Reklama
Kraj

Lody, sejfityzm i śmierć Nemeczka. Absurdalna wojna z tradycją

To nie jest historia o lodach, lecz o tym, jak daleko zaszło przekonanie, że każdą różnicę między ludźmi trzeba zniwelować – nawet kosztem zdrowego rozsądku.

Igor Zalewski
Opinia autorstwa: Igor Zalewski
Dzisiaj 14:40
8 min
W sprawie tych lodów najgorsze jest dla mnie to, że Pani Rzecznik wydaje się, że jest nowoczesna - Igor Zalewski. (fot. Zero.pl)
TYLKO NA

Chyba jeszcze żadna lodziarnia nie uzyskała takiej sławy, a lody nigdy nie stały się kwestią tak polityczną i ideologiczną. A wszystko za sprawą pani rzecznik praw dziecka Moniki Horny-Cieślak, która chyba nie ma zbyt wiele do roboty, skoro znalazła czas na to, by wystosować do lodziarni w Pszczynie specjalne urzędowe pismo opatrzone, jak przystało na urzędowe pismo, wielką pieczęcią.

Piękna tradycja

W piśmie owym pani rzecznik apeluje o zaprzestanie procederu. Proceder ów polega na tym, że Pod Dębem funduje lody uczniom z biało-czerwonym paskiem. Tradycja owa – jak zresztą zapewne każda tradycja – jest niebezpieczna, bowiem „to zwyczaj wykluczający, który może generować nadmierną presję psychiczną, promować niezdrową rywalizację”.

Przeczytaj także: Afera o lody za czerwony pasek. Jest tłumaczenie RPD

Najpierw wystraszyli się właściciele lodziarni. Wiadomo, urzędom w Polsce lepiej nie podpadać, więc ogłosili koniec tradycji, która miała już bodaj ćwierć wieku. Potem wystraszyła się pani rzecznik, którą niemożebnie wyśmiano, gdzie się tylko dało. Jak każe nowoczesny zwyczaj, Monika Horna-Cieślak najpierw ogłosiła, że padła ofiarą hejtu,  a potem wprosiła się do lodziarni na 26 czerwca, że niby jest taka fajna i że właściciele Pod Dębem marzą o tym, żeby z nią sprzedawać lody. I że pojęli wreszcie, że ich zwyczaj stygmatyzował te „osoby uczniowskie”, które czerwonych pasków nie miały.

Reklama
Reklama

W tej sprawie jest wiele rzeczy kompromitujących dla rzecznik praw dziecka. Od tego, że naciska na przedsiębiorców, którzy mają prawo robić w swoim interesie to, co im się żywnie podoba. Poprzez to, że są chyba pilniejsze problemy, niż nagonki na lodziarzy. I że zamiast dobrych uczniów w Pszczynie można by zwalczać na przykład pedofilię w Kłodzku.

Niestety, ten sposób myślenia zakorzenił się w polskich szkołach. Oczywiście, jak wiele głupot, ma szlachetne korzenie. Ale jak wiadomo dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

Sejfityzm i model bezstresowy

Sam jako rodzic widziałem tego typu idiotyzmy. Kilka lat temu mój syn, dziś już 17-letni, chodził do szkoły publicznej w Warszawie – im. Komisji Edukacji Narodowej. Na zakończenie roku, bodaj w trzeciej klasie postanowiono nagrodzić lepszych uczniów, ale… w bardzo specyficzny sposób. Żeby nikogo nie ranić, nie wzbudzać „wyścigu szczurów”, nagrodzono prawie wszystkich. Ale tutaj słowo prawie faktycznie robi różnicę. Bo uznano, że czworo uczniów nawet w skrajnie bezstresowym modelu pedagogicznym na takowe wyróżnienie nie zasługuje. Tak oto nagrodzono całą klasę, z wyjątkiem owej czwórki. To dopiero było stygmatyzowanie! Dzieciaki przyjęły to źle, rodzice chyba jeszcze gorzej.

Reklama
Reklama

A był to czas, gdy szkołę zaczynały ofiary „reformy” polegającej na obowiązkowej nauce dla sześciolatków. I w tej grupce dominowali najmłodsi, których po prostu systemowo zmuszono do wysiłku ponad ich możliwości. Czy był to przejaw „nadmiernej presji psychicznej”? Też, ale przede wszystkim ograniczeń kierownictwa tej szkoły, z którą zresztą radośnie się wkrótce pożegnaliśmy. Do dzisiaj, gdy przechodzimy obok szkoły im. KEN, wydajemy radosne okrzyki, przekonując się nawzajem, że była to jedna z najlepszych decyzji w naszym rodzinnym życiu.

Od lodów z paskiem do bezpiecznych stref

W sprawie tych lodów najgorsze jest dla mnie to, że pani rzecznik wydaje się, iż jest nowoczesna. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie – jest zacofana. Tego typu działania są już dzisiaj przez co bardziej światłych pedagogów postrzegane jako anachroniczne. Bezstresowe wychowanie przylazło do nas, jak większość głupich rzeczy, z USA. Ale teraz znajduje się w odwrocie – między innymi za sprawą liberalnego psychologa społecznego Jonathana Haidta. To jednak liberał, który dochodzi do całkiem konserwatywnych wniosków. Bo nie jest zamknięty w świecie własnych wyobrażeń i racji. Ma kontakt z rzeczywistością, a przyznajmy, że nie każdy mądrala-psycholog-socjolog może się poszczycić tą cechą. Patrz: profesor Radosław Markowski.

