- O strategicznych zobowiązaniach obronnych, które przyjął na siebie polski rząd, dowiadujemy się po półtora miesiąca z zagranicznych źródeł.
- Umowa nie daje Polsce nowej klauzuli wzajemnej obrony, narzuca nam za to konkretne obowiązki rozbudowy infrastruktury dla wojsk sojuszniczych.
- Polska ma stać się logistycznym zapleczem, które posłuży Niemcom do politycznego uwiarygodnienia się na Litwie, bez ponoszenia przez nich adekwatnych kosztów własnych.
Biorąc pod uwagę politykę informacyjną rządu wobec polskiego społeczeństwa, nie jest zaskoczeniem, że treść tego porozumienia nie została upubliczniona przez Warszawę. Zrobił to Berlin. Nie jest to pierwszy przypadek, gdy polska opinia publiczna za pośrednictwem zagranicznych źródeł dowiaduje się o zobowiązaniach podejmowanych przez własny rząd.
Europejski trend
Porozumienie przyjęte w czerwcu przez Polskę i Niemcy wpisuje się w szerszy europejski trend dywersyfikacji porozumień obronnych. Trend ten został zapoczątkowany jeszcze przed rozpoczęciem pełnoskalowej wojny w Ukrainie. W obliczu napięć między Grecją a Turcją, Francja zdecydowała się podpisać z Grecją, poza ramami NATO, porozumienie zawierające klauzulę wzajemnej pomocy na wypadek zbrojnej agresji na terytorium jednej ze stron.
Impulsem, który przyspieszył rozwój tego trendu, była kontynuacja wojny w Ukrainie. Znaczenie miała również perspektywa nowej roli Stanów Zjednoczonych w NATO, związana z powrotem Donalda Trumpa na urząd prezydenta USA. Trump prowadził kampanię wyborczą pod – obecnie realizowanym – hasłem ograniczenia obecności amerykańskich sił w świecie i stopniowej „europeizacji NATO”, czego dowodem jest transformacja sojuszu do wersji NATO 3.0.
Trend został następnie wzmocniony przez zawarcie w 2024 r. porozumienia „Trinity House Agreement”, rozwijającego współpracę obronną Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii.
Po zmianie rządu w 2023 r. w tym kierunku podążyła również Warszawa. Najpierw w maju 2025 r., podpisując z Francją traktat z Nancy, zawierający klauzulę wzajemnej pomocy wojskowej. Następnie w maju 2026 r., zawierając z Wielką Brytanią traktat o partnerstwie w zakresie bezpieczeństwa i obrony. I wreszcie miesiąc później, podpisując porozumienie z Niemcami, które ma jednak bardziej ograniczony zakres niż dwa wcześniejsze dokumenty.
Czytaj również: Kolejni amerykańscy żołnierze trafią do Polski. Politycy komentują
Co zawiera umowa polsko-niemiecka?
Powyższa różnica ma zasadnicze znaczenie dla oceny porozumienia – umowa między Warszawą a Berlinem nie ustanawia odrębnej klauzuli wzajemnej obrony ani automatycznego mechanizmu pomocy. Porozumienie nie tworzy więc nowych gwarancji bezpieczeństwa porównywalnych z rozwiązaniami przyjętymi w traktacie między Polską a Francją. Umowa była jedynie okazją do potwierdzenia zobowiązań wynikających z art. 5 NATO oraz art. 42 Traktatu o Unii Europejskiej.
Nie jest to więc nowa jakość w relacjach bezpieczeństwa z Berlinem. Praktyczne znaczenie dokumentu leży jednak gdzie indziej – w obszarze logistyki, infrastruktury i interoperacyjności.
Najbardziej konkretnym zapisem porozumienia jest art. 3. Ten przewiduje rozwój infrastruktury logistycznej na terytorium Polski, określonej wprost jako zaplecze dla formowanego na Litwie niemieckiego kontyngentu oraz innych wojsk NATO. Mowa tu o modernizacji dróg, linii kolejowych, mostów, lotnisk i centrów logistycznych potrzebnych do szybkiego przerzutu wojsk.
