Bieg pod górę
Udajmy na moment, że nie wiemy, kim jest Karol Nawrocki. Wymazujemy go z pamięci. Zapominamy o prezydenturze i kampanii wyborczej. Wyobraźmy sobie, że słuchamy gawędy przy ognisku.
W gdańskim blokowisku żył zwykły Karol. Urodził się w burzliwych latach 80., dorastał w czasach transformacji. Uczył się nieźle, ale niewybitnie. Zawsze miał dryg do sportu. Piłka nożna, boks, siłownia. Lekko szemrane środowisko kolegów – niejeden z osiedla skończył z wyrokiem. Ale nasz Karol wyszedł na ludzi. Poznał dziewczynę, założył rodzinę. Tak się zakochał, że postanowił wychowywać nieswoje dziecko.
Pracował i uczył się. Od uniwersyteckiej auli do boiska, ringu, domu i z powrotem. Cała rodzina uznała, że doktorat to niesamowity sukces, a teraz czeka już tylko ciepła posada na uczelni. Ale to był dopiero początek.
Karol otrzymał propozycję zostania dyrektorem wielkiej państwowej instytucji zajmującej się polityką historyczną. A następnie – bardzo szybko – główna partia opozycyjna wytypowała go na swojego kandydata w wyborach prezydenckich. Jak do tego doszło? Nie wiem – odpowiadali nawet najbliżsi.
Zaczął ciężko, brak przynależności do środowiska medialno‑celebrycko‑politycznego był widoczny na pierwszy rzut oka. Sondaże były fatalne. Po dwóch miesiącach kampanii ludzie zapamiętali tylko wnoszenie lodówki, a prezes chciał go wymienić. Nagle, po jednym występie medialnym, okazało się, że Karol to właściwie swój chłop.
Media liberalne cały czas na niego nadawały. Nie dość, że nie idiota, to jeszcze gada jakoś nie jak zwykły polityk. Może więc całe te TVN‑y rzeczywiście kłamią? – zastanawiali się wyborcy. A w końcu postanowili na niego zagłosować, byleby Tusk nie miał pełni władzy.
Okres miodowy
Wyjdźmy z konwencji gawędy. Ta historia jednak, tak sprawnie opowiadana przez Pawła Szafernakera, ma właśnie taki gawędziarski charakter. Sprawna opowieść dała Karolowi Nawrockiemu duży kredyt społecznego zaufania.
Widać to było w pierwszych miesiącach po objęciu urzędu. Po wygranej wielu myślało, że czeka nas miesiąc spokoju. Trzeba przecież odpocząć po takim tornadzie, jakim była kampania. Gdzie tam. Przy wsparciu sztabu i prawicowego środowiska, z którego się wywodził, prezydent kompletuje niezłą kancelarię złożoną z polityków niezużytych władzą, podzielających jego ambicje. Środowisko to od razu wzięło się do intensywnej pracy. Jej skala ewidentnie zaskoczyła rząd.
Prezydent przez całą jesień i zimę trzymał się mocno. Zwykli ludzie widzieli, że Tusk męczy się z Nawrockim. Podejrzewano, że Trump może wycofać swoje wojska z Polski. Ale prezydent pojechał do Waszyngtonu i nic takiego się nie wydarzyło.
Otoczką tego wszystkiego był wizerunek. Nawrocki szybko stał się internetowym memem jak swój poprzednik. W odróżnieniu jednak od Andrzeja Dudy nie były to memy szydercze, ale pełne nieukrywanej sympatii internautów.
Żurnalista był w areszcie. Komentarz eksperta ds. PR
A tu „Czołem, Żołnierze!” na placu Defilad było słyszane aż w kieleckiem, a tu Nawrocki postanowił zjeść kebaba z małolatami. Lajki i sondaże zaufania mogły napawać optymizmem ośrodek prezydencki.
Konflikty z rządem jednak szybko się zaogniały, a pomysły na aktywną prezydenturę poza utartym schematem kończyły. Prezydent złapał zadyszkę. W końcu nadszedł 12 marca 2026 r.
SAFE, czyli oddanie bezpieczeństwa
Prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych i wywodzi się z prawicowego środowiska. Konsekwentnie budował wizerunek silnego przywódcy na trudne czasy, mającego dobre stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. Chciał dbać o nasze bezpieczeństwo.
12 marca Karol Nawrocki zawetował unijny program 3‑procentowej pożyczki europejskiej przeznaczonej na modernizację polskiej armii. Wyszedł jednocześnie z propozycją finansowania armii dzięki operacjom finansowym na nadwyżkach złota zgromadzonych w banku centralnym. Z inicjatywy tej, wymyślanej naprędce przez prezesa Glapińskiego, nic nie wyszło i już nie wyjdzie.