Przeczytaj także: Kulisy pracy w Biurze Rzecznika Praw Dziecka i pozew młodego prawnika

Jego (oraz Grega Lukianoffa) książka „Rozpieszczony umysł” opowiada o doskonałym świecie (amerykańskim świecie, ale dotyczy tak naprawdę całego świata Zachodu), który utyka w ślepej uliczce, z powodu trzech wielkich nieprawd, które wyznaje. Pierwsza – i nią się tu tylko zajmiemy – wielka nieprawda brzmi „co cię nie zabije, uczyni cię słabszym”. Haidt i Lukianoff opowiadają z jednej strony o nadopiekuńczości rodziców, ale z drugiej o kulcie „sejfityzmu”. Czyli obsesji bezpieczeństwa, także emocjonalnego, która opanowała amerykańskie uniwersytety, a z nich przedarła się do życia publicznego.

Reklama
Reklama

Polega to z grubsza na tym, że jeśli z czymś się nie zgadzasz to masz prawo żądać, żeby to zniknęło, bo jest to raniące i okrutne dla twojej psychiki. Stąd „kanselowanie” osób o niewygodnych poglądach. Jeżeli na jakiś uniwersytet przybywa kontrowersyjny wykładowca (na przykład twierdzący, że istnieją tylko dwie płcie), to masz prawo protestować przeciw jego przybyciu, nawet przy użyciu kamieni. A jeśli protest nie przynosi efektu w postaci cenzury i zablokowania wykładu, to uczelnia – świadoma jak bardzo będziesz cierpiał, gdy w okolicy grasuje ktoś, kto mówi coś, z czym się nie zgadzasz – przygotowuje dla ciebie i innych równie krzywdzonych osób „bezpieczne strefy”. Czyli schron, w którym pośród układanek, balonów, poduch i ciastek masz szansę jakoś przetrwać ten barbarzyński atak na twoje dobre samopoczucie. Schronienia w takich bezpiecznych strefach szukają dwudziestolatkowie. Nic dziwnego, że potem na rozmowy o pracę przychodzą z mamami.

Rodzicielstwo helikopterowe

Kult sejfityzmu dotarł już do Polski, o czym zaświadczają liczni wykładowcy uniwersyteccy, którzy niespodziewanie dla siebie „ranią” młodych ludzi tezami, które nigdy nikogo wcześniej nie raniły. Sejfityzm prowadzi do licznych absurdów, ale też autentycznych niebezpieczeństw o totalitarnym posmaku, z których najważniejszym jest zagrożenie dla życia uniwersyteckiego czy naukowego. Władze uczelni w imię „bezpieczeństwa” studentów płacących czesne są gotowe blokować swobodną dyskusję, a nawet zwalniać wykładowców. Byle tylko nie urazić czyichś uczuć.

Brzmi to śmiesznie, ale tak naprawdę jest przerażające – Lukianoff i Haidt opisują sporo konkretnych przypadków, które wydają się wyjęte z czasów Rewolucji Kulturalnej w Chinach, ale dotyczą amerykańskich uniwersytetów czasów obecnych. Studenci, którzy kiedyś walczyli o wolność słowa, teraz walczą z wolnością słowa. A uczelnie ochoczo im w tym pomagają.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: RPD „zajmuje się pierdołami”. Bezpłatne obiady dla dzieci – zablokowane

Z tym, że ten absurd odchodzi w przeszłość. Fatalne efekty sejfityzmu dały o sobie znać, gdy generacja Z ruszyła w dorosłe życie i okazała się do niego zupełnie nieprzygotowana. Wychowani w cieplarnianych warunkach młodzi ludzie byli kompletnie bezbronni i nieszczęśliwi. Nic dziwnego – nie mieli się gdzie uodpornić. Nie mieli gdzie zebrać negatywnych doświadczeń, które są potrzebne, żeby umieć sobie radzić z porażką czy stresem. To tak jakby zamykać dzieci pod sterylną kopułą, żeby je chronić przed wirusami. Kiedy spod tej kopuły wyjdą – a kiedyś wyjść muszą – natychmiast zachorują. No i chorują – głównie na depresję i stany lękowe.

Książki Haidta (kolejna to „Niespokojne pokolenie” – opowieść o wielkiej redefinicji dzieciństwa i jego negatywnych skutkach) powinni przeczytać zwłaszcza współcześni rodzice. Bo także u nas „rodzicielstwo helikopterowe”, czyli mówiąc po ludzku nadopiekuńcze, jest wciąż na tak zwanym topie. Zetknąłem się z nim po raz pierwszy, gdy wspomniany już syn był w przedszkolu. Pojawił się tam pomysł, byśmy z pociechami pojechali na wycieczkę. Ale jak? – Może pociągiem – ktoś zaproponował. – W pociągu możemy spotkać element – zareagowała gwałtownie pewna mama. I postawiła nadopiekuńcze veto. Pojechaliśmy więc autokarem, żeby dzieci przypadkiem nie zbliżyły się zanadto do rzeczywistości.

Idealnym przykładem tej patologicznej troski był wpis pewnej mamy oburzonej tym, że jej córkę zmuszono w szkole do przeczytania „Chłopców z Placu Broni”. I kiedy Nemeczek umierał, dziewczynka – cóż – rozpłakała się. Jak można skazywać dziecko na takie emocje? – gardłowała internetowo kobieta, zyskując spory poklask podobnie myślących rodziców, którzy starają się chronić dzieci, przed czymkolwiek, co mogłoby wywołać u nich łzy. Także przed sztuką.

Reklama
Reklama

Drodzy rodzice. Pozwólcie, że podzielę się z wami myślą z „Rozpieszczonego umysłu”. Oto ona: szykuj dziecko do drogi, a nie drogę dla dziecka.

Źródło: Zero.pl