Przyjęcie takiego kierunku zapisów porozumienia obiektywnie jest korzystne. Sojusz Północnoatlantycki od dawna boryka się bowiem z problemem zróżnicowanych przepisów prawnych w dziedzinie logistyki wojskowej i przerzutu wojsk przez państwa członkowskie.
Niemniej kluczowe w tym punkcie wydaje się wskazanie konkretnego szlaku komunikacyjnego prowadzącego na Litwę – służącego niemieckiej projekcji siły. Berlin zobowiązał się bowiem, że do końca 2027 r. stacjonująca tam 45. Brygada Pancerna, mająca liczyć około 5 tys. osób personelu, osiągnie swoją pełną gotowość.
Na marginesie warto jednak wspomnieć, że pomimo hucznych zapowiedzi utworzenia tej brygady niemieckie MON podjęło decyzję, zgodnie z którą stacjonujący tam żołnierze Bundeswehry będą pełnić służbę na zasadzie dobrowolnych zgłoszeń. Problem z tym założeniem zdaje się być oczywisty. W lutym tego roku Thomas Röwekamp, przewodniczący Komisji Obrony Bundestagu, oświadczył, że do 45. Brygady Pancernej „Litwa” zgłosiło się zaledwie ok. 10 proc. ochotników.
Wracając do umowy: oczywiście niemal każdy rozwój infrastruktury transportowej w Polsce jest korzystny, zarówno z punktu widzenia możliwości dostarczania i przegrupowywania sił w razie potencjalnego konfliktu, jak i dla rozwoju gospodarczego państwa. Leży to po prostu w polskim interesie.
Problem pojawia się jednak przy założeniu wzajemności umowy. Warszawa zobowiązała się bowiem do rozwoju infrastruktury transportowej ukierunkowanej na konkretny cel. Berlin nie podjął się analogicznego zobowiązania. Pozostawmy na uboczu pytanie o to, kto będzie finansował te inwestycje.
Przypomnijmy, że w przypadku potencjalnego konfliktu z Rosją, w momencie gdy uruchomiony zostanie art. 5 i państwa Sojuszu ruszą nam z pomocą, polskie porty z dużym prawdopodobieństwem nie będą w stanie obsługiwać rozładunku wojsk sojuszniczych. Przyczyna jest prosta. Nasze porty staną się celem rosyjskich ataków. Główny ciężar logistyczny spocznie więc na portach w Amsterdamie i Hamburgu.
I tutaj pojawia się prawdziwy problem, o którym przestrzegał już sam Napoleon Bonaparte, mówiąc: „Mogę stracić teren – czasu nie stracę nigdy. Teren można odzyskać – czasu nie odzyska się nigdy”. Kluczem jest więc czas, którego potrzebowałyby siły sojusznicze, by pojawić się na Podlasiu, Mazowszu czy w innym rejonie Polski. Ten, według wyliczeń, ma wynosić do 45 dni.
Rodzi to pytanie skierowane do polskiego MON o zakres porozumienia, które nie ma równoważnego charakteru. Dokument dosłownie wskazuje, jaki korytarz transportowy ma zostać rozbudowany w Polsce. Inaczej przedstawiają się zobowiązania Niemiec, które zostały rozmyte poprzez przyjęcie ogólnych deklaracji dotyczących „współpracy” w dziedzinie rozwoju infrastruktury transportowej.
Zestawmy zatem te „wynegocjowane” zapisy z polskim stanowiskiem wobec efektów lipcowego szczytu NATO w Ankarze. Skoro porozumienie między Polską a Niemcami nie wykracza poza ramy NATO ani nie zastępuje zobowiązań sojuszniczych, dlaczego polski MON zrezygnował z zapisów dotyczących zobowiązania Niemiec do wsparcia przedłużenia natowskiego systemu rurociągów paliwowych (NATO Pipeline System) na wschodnią flankę Sojuszu? Dzisiaj ten system kończy się zasadniczo na granicy dawnych Niemiec Zachodnich.
