Od klęski SLD sprzed dwóch dekad lewica nie potrafiła zbudować nic trwałego. Od postkomunistów po progresywne wydmuszki, kolejne projekty kończyły się szybką utratą wiarygodności, tożsamości, a sam sens istnienia jest nie bez podstaw kwestionowany.

- Po 1989 r. lewica wróciła do gry głównie dzięki słabości innych partii, ale już wtedy była wyraźnie podzielona między starą, postkomunistyczną gwardię a bardziej liberalne, nowoczesne skrzydło skupione wokół Kwaśniewskiego.
- Upadek SLD po aferze Rywina doprowadził do trwałej próżni na lewicy, której przez kolejne dwie dekady nie potrafił wypełnić żaden projekt polityczny, a część tradycyjnych lewicowych postulatów przejęła prawica.
- Dzisiejsza Lewica to głównie przebrane struktury SLD, kontrolowane przez Czarzastego, którym nie udało się odbudować wiarygodności ani stworzyć spójnej tożsamości po latach kryzysów i podziałów.
- Zamiast silnej, konsekwentnej socjaldemokracji powstał zbiór krótkotrwałych, rozproszonych inicjatyw, które nie były w stanie zdobyć trwałego poparcia i jedynie pogłębiały chaos na lewicowej scenie politycznej.
Pozorna potęga z mizerią
Trudno być sobą, gdy nie wie się, kim się jest. Polska lewica i lewica w Polsce cierpią na bolesną przypadłość zaburzeń tożsamościowych i w sumie nie ma się czemu dziwić. Od 1944 r. przez cztery i pół dekady lewica miała demoralizujący monopol, a realna władza i tak była gdzie indziej. Fermentu i walki idei było niewiele, ta spisana była przez takich tytanów jak Lenin czy Stalin i otoczona z urzędu nabożną czcią.
Nie brakowało natomiast wewnętrznej rywalizacji, walk o wpływy, a nawet, jak w 1968 r., brutalnych czystek. Była i owszem lewica niekomunistyczna, a nawet antykomunistyczna, ale poza epizodami nie miała i wciąż nie ma większego znaczenia. Po przekształceniach 1989 r. siłą rozpędu i po kompromitacji partii postsolidarnościowych wyrosła ponownie na znaczną siłę pod szyldem Sojuszu Lewicy Demokratycznej (SLD). Był to syreni śpiew lewicy, już wówczas było widoczne wyraźne pęknięcie.
Sondaż ws. członkostwa Polski w UE. Polacy mają swoją ocenę
Z jednej strony była stara pokomunistyczna gwardia skupiona wokół premiera Leszka Millera, z drugiej ta, która szybko uczyła się liberalizmu i amerykańskości, którą uosabiał obóz prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Po aferze Rywina SLD runęło, wkrótce dobiegła końca druga kadencja Kwaśniewskiego. Powstałej pustki nie wypełniono do dziś, zaś część lewicowej agendy skutecznie przejęła prawica.
Lewica skompromitowała się, rozdrobniła i w formie rozbicia dzielnicowego trwa do dziś. Brand Lewicy niewiele tu zmienia, to wciąż przede wszystkim struktury SLD, które przejął i zawłaszczył Włodzimierz Czarzasty. No i dlatego w miejsce prawdziwej socjaldemokracji w Polsce mamy wylęgarnię krasnali ogrodowych. Raz utraconej wiarygodności nie udało się lewicy odzyskać, mimo upływu dwóch dekad i licznych prób.
Rozbicie dzielnicowe
Uporządkujmy polityczne projekty lewicy po 2004 r. Gdy okręt SLD niebezpiecznie zaczął nabierać wody, powstała Socjaldemokracja Polska, zdążyła wprowadzić trzech eurodeputowanych, nim sama zatonęła. Trudno było wróżyć świetlaną przyszłość projektowi prowadzonemu przez dość antypatycznego Marka Borowskiego. Co gorsza dla socjaldemokracji, w czasie nasilającego się resentymentu ktoś z niemal dwudziestoletnim stażem w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR) i, na dodatek, z rodzinnymi koneksjami z Kominternem to było dla polskiego wyborcy zbyt wiele.
Kolejną fazą liftingu lewicy był Ruch Palikota, później zrebrandingowany w Twój Ruch. Zmanierowany biznesmen z rynku gorzelnego, w kryzysie wieku średniego, postanowił wejść w buty Jerzego Urbana. Apogeum jego popularności przypadło na krótko po katastrofie smoleńskiej. Do tego czasu uchodził wśród części opinii publicznej za błazna i demaskatora. Radykalny, głośny, z bardzo dobrym językiem i nieprzeciętnym wyczuciem medialnym.
Po 10 kwietnia 2010 r. stał się narzędziem, które niestety skutecznie storpedowało rodzące się na smoleńskich zgliszczach nadzieje na pozytywną społeczną zmianę, de facto stając się ojcem politycznej polaryzacji między Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością. Jednak to na wizerunku Stańczyka i prześmiewcy, głównie głosami młodych wyborców, wszedł do Sejmu z imponującym wynikiem 8 proc.
