- Clémence Guetté chce prawnego uznania przyjaźni, m.in. „partnerