczął jednak wreszcie spełniać swoją rolę. Bardzo dobrą reputacją cieszy się tam m.in. oddział położniczy. Sam obiekt jest jedną z najbardziej spektakularnych placówek w kraju: posiada przestronne, jasne wnętrza, nowoczesny blok operacyjny, zaawansowane zaplecze diagnostyczne oraz profesjonalne lądowisko dla helikopterów ratunkowych, które drastycznie skraca czas transportu chorych w stanach nagłych. To nie przypadek, że Rafał Trzaskowski tak często i gęsto chwalił się tą inwestycją podczas kampanii prezydenckiej. Dla mieszkańców Ursynowa, Wilanowa i kilku podwarszawskich miejscowości Szpital Południowy stał się prawdziwym wybawieniem.
Niestety był nim też dla wszelkiej maści polityków, ich rodzin i znajomych. Dziś to już żadna tajemnica: przez lata nowoczesna infrastruktura i specyficzna struktura właścicielska zachęcały do tego, by załatwiać na Ursynowie pewne sprawy „po znajomości”, z pominięciem kolejki. Twarzą tej patologii, dzięki dziennikarskiemu śledztwu Patryka Słowika z portalu zero.pl, okrzykniętego młodego radnego Koalicji Obywatelskiej i koordynatora SOR – Dawida Kacprzyka. Coraz więcej, niestety, wskazuje, że wpychanie kolegów i koleżanek przed kolejkę to najmniejsze z jego przewinień…