Afera na Węgrzech chwilę przed wyborami. Kaczyński skomentował w swoim stylu
Ci sami wyborcy, którzy spodziewali się komedii, ku swojemu utrapieniu ją otrzymali. Połączenie w sejmowych ławach Armanda Ryfińskiego czy Anny Grodzkiej przekroczyło najśmielsze oczekiwania wyborców. Sukces z 2011 r. był początkiem końca partii Palikota. Sam zainteresowany wyszedł niedawno z aresztu w związku z zarzutami oszustwa, którego miał się dopuścić wobec 5 tys. osób na kwotę przekraczającą 70 mln zł. Dziś jako zdeklarowany bankrut sprzedaje książkę ze swoimi wspomnieniami z więzienia i handluje kolacjami z samym sobą w luksusowych knajpach.
Trzecią i jak na razie jedyną oryginalną próbą politycznego zorganizowania się lewicowców jest partia Razem, która popychana od dwunastu lat przez Adriana Zandberga ze zmiennym szczęściem walczy o swoje miejsce w parlamencie. Jest to jedyna partia aktywnie odcinająca lewicę od komunizmu i PZPR, jednocześnie najmniej kosmopolityczna i najbardziej lokalna spośród wszystkich większych lewicowych inicjatyw. Pomimo wewnętrznego pluralizmu i otwarcia na debatę za kolaborację z PiS-em wyrzuciła niedawno ze swoich szeregów drugą po Zandbergu, biorąc pod uwagę kryterium rozpoznawalności, posłankę Paulinę Matysiak. Nawet w Razem są granice tolerancji.
Czwartą i ostatnią samodzielną siłą na lewicy była Wiosna. Partia Roberta Biedronia, będąca urokliwą kliszą wszystkiego, z czym kojarzyć się może europejska progresywna lewica. Bez jednego choćby oryginalnego elementu, prócz typowego kompleksu Polski i nie zawsze dyskretnej ojkofobii. Partia tych nowoczesnych ludzi, którzy wyrwawszy się ze swoich rodzinnych miasteczek powiatowych, na tyle się zeuropeizowali, że z niepokojem myślą o tych, którzy tam tkwią.
Gdy wkrótce się okazało, że tradycyjny model rodziny, w którym bije się matkę, nie jest obcy i panu Biedroniowi, a jego partner Krzysztof Śmiszek wynajmuje mieszkania, obaj panowie wraz ze swoją partią zwasalizowali się wobec Czarzastego, wcześniej zapewniając sobie bezpieczną przystań w europarlamencie. Podsumowując, przez dwie dekady lewica, szukając samej siebie, prezentowała twarze starego komunisty, biznesmena-oszusta, zawodowego homoseksualisty albo w najlepszym wypadku nieco chmurnego intelektualisty-outsidera. A to dopiero początek zabawy.
Idealiści bez ideałów
Łatwo zarzucać politykom nielojalność wobec idei. Fundamenty współczesnych ideologii mają z okładem 150 lat, a liczba nurtów pozwala w ich obrębie mieścić naprawdę wiele. Nie brak przykładowo pro-LGBT partii prawicowych czy choćby na naszym podwórku odwołujących się do części tradycji socjalistycznych. Jednak polska lewica ma w sobie coś niespotykanego w tej skali gdzie indziej w Europie, ideowy relatywizm i partykularną zmienność. Ileż nam to dało paradoksów w ostatnich latach. Tu krótki przegląd.
SLD pod wodzą Czarzastego namawiało do zbiórki podpisów pod referendum w sprawie aborcji. Z lewicowej perspektywy to wygląda jak oddanie prawa kobiet do decydowania o własnym ciele pod głos, czyli dokładne odwrócenie logiki praw jednostki. Prawo człowieka poddane pod głosowanie? Za rządów Millera wprowadzono 19-procentowy liniowy PIT dla przedsiębiorców, a sam Miller później otwarcie popierał ideę podatku liniowego. Do tego dochodził plan Hausnera, cięcia wydatków publicznych i redukcja wydatków socjalnych. Liberalizm dopinany był nad Wisłą przez lewicę, która zaczęła brzmieć jak partia porządku budżetowego i konkurencyjności, a nie redystrybucji.
Lewica przeforsowała Wigilię jako dzień wolny od pracy. To jest chyba najczystszy przykład z ostatnich lat. Projekt wyszedł z Lewicy, a jego uzasadnienie szło nie tyle w stronę świeckiej reformy czasu pracy, ile w stronę wyjątkowości Wigilii w polskiej tradycji, rodziny i kulturowo-religijnego znaczenia tego dnia. Brzmi to bardziej jak socjalna chadecja albo miękki konserwatyzm obyczajowy niż klasyczna lewica. Ostatecznie Wigilia nie stanowi żadnego święta. Lewica uświęciła Wigilię, ubrała się w ornat i zadzwoniła na pasterce. Ciekawe, jaka byłaby reakcja lewicy, gdyby z takim pomysłem przyszła Konfederacja lub PiS.