Co więcej, prezydenckie weto okazało się nieskuteczne, ponieważ ustawa o unijnym SAFE w intencjach miała tylko ułatwiać pracę rządu, nie zaś ją uniemożliwiać.
Prezydent nie miał wówczas dobrych wyborów, ale wybrał ostatecznie większe, a nie mniejsze zło. Dylemat polegał na tym, czy narazić się prawicowemu wyborcy poprzez zgodę na program wytargany w Brukseli przez Tuska – i to pod groźbą uruchomienia w przyszłości przez UE mechanizmu warunkowości – czy też starać się zatrzymać inicjatywę i przeciwstawić zarówno rządowi, jak i Unii. A tym samym ryzykować wizerunek kogoś, kto nie chce łatwych pieniędzy na polskie bezpieczeństwo.
Nawrocki nie chciał być drugim Morawieckim, który do dziś płaci zaufaniem prawicowego wyborcy za to, że – jak tamci sądzą – nie wykazywał się w kontaktach z Unią Europejską wystarczającą asertywnością.
Efekt weta, na dodatek nieskutecznego, jest oczywisty. Gospodarzem polskiego bezpieczeństwa stał się Tusk, który sprawnie opowiedział, że to on wytargał te 43 mld euro na modernizację armii. A że na kredyt? A kto dziś nie żyje na kredyt – myśli typowy wyborca, w niemałej części również wyborca prawicowy (co pokazały badania IBRiS).
Nie tylko Nawrocki, ale i cała polska prawica zostali zagonieni w kozi róg. Twarde bezpieczeństwo – hamowanie imigracji, obrona granic, inwestycje w armię, suwerennościowa retoryka – to była od zawsze działka PiS.
Obecny rząd przełknął gorzką pigułkę bronienia muru na granicy, którą to inicjatywę wcześniej tak zapalczywie atakował. Ale ta gorzka pigułka się opłacała. Miliardy z Unii na nasze bezpieczeństwo załatwił Tusk – to weszło do obiegowej wiedzy.
Kimże więc ma być dziś Nawrocki, skoro nie jest już wiarygodnym gospodarzem tematu bezpieczeństwa? Kancelaria będzie starała się odzyskać ten wizerunek. Nie będzie to proste.
MAGA‑izacja
To był jednak dopiero początek kłopotów. Karol Nawrocki sporo zainwestował w wizerunek prawicowca nowego typu. Takiego, który sposobem uprawiania polityki i specyficzną formą komunikacji z wyborcami miał przełamywać schematy i kojarzyć się dobrze tym, którzy odnajdywali w Donaldzie Trumpie konserwatywnego kontrrewolucjonistę. Przywódcę, który nie tylko uczyni Amerykę znowu wielką, ale będzie bodźcem do obalenia władzy lewicy i liberałów w Europie.
Nie wiem, na ile sama ekipa Nawrockiego w to wierzyła. Myślę, że był to raczej rodzaj politycznego teatru uprawianego na rzecz polskiego wyborcy. Wbrew obiegowym opiniom MAGA‑izacja polskiej prawicy to kwestia bardziej estetyki niż polityki. W przypadku Nawrockiego teatr ten okazał się wyjątkowo kosztowny.
Hasło wyborcze „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”, będące kalką z trumpowskiego „America First”. Noszenie czerwonych krawatów i charakterystyczne pokazywanie palcem wskazującym na dziennikarza czy przeciwników politycznych. Przełamywanie schematów salonowo uprawianej polityki. To wszystko dziś przestaje być sexy.
Trudno wyrokować, ale być może w samych Stanach obserwujemy stopniową dekompozycję ruchu MAGA (Make America Great Again – „Uczyńmy Amerykę znów wielką”), a na pewno wielkie wewnętrzne tarcia tamtejszego obozu władzy. Fatalnie oceniana polityka Trumpa w kontekście wojny w Iranie i dogmatyczne wspieranie Izraela okazały się wielkim zawodem nie tylko za oceanem, ale również nad Wisłą – dla dużej części konserwatywnych wyborców.
Polska 2050 chce zmiany w podatkach. Mają ulżyć klasie średniej
Czy chcemy tego, czy nie, polityka jest dziś przede wszystkim obrazem i emocją. A bluźnierczy dowcip Trumpa, który samego siebie przedstawił jako Jezusa, zostanie z nami na dłużej. Od kilku dni obserwujemy wielkiego kaca na prawicy. Zbyt wiele zainwestowano w ten kapitał symboliczny, aby było to bezkosztowe. Rykoszetem dostanie także Nawrocki.