Czytaj również: Alarm w państwach NATO. Estonia potwierdza zestrzelenie bezzałogowca
Podczas szczytu w Ankarze podjęto decyzję o przeznaczeniu 27 mld euro na ten pakiet inwestycyjny rozbudowy istniejącej sieci w kierunku wschodniej flanki NATO, w tym Polski. Dziwi więc fakt, że w porozumieniu polsko-niemieckim brak jest zapisu odwołującego się do tego postulatu Warszawy.
Pytania dotyczące zakresu współpracy rodzi również wyraźne zaproszenie Warszawy do uczestnictwa w „European Space Component Command”. Dowództwo, choć z nazwy „europejskie”, w rzeczywistości jest niemieckie, gdyż ma zostać osadzone w strukturach niemieckiej Bundeswehry.
Przypomnijmy, że dzięki programowi POLSARIS Polska dysponuje suwerennymi zdolnościami rozpoznania satelitarnego. Warszawa nie występowałaby zatem wyłącznie jako odbiorca, lecz także jako dostawca własnych zdolności. Nie należy przekreślać tej propozycji w jej wczesnym etapie, jednak konieczne jest postawienie pytania: kto ma tu dowodzić?
Biorąc pod uwagę cel niemieckiego rządu, zgodnie z którym Bundeswehra ma stać się do 2039 r. najsilniejszą konwencjonalną siłą zbrojną w Europie, pytanie o zwierzchnictwo nad tym dowództwem ma oczywiście charakter retoryczny. Naiwnością byłoby sądzić, że Berlin, planując przeznaczyć do tego czasu łącznie 2,5 bln euro na obronność, dobrowolnie odda pieczę nad strukturą.
Polska doraźna
Dla Niemiec porozumienie ma wyraźne znaczenie długoterminowe. Rozbudowa infrastruktury transportowej w Polsce może stworzyć logistyczny krwioobieg, dzięki któremu niemieckie deklaracje dotyczące obrony wschodniej flanki NATO zyskają realną wartość polityczną. Będzie to realna waluta, dzięki której Berlin będzie mógł się uwiarygodnić względem Litwy – naszym kosztem.
W tym zestawieniu jasne jest, że Warszawa potraktowała negocjacje umowy zaskakująco swobodnie. Zamiast zadbać o partnerskie, konkretne i możliwe do wyegzekwowania zobowiązania Berlina, oparła dokument na ogólnych deklaracjach współpracy i zaufaniu do dobrej woli sojusznika. W rezultacie przyjęliśmy na siebie precyzyjnie określone zobowiązania, nie uzyskując w zamian równie jednoznacznych zobowiązań. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że porozumienie wzmacnia niemiecki interes, podczas gdy polskie interesy bezpieczeństwa ponownie pozostawiliśmy w sferze politycznych zapewnień.
Choć nie jest to oficjalne odwołanie do egzekwowania porozumienia, jednak wpisując się w jego literę interpretacyjną, można powiedzieć, że Warszawie udało się już osiągnąć pewien praktyczny, choć doraźny efekt.
Pomimo traktowania przez polskie władze treści dokumentu w kategoriach „tajne przez poufne”, pierwszym wymiernym rezultatem może być wsparcie budowy „Tarczy Wschód” poprzez skierowanie do Polski w ubiegłym miesiącu niemieckiej jednostki inżynieryjnej.
Mimo tego wkładu należy zadać pytanie: Czy takie zaangażowanie wojskowe nie byłoby możliwe na podstawie wspólnych zobowiązań wynikających z członkostwa w NATO czy nawet UE?