W kilka krótkich lat od ograniczającego de facto prawo do aborcji wyroku Trybunału Konstytucyjnego i czarnych marszów pod hasłami „nigdy nie będziesz szła sama”, po politycznym konsumowaniu kilku historii kobiet, które straciły życie, zdrowie lub dzieci na porodówkach, ta sama lewica nie dostrzega problemu zamykania porodówek. Nie dostrzegając zupełnie, że to czynnik, który może równie mocno co restrykcyjne prawo prowadzić do kolejnych tragedii.
W 2015 r. SLD wystawił Magdalenę Ogórek jako swoją kandydatkę na prezydenta. Ona sama podkreślała, że nie jest z SLD, lecz kandydatką niezależną wspieraną przez partię, jednocześnie zapowiadała napisanie prawa podatkowego od nowa i obniżenie CIT. To raptem pięć przykładów, ale pokazujących, że problemem konstytucyjnym polskiej lewicy nie jest bynajmniej lewicowość, lecz głównie neoliberalizm, na który zreorientowali się niegdysiejsi komuniści. Lewicowości w lewicy jest względnie najmniej. Bardzo niska zawartość cukru w cukrze. Akcentów zgoła prawicowych także nie brakuje, jak pokazują przykłady wolnej Wigilii czy jak spektakularna metamorfoza Leszka Millera.
Niech żyje wolność! Wolność i swoboda!
Jeżeli zaś przyjmiemy kuszące założenie, że lewicowość to postawa, a nie ideologia, to na naszym gruncie znowu wypada groteskowo. Dzisiejsza lewica ma twarz Włodzimierza Czarzastego, może więc dewizę rewolucji francuskiej „wolność, równość, braterstwo”, emblematyczną dla lewicowości, rozpatrzmy na jego przykładzie. Gdy przychodziło do spraw fundamentalnych, Czarzasty częściej ważył sondaże niż zasady, prawa kobiet potrafił uprzedmiotawiać, jakby wolność była łaską większości, a nie prawem.
Trudno mówić o równości w partii, która bardziej przypomina folwark niż wspólnotę idei, a lider chętniej zawiesza ludzi, niż słucha argumentów. A braterstwo? Owszem, ale głównie braterstwo swoich: starych sieci, dawnych układów, środowiska, które z PRL-owskiej organizacji miękko przeszło do III RP, także w biznesie, z nim samym w wydawnictwie Muza na czele.
Zamiast lewicy jako moralnego niepokoju dostajemy lewicę jako sowiecko rozumianą technologię władzy. Czarzasty, człowiek trzymający władzę w czasach Rywina, nie jest czarną owcą dobrego ruchu lewicowego, jest jego wizytówką. Wolność i równość są tu wyjęte żywcem z „Folwarku zwierzęcego”. Braterstwo, ach, braterstwo, cóż, slogan przedni. A w rzeczywistości, misiu, wiesz, jak jest. Współczesna polska lewica jest zatem jak PRL: ani to Polska, ani Rzeczpospolita, ani Ludowa. Ani współczesna, ani polska, ani lewica.
Dziś prawdziwej lewicy już nie ma
Myślą wyjściową było co innego: na ile lewica wierna jest swojemu etosowi, na ile trzyma się swoich fundamentów. Ale to założenie okazało się błędne. Wszystko, co widzimy od trzech i pół dekad, to nie jest żadna lewica, tylko uzurpacja. Wciąż cieniem na polskiej lewicowości kładzie się PRL i jej nigdy nieodsiane kadry, które lewicowość zachowały w nazwie, lecz w praktyce odrzuciły. Jednocześnie garnitur postpeerelowski wciąż jest na tyle silny, by dość skutecznie utrzymywać przewagę nad lewicą, której Polska realnie potrzebuje.
Koszmar w Kłodzku. Jest reakcja rzecznika Konfederacji na reportaż Kanału Zero
Tymczasem na lewicy wciąż jest miejsce dla starych towarzyszy, dla szemranych nowobogackich i krzykliwych mniejszości. Lewica w tym czasie nie wymyśliła się na nowo, nie zorganizowała się i nie podjęła realnej walki o wyborcę. Tylko partia Razem ma swój głos i swoją dykcję i dlatego od przeszło dziesięciolecia funkcjonuje raptem w drzwiach wejściowych do Sejmu.
Czy, myśląc o Kwaśniewskim, Millerze, Belce, Czarzastym czy Biedroniu, nie mamy wrażenia, że w gruncie rzeczy myślimy o różnych odmianach liberałów, zresztą w większości byłych aparatczyków? Czy poza Zandbergiem ostatnimi prawdziwymi ludźmi lewicy nie są Piotr Ikonowicz, Marcin Giełzak czy wymierający powoli ludzie Polskiej Partii Socjalistycznej?
To nie lewica zdradziła swoje ideały – to ona została zdradzona.