Nieszczęsne Węgry
Budowanie zjednoczonego frontu przeciwko światowemu lewactwu, jak lubią powtarzać kontrrewolucyjnie nastawieni prawicowcy, ma swoje konsekwencje również w konkretnych działaniach dyplomatycznych prezydenta.
Najpierw Nawrocki odwiedził Węgry na spotkaniu Grupy Wyszehradzkiej, ale z Viktorem Orbánem się nie spotkał, bo nie chciał fotografować się z przywódcą, który do podobnych fotografii lubi pozować z Putinem. Na ostatniej prostej węgierskiej kampanii jednak prezydent Polski zmienił front. Przyjechał do Budapesztu, co zostało powszechnie odebrane jako poparcie udzielone Orbánowi.
Okazało się to bardzo kosztowne, bo wybory te przegrał on sromotnie, podkopując nowoprawicowe marzenie nie tylko o rozlewaniu się konserwatywnej kontrrewolucji po Europie, ale nawet o utrzymaniu dotychczasowych szańców.
Karol Nawrocki jest dziś w obozie przegranych z własnej winy. Bez wykonywania jakichkolwiek ruchów Tusk może ogrzewać się w blasku zwycięstwa Pétera Magyara, a pół Europy widzieć w nowym premierze Węgier nowego zbawcę demokracji liberalnej. Co samo w sobie jest kuriozalne, bo Magyar to przecież polityk prawicowy.
Nie do końca MAGA by Poland
Uczciwie trzeba przyznać, że polski prezydent chciał grać na dwóch fortepianach – być oczkiem w głowie prawicowej międzynarodówki, a jednocześnie wyraźnie dystansować się od obecnych w tym towarzystwie prorosyjskości i antyukraińskich fobii.
Nawrocki w Budapeszcie i na CPAC‑u w Waszyngtonie wykonał dobrą dla Polski dyplomatyczną robotę. I na Węgrzech, i w Stanach głośno przypominał, że to Putin, a nie Zełenski, jest agresorem i zbrodniarzem.
Od początku prezydentury również, pomimo swojej osobistej niechęci do elit ukraińskich, Nawrocki rozumiał, że Kijów jest naszym strategicznym sojusznikiem i nie należy podkopywać tradycyjnych wektorów polskiej polityki wschodniej.
Te ruchy należy docenić, ale na ile przebiły się do świadomości wyborców? Trudno stwierdzić.
Uśmiechnięty Syzyf
Karol Nawrocki stara się robić dobrą minę do złej gry. Po serii istotnych niepowodzeń nie działają nawet akcje mające na celu ocieplenie wizerunku. Symboliczne było w tym kontekście zaproszenie do Belwederu Mariusza Pudzianowskiego. Polacy lubią mimo wszystko zachowywanie pewnego decorum.
Nawrocki może imponować, kiedy potrafi jednego dnia wygłosić długie przemówienie z głowy i dobrze wypadać na dyplomatycznych salonach, gdy drugiego dnia widzimy go w dżinsach na kebabie z nastolatkami. Jednak mieszanie estetycznie obu logik i wprowadzanie do Belwederu sztangi i ławeczki wygląda nieco groteskowo.
Nowe monety kolekcjonerskie NBP. Glapiński o „fundamencie bezpieczeństwa ekonomicznego”
Ta uśmiechnięta twarz zaczyna po raz pierwszy zdradzać oznaki zmęczenia. Karol Nawrocki, z całą swoją historią życia, tak umiejętnie opowiadaną w kampanii, przypomina dziś raczej uśmiechniętego Syzyfa.
Polityka, który po wykonaniu dużej pracy właśnie przekonał się, że łatwiej było wtoczyć kamień na górę, niż utrzymać go na miejscu. W ósmym miesiącu prezydentury rzeczywistość wystawiła mu rachunek, a fortuna – jak to w polityce – szybko się odwróciła.
Trudno powiedzieć, czy szybko wróci do dawnego rytmu. Na razie wygląda raczej na kogoś, kto próbuje zorientować się, gdzie ten kamień właściwie się zatrzymał. Zwłaszcza że urząd, który sprawuje, daje ograniczone możliwości działania.
Jedno wydaje się pewne: następny okres prezydentury będzie nieporównywalnie trudniejszy od pierwszych, miodowych miesięcy.

