Mateusz Morawiecki superstar? Walczy chwacko o autonomię wobec Jarosława Kaczyńskiego. Zebrał pokaźne grono zwolenników gotowych podjąć z nim ryzyko samodzielności. Co najważniejsze, kilkoma drobnymi ruchami zmienił PiS. Do tej pory (z wyjątkiem awantury o prozwierzęcą „piątkę Kaczyńskiego”) była to partia „przekazu dnia”, a teraz jest partią ożywionej debaty. Debaty, której nie ma w partii Donalda Tuska. Partie „koalicji 15 października” są generalnie bezbarwne i skupione na drwieniu z opozycji oraz prezydenta, a za całe myślenie programowe wystarczają im petardy (i kapiszony) w internecie.
I właśnie takiej partii, bezbarwnej i skupionej na krytykowaniu tylko cudzych błędów, chce Jarosław Kaczyński. Jeżeli były premier wyprowadzi z PiS grupę zwolenników, to grupa ta będzie wręcz zmuszona, by dowodzić, że PiS nie jest bezbłędny. Jeżeli Kaczyński spacyfikuje bunt, grupa niedoszłych rozłamowców w obronie swojego honoru i własnej pozycji w partii będzie w niejednej sprawie artykułować odrębne stanowisko – aż do uzyskania od prezesa naprawdę dobrej oferty. Albo wyrzucenia, a wtedy mleko nie tylko się rozleje, ale nawet zabulgocze.
Zobacz także: W PiS nadal wrze. Kaczyński apeluje „o chwilę oddechu i łyk zimnej wody”
Krytyka z własnych szeregów
Co mógłby powiedzieć o PiS krytyczny Morawiecki? Po pierwsze, że modernizacja kraju jest dalej zadaniem do wykonania, a nie antypolskim projektem „elit III RP”. Po drugie, że Unia Europejska nie zagraża polskiej suwerenności – tej zagraża tylko nasze nieporadne działanie w ramach Unii. Po trzecie, że orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie przesłanek ochrony życia poczętego, które bocznym wejściem wprowadziło radykalizację prawa bez decyzji Sejmu, stanowiło błąd moralny i polityczny. Po czwarte, że rozpędzenie maszyny reform sądownictwa skończyło się jazdą po bocznym torze. Zysku z niej żadnego, kłopotów dla zwykłych Polaków mnóstwo.
Są to wszystko wypowiedziane przez Morawieckiego myśli, tyle że rozproszone. Frapujące jest w nich to, że nie są one dalekie od poglądów samego Kaczyńskiego (co dobrze wyjaśnia Marek Jurek na łamach Zero.pl).
Czym innym jednak jest mieć poglądy, a czym innym uczynić z nich spójny przekaz. Ruch Morawieckiego przekazu potrzebuje, inaczej byłby tylko platformą kwękających, a z samego kwękania nikt jeszcze wygranej nie zbudował. Udowodnili to liczni secesjoniści w historii PiS, na czele z ugrupowaniem Polska Jest Najważniejsza. Natomiast swego czasu dał radę Ryszard Petru, któremu udało się zbudować partię z dobrym wynikiem wyborczym w 2015 roku (7,6 proc.) wbrew PO. Potem zaprzepaścił wszystko, ale to już inna historia.
Powracający argument
Jak politycy PiS-owcy odpowiedzą na spójną krytykę Morawieckiego? Na razie, w ramach wewnętrznych potyczek, formułują zarzuty rodem z partyjnego podwórka. Że nie angażował się wystarczająco w to czy tamto, że zbyt mało energicznie wsparł tego czy innego polityka. Same koszałki-opałki.
Najpoważniejszy pocisk dopiero zostanie odpalony: Polski Ład Mateusza Morawieckiego. Miał być ukoronowaniem projektu modernizacji kraju, opartego na uwolnieniu energii przedsiębiorczych Polek i Polaków. Zamiast uprościć reguły gry, przyniósł chaos i legislacyjny bałagan. Z projektu trzeba było wycofywać się w pośpiechu. Od tamtej pory wizja modernizacji Polski sprowadzała się już głównie do wielkich inwestycji infrastrukturalnych. W betonie tych ambitnych projektów ugrzęzła również Izera.
Tyle że krytyka intencjonalnie wymierzona w Mateusza Morawieckiego wróci do PiS i jego prezesa jak bumerang. W końcu za Polskim Ładem nie głosowali kosmici. Partię obciążą lata programowego marazmu, polityka bezrefleksyjnego powtarzania „przekazu dnia” oraz uległość wobec prezesa, często urągająca zdrowemu rozsądkowi.
Formacja stworzona przez Jarosława Kaczyńskiego przez lata konsekwentnie unikała krytycznego spojrzenia na samą siebie. Dziś przychodzi jej za to zapłacić. Prezes nie chciał rozliczeń, by nie prowokować wewnętrznych podziałów. W efekcie może otrzymać jednocześnie i rozliczenia, i rozłam. Co więcej, PiS zajmuje się dziś samym sobą właśnie w momencie, gdy rządy Donalda Tuska znalazły się w wyraźnych tarapatach i zderzyły się ze ścianą.

