Tekst ukazał się w Magazynie Zero#3.
To wydarzyło się w czasie pandemii, kiedy akurat otwarto jakieś okienko i można było podróżować. Jechaliśmy rodzinnie do Włoch. Zatrzymaliśmy się na noc w małym słowackim miasteczku. Poszliśmy na kolację do jedynej gospody. Usiedliśmy na tarasie, coś tam zamówiliśmy i czekaliśmy na posiłek.
I wtedy zaczęła się do nas zbliżać grupka młodych ludzi. Rośli, muskularni, krótko ostrzyżeni. Przełknąłem nerwowo ślinę, bo przeczuwałem, co się może zdarzyć. My obcy, oni miejscowi. Testosteron aż się przez nich wylewał. Przewinęły mi się obrazy z amerykańskich filmów, w których przyjezdni pakowali się w kłopoty w małych mieścinach, bo ich mieszkańcy nie lubią miastowych. W głowie dźwięczały jakieś piosenki Kazika czy też Kultu o groźnych wyrostkach z bejsbolami. Te krótkie włosy też nie kojarzyły się najlepiej… Byłem gotowy na najgorsze.
Wiceprezydent USA skomentował śmierć Nowaka. „Tragiczna i oburzająca”
A młodziaki podeszły, ładnie się przywitały i zamówiły napoje. Niektórzy piwo, a niektórzy lemoniadę. Kiedy wychodziliśmy z gospody, pożegnali się z nami serdecznie i życzyli miłego wieczoru. Bardzo dobrze wychowani ludzie. Bardzo grzeczni. No jasne. Przecież byliśmy w Europie Środkowej. Jednym z najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Skąd ta niedorzeczna obawa, która mnie naszła?
Popukałem się w głowę, ale potem uświadomiłem sobie, że moja chwilowa aberracja jest codziennością wielu moich znajomych oraz licznych polskich intelektualistów. Oni stanowczo odrzucają niezbitą, wydawałoby się, prawdę, że nasza część świata bardzo się zmieniła, i to na lepsze. Wyjątek czynią dla Czechów. Czesi to wyższa cywilizacja. Prawdziwy Zachód. Nie to co my. Tu wciąż jest strasznie. Chociaż nie jest.
Nowa rzeczywistość
Zanim wrócimy do tematu przerażającej Polski, pozwólcie, że napiszę kilka słów o sobie. Jestem z rocznika 1970. Lata 80. ubiegłego wieku to czasy mojej nastoletniej młodości, których nie wspominam najlepiej, bo nie przepadałem za rockiem, więc uchodziłem za dziwaka. Z tych czasów pamiętam smutną beznadzieję przyszłości, która na mnie czekała. Zasadniczo miałem dwie opcje: po studiach wieść jakieś nędzne życie w nadziei, że kiedyś dorobię się samochodu marki Polonez albo wyjechać na Zachód, o czym marzyli właściwie wszyscy moi koledzy.
Rzeczywistość schyłku PRL-u (ale nie byliśmy świadomi jego schyłkowości, tak miało wyglądać całe nasze życie) była tak przygnębiająca, tak rozpaczliwie pozbawiona perspektyw, że aż dziw, iż depresja była wtedy rzadkością, jak szynka w sklepach mięsnych. Możliwe zatem, że ci, którzy twierdzą, iż dobrobyt czyni nas słabszymi i bardziej podatnymi na psychozy, mogą mieć trochę racji.
Niesamowitym trafem moje wejście w dorosłość nastąpiło w momencie upadku komunizmu. Jeszcze gdy zdawałem maturę, dano nam do zrozumienia, że powinniśmy się wybrać na pochód pierwszomajowy, bo inaczej możemy na tej maturze mieć kłopoty. Rok później rozwiązywano Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, a Leszek Balcerowicz organizował zupełnie nową rzeczywistość, która nie była łatwa, ale pojawiło się w niej coś, czego wcześniej brakowało prawie tak bardzo, jak prawdziwej czekolady. Pojawiła się przyszłość.
Amfetamina dla znajomych z piaskownicy
Jako człowiek, którego świadome życie zaczęło się w latach 80., nie mogę nie dostrzegać faktu, że obecna Polska znacznie różni się od ówczesnej. A także tej z lat 90. W tej niesamowicie ciekawej dekadzie zostałem dziennikarzem i mając 22 lata, pisałem dla „Życia Warszawy” sprawozdania z parlamentu razem z moim ówczasnym mentorem Piotrem Zarembą. Takie kariery się wtedy robiło!
Przez lata wierzono, że „Ryba Zagłady” ostrzega przed katastrofą. Naukowcy sprawdzili fakty
Ale wielu moich kolegów z otwockiego osiedla wybrało zupełnie inną drogę. Zostali, jak ich ładnie nazywaliśmy za „Kajkiem i Kokoszem”, zbójcerzami. Czyli gangsterami. Otwock to nie był Pruszków czy Wołomin, ale miał swój wkład w bujnie wówczas kwitnące życie przestępcze. Słynął zwłaszcza z grup zajmujących się kradzieżami samochodów.
Moi koledzy zaczęli się nagle pojawiać w skórzanych kurtkach i popisywali się bronią gazową oraz palną. Wyjątkowo łatwo można było wtedy dostać w mordę. Pamiętam, jak panicznie bałem się pewnego gangstera zwanego „Gorylem”, którego w dziecięcych czasach dwukrotnie pokonałem w tak zwanych solówach – czyli bójkach jeden na jednego.
Obawiałem się, że gość przypomni sobie o upokorzeniu i po latach dokona na mnie krwawej zemsty. Na szczęście – przynajmniej dla mnie – jakiś inny gangster wyrzucił „Goryla” z jadącego pociągu podmiejskiego i przez jakiś czas kuśtykał połamany. A potem trafił na parę lat do więzienia. Kiedy wyszedł, to nie był już ten „Goryl” co dawniej. Już się go nie bałem. Zdziadział jeszcze przed czterdziestką.
Podobnie zresztą inni moi koledzy z osiedla. Właściwie wszyscy prędzej czy później trafiali za kratki. Najpierw rozbijali się samochodami marki BMW i w przypływie dobrego humoru częstowali amfetaminą (którą też sprzedawali, a może i produkowali) starych znajomych z piaskownicy. Ale nagle zniknęli. Państwo, które przez kilka lat było właściwie bezbronne i dość biernie przyglądało się, jak bandyci wymuszają haracze z czego i kogo się tylko da, przeszło do kontrofensywy.
Podwyżki dla emerytów i rencistów. Ministrowie obradują nad kluczowym wskaźnikiem
Trochę to potrwało – i stąd ten flashback, który dopadł mnie nagle na Słowacji – ale policja zatriumfowała nad bandziorami. Polska jest teraz idealnym miejscem do życia. Sceny z „Psów” czy „Ekstradycji” straciły – mam nadzieję, na zawsze – swój aspekt dokumentalny. Nasz kraj jest niebywale wręcz bezpieczny. Co tak bardzo doceniam, ponieważ pamiętam, że po prostu nie zawsze tak było.
Dysonans poznawczy
Z polskością i patriotyzmem jest trochę jak z jazdą autostradą. Wydaje nam się, że to właśnie my jedziemy z właściwą prędkością. Jadący szybciej od nas to wariaci, którzy ryzykują życie swoje i innych. Natomiast poruszający się wolniej to frajerzy. Przez nich ruch nie jest płynny i droga się korkuje.
Nic zatem dziwnego, że to nasz model czy poziom patriotyzmu wydaje się tym właściwym. Ale prócz tych, którzy jeżdżą za szybko albo straszliwie wolno, są i tacy, którzy po prostu nie lubią autostrad.
Tak na marginesie tej metafory: w 2006 r. wracaliśmy z żoną z Portugalii. Samochodem. Zrobiliśmy 10 tys. kilometrów. I najtrudniejsze było ostatnie 500, już w Polsce. W Europie przyzwyczailiśmy się do dobrych dróg, więc powrót na ojczyzny łono był ciężki. Jezdnie były fatalnej jakości, z wybojami, niebezpieczne.
Wyprzedzanie na trzeciego to był standard. Dziś naprawdę trudno znaleźć w Polsce złą drogę. Ledwie parę dni temu znaleźliśmy taką pod Łomżą. I przez kilka dni, które tam spędziliśmy, tę drogę wyremontowano. W tempie błyskawicznym, jakby chcąc zdążyć z puentą do tego fragmentu.
Od moich znajomych, którzy byli zbójcerzami, przejdźmy zatem do tych, którzy nie lubią Polski. Nie widzą w niej żadnych zalet, natomiast bardzo koncentrują się na wadach. Oczywiście ich prawo. Każdy może być ojkofobem. To nie jest karalne. Są tak negatywnie nastawieni, że nie widzą zmian, które w Polsce nastąpiły.
Resort klimatu chce objąć małpki systemem kaucyjnym. Wiadomo, kiedy będzie decyzja
Mam na przykład taką koleżankę, która żyje w ciągłym strachu. Bo jakimś cudem przegapiła fakt, że krwawe lata 90. przeminęły, a dresiarze nie terroryzują już okolic. Siedziałem sobie z nią kiedyś nad Wisłą, sączyliśmy jakieś trunki i wtem pojąłem oczywistą, wydawałoby się, prawdę, z której jednak nie zdajemy sobie sprawy. Parafrazując Tomasza Lisa: ludzie nie są różni. Są jeszcze bardziej różni, niż nam się wydaje.
Bo kiedy ja cieszyłem się ciepłym wieczorem i chłodnym napojem, ona nagle szepnęła mi do ucha wyraźnie zdenerwowana: „Lepiej już chodźmy”. Zdziwiłem się ździebko. Dlaczego mamy iść? „Nie czujesz tego? Tu nie jest bezpiecznie”. Rozejrzałem się dookoła. Ludzie się bawili i korzystali z życia. Pili alkohol, ale nie było jakiegoś chlania. Tu i ówdzie biegało jakieś dziecko albo piesek. Ogólna błogość w dostatnim, europejskim mieście.
– Mówisz o czymś konkretnym? – zapytałem zdziwiony.
– Wyczuwam agresję, chodźmy stąd – powiedziała, rozglądając się dokoła.
No to poszliśmy. Nawet myślałem, że następnego dnia przeczytam o masakrze nad Wisłą, ale nic takiego nie nastąpiło. Nie było profetycznej wizji wywołanej kobiecą intuicją. Był natomiast atak specyficznej fobii. Koleżanka, którą wówczas dopiero poznawałem, miała taką cechę, że bała się Polaków. Podobnie zresztą jej mąż. Oboje mieli wyłącznie złe zdanie na nasz temat. Polacy ich zdaniem byli agresywni, prymitywni i po prostu głupi. Sądziłem, że to może jacyś namiętni czytelnicy „Gazety Wyborczej”, ale nie.
Poważniej niż teksty Adama Michnika traktowali muzykę rockową z lat 80. i 90. i namalowany tam obraz obrzydliwego świata przełomu PRL i III RP. Jest taka piosenka Kultu i Kazika Staszewskiego „Polska” i ten świetny skądinąd kawałek wszedł im do głów tak mocno, że przesłonił rzeczywistość. I chociaż chodniki nie są już zarzygane i nie wszędzie jest tak brzydko, że pękają oczy, oczy, oczy, to jednak dla nich wciąż są zarzygane i pękają.
Nigdy wcześniej nie spotkałem ludzi, którzy mitologizowaliby świat na podobieństwo ulubionych utworów ulubionych kapel. Gdy z nimi rozmawiam i pokazuję statystyki dotyczące bezpieczeństwa w Polsce, z których wynika, że jesteśmy jednym z najspokojniejszych państw na świecie, widzę pobłażliwy uśmiech na ich twarzach. Taki uśmiech, z jakim traktuje się rojenia wariatów.
Acz w jednym momencie ta urocza para ojkofobów na chwilę się zadumała. To było w lutym i marcu 2022 r., gdy do Polski ruszyła fala ukraińskich uchodźców. Według ich wizji powinny wówczas nastąpić masowe ataki skinów, wąsatych facetów w sandałach ze skarpetkami, prowadzonych przez Krzysztofa Bosaka ubranego z tej okazji w mundur esesmana wyciągnięty z jakiegoś zatęchłego kufra.

Zamiast tego Polacy nie tylko nie tłukli Ukraińców, ale jeszcze wozili ich z granicy własnymi samochodami i przyjmowali pod swoje dachy. To był wstrząs dla ugruntowanych wyobrażeń, pielęgnowanych od dekad. Z zaciekawieniem przyglądałem się, jakie efekty przyniesie ten dysonans poznawczy. Ale nie przyniósł żadnych.
Natura Polaków była wciąż ta sama, tylko z jakichś powodów, trudnych do wytłumaczenia, zachowywali się zupełnie inaczej niż powinni. Czyli dobrze, ale to zupełnie nie zmieniało istoty sprawy. A istota jest taka, że oni są – czy może raczej my jesteśmy – z gruntu źli. Czego zupełnie nie trzeba udowadniać. Bo tak po prostu jest.
Tu jest właśnie istota ojkofobii – cokolwiek Polak by nie zrobił, nie ma to żadnego znaczenia. Empiria się nie liczy. Liczy się stereotyp, który w każdym innym przypadku rasowym, religijnym czy etnicznym jest fałszywy. Ale w tym jednym jedynym przypadku jest prawdziwy.
Mam taką małą teoryjkę na temat ojkofobów. Taką mianowicie, że kiedy opisują Polaków, to tak naprawdę opisują siebie. Nawet kolekcjonuję takie przypadki. Oto kilka ładnych, ale anonimowych okazów z moich zbiorów. Myślę jednak, że to przykłady dość uniwersalne.
- Ponurak. Wyjątkowo ponury gość, który kłóci się z każdym z byle powodu. Jego w Polakach irytuje, że się rzadko śmieją i są kłótliwi.
- Zamordystka. Skrajnie nietolerancyjna kobieta, która z iście totalitarnym fanatyzmem zwalcza i wyśmiewa w dyskusji poglądy odmienne od swoich. Ją potwornie boli nietolerancja Polaków. I trudno jej żyć w kraju tak nietolerancyjnym.
- Ignorant. Facet, który załamuje ręce nad niewiedzą Polaków. Sam nie zna żadnego obcego języka, więc nie wyjeżdża z kraju. Nigdzie nie był, nic nie widział, ale ciemnota innych uwiera go jak kamyk w bucie. Patrzy na innych z góry i z politowaniem.
- Intrygant. Gość, który snuje intrygi z barokową wirtuozerią, jednocześnie załamując ręce nad naszą wielką wadą narodową. Czyli zawiścią.
- Spiskowiec. Ten, który ubolewa nad głupotą narodu, który wierzy w rozmaite, najdziwniejsze teorie spiskowe, po czym kupuje kolejną książkę Tomasza Piątka i rozrysowuje na tablicy pajęczynę powiązań polityków prawicy z Kremlem.
- Narzekacz. Typ chyba najpowszechniejszy. Bezustannie narzeka, że Polacy strasznie narzekają.
Pany i chłopi
Jakieś 20 lat temu na placu Wilsona w Warszawie kupowałem kwiaty od chłopów. Chyba kwiaty, bo już dokładnie nie pamiętam. Zetknąłem się wtedy z chłopami żywcem wyjętymi z „Rozdzióbią nas kruki, wrony…” lub innych wczesnych opowiadań Żeromskiego.
To była para opatulona w kilka warstw odzieży, które w jakiś naturalny sposób kojarzyły się ze słowem łachmany. Kobieta była szczerbata, facet wąsaty, a łapy mieli wielkie i brudne – zwłaszcza paznokcie. Powinni mieć szmaty na twarzach na bolące zęby – ale chyba nie mieli. Mówili o mnie „on” – chociaż stałem przy nich.
– Niech ci da jakiś drobny piniądz – mówił chłop.
– On mówi, że nie ma – odpowiadała mu chłopka.
– Niech poszuka – mówił mężczyzna.
Biła od nich jakaś taka pogarda do mnie – miastowego, na którym można zarobić, nawet niezbyt uczciwie. I biła też łapczywa chciwość. W pewnym momencie on sięgnął do kieszeni – i chociaż wyglądali jak nędzarze – wyciągnął z niej wielki plik banknotów, o jakim ja jedynie mogłem pomarzyć. I wygrzebał z tego zwitka jakieś drobne reszty dla mnie.
Było to dziwne doświadczenie, jakbym właśnie cofnął się w okolice powstania styczniowego, gdy pany i chłopy raczej nie stanowili jednego narodu. Przy czym to raczej oni nie lubili mnie, a nie ja ich.
Wtedy po raz ostatni widziałem takiego chłopa. A właściwie chyba jeden jedyny raz w życiu takich widziałem. Może jeszcze gdzieś się tacy uchowali, ale ja nie mogę ich spotkać, chociaż ostatnimi laty dużo jeżdżę po polskiej prowincji. I jeśli zmieniła się Polska, to co dopiero powiedzieć o polskiej wsi. Chodnik na niej jest już standardem.
Ważą się losy płacy minimalnej w 2027 r. Na stole trzy propozycje
A ja pamiętam, gdy pobocze było śmiertelnie niebezpieczne dla brykających po nim dzieci. Ścieżki rowerowe coraz częściej też już są. Ale – może powiedzieć profesor Markowski – to Unia Europejska dała nam te zdobycze cywilizacji. I będzie miał w tym rację. A to już nie Unia wyczarowuje czystość w obejściach i gospodarstwach. Gdzie trawa pięknie przystrzyżona, bramy odmalowane, a porządek jest w iście szwajcarskim stylu.
Wieś polska stała się wspaniale europejskim zakątkiem. Dostatnim i, o dziwo, z coraz ładniejszymi domami. Bo nie oszukujmy się – do niedawna zobaczyć ładny dom na polskiej wsi było niemożliwością. Ale i ten prastary bastion zaczyna powoli padać.
Dziwne jest to, że są ludzie, którzy myślą, iż polską wieś zamieszkują chłopi jak ci z placu Wilsona. Nie tak dawno słyszałem debatę oksfordzką prowadzoną między uczniami dobrych liceów z dwóch dużych miast. I młodzi o wsi mówili mniej więcej tak: tam mieszkają ci najbiedniejsi, ci niewykształceni, którzy się nie ruszają poza własne opłotki.
Zabawne, bo taka wizja pokazuje, że ci mówcy nie wyjechali z kolei poza rogatki swego miasta. Ale co tam młodzi. Niedawno na platformie X widziałem wpis pewnej kobiety, która zszokowana pisała o swojej wyprawie na Podkarpacie, gdzie z przerażeniem odkryła, że ludzie tam są BOGACI. Więc nie potrzebują 800 plus ani socjalu, a jednak głosują, jak głosują. „Dlaczego?” – pytała dramatycznie.
No właśnie. Tych chłopów z placu Wilsona już nie ma, ale wielu nie zauważyło zmiany. Jeśli w tej wypowiedzi jest jakaś myśl, a szczerze mówiąc, mam pewne wątpliwości, to taka, że wielu brzydzących się Polską myli swoje wyobrażenia z rzeczywistością.
Że patrzą na Polskę przez pryzmat dawnych (skądinąd świetnych) piosenek Kultu, filmów Smarzowskiego czy Holland, które bywają wybitne, przejmujące i dobitne. Ale są jednak artystycznymi wizjami, których nie ma sensu mylić z realnym światem. Polska nie jest wypełniona tłuszczą, która chce palić Żydów w stodołach. Naprawdę, co innego mamy na głowie.
Zmęczona bielą i czerwienią
Jeśliby zredukować naszą ojkofobię do jednego człowieka, to pewnie powinien to być profesor Markowski. To człowiek, który właściwie samotnie utrzymuje Polskę i przyczynia się do tak gwałtownego wzrostu PKB. Jesteśmy dzięki niemu jedynym krajem na świecie, w którym socjologia jest kołem zamachowym gospodarki. I to jakim kołem!
To Markowski zarabia na socjal bumelantów i pijaków, a także na klimatyzowane traktory i młockarnie rolników. On pracuje, wytwarza, kreuje, a potem tłum leniwych Polaków na bezrobociu wyciąga rękę po jego pieniądze.
W tym tekście przytaczam dużo argumentów anegdotycznych, historyjek, które nie mają wielkiej siły rażenia, ale po prostu we mnie zostały. I na przykład kiedy słyszę, jak profesor Markowski albo Krystyna Janda narzekają na nieróbstwo Polaków, to przypomina mi się taka sytuacja.
Wracałem kiedyś nocą taksówką, którą prowadziła kobieta. Zaczęliśmy sobie gadać i okazało się, że to jedna z trzech jej prac. Dorabia sobie na taksówce po nocach, a za dnia prowadzi własny biznes i dorywczo jeszcze czasem jeździ ciężarówką. Bo ewidentnie miała smykałkę do prowadzenia.
A kiedy wychodziłem z samochodu, pełen podziwu dla jej samozaparcia i kondycji, to ona podała mi wizytówkę i powiedziała: „Właśnie, bo zapomniałam. Ja też uczę włoskiego, jakby pan był zainteresowany, to proszę dzwonić”.
Nie skorzystałem, bo akurat ja faktycznie jestem leniwy. Natomiast głęboko nie zgadzam się z założeniem, że w kraju, który odniósł tak niewyobrażalny sukces gospodarczy, połowa mieszkańców jechała na gapę, tylko czekając na resztki z haraczu, jaki pobierano od profesora Markowskiego.
Nowa baza wojsk USA w Polsce? Szef MON złożył oficjalną propozycję
Gdzieś tak w okolicach ostatniego Święta Niepodległości Tomasz Lis przeprowadził wywiad z Manuelą Gretkowską. Pisarka opowiadała, jak to 11 listopada chadza w swojej miejscowości, by złożyć kwiaty na grobach żołnierzy niemieckich i rosyjskich, którzy polegli podczas pierwszej wojny światowej i leżą na wspólnym cmentarzu.
Opowiadała też o swoim zmęczeniu bielą i czerwienią, które to kolory wzbudzają u niej oczopląs. Muszę wyznać, że słowa Gretkowskiej zupełnie mnie nie oburzyły, chociaż zapewne miały być prowokacyjne. Jestem człowiekiem, który też bywa zmęczony hurtowymi ilościami barw narodowych i patriotyczną histerią – choć z drugiej strony zdarza mi się wzruszać przy „Rocie”. Tutaj każdy ma indywidualny próg wytrzymałości i nie ma co mierzyć czyjegoś patriotyzmu.
Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na inny aspekt tej rozmowy. W roku 1999 czy 2007 wysłuchalibyśmy jej nie na niszowym kanale Lisa, ale pewnie w prime timie w TVP 1 lub TVN, a potem jeszcze dostalibyśmy wersję rozszerzoną w weekendowym wydaniu „Gazety Wyborczej”. W sumie z refleksjami Manueli Gretkowskiej zapoznałoby się z 10 mln ludzi, którym wtedy podsuwano pod nos konkretne autorytety i nie bardzo mogli wybrzydzać.
Ale dzisiaj, w 2025 r., jest inaczej. To kolejna wspaniała przemiana, która nastąpiła w III RP. Dziś mogliśmy nawet nie zauważyć wywiadu Lisa z Gretkowską. Jak celnie zauważył Lech Wałęsa, odkąd pojawiły się te telefony, internety, ludzie przestali wierzyć w to, w co wierzyć wypada. I to jest bardzo piękne.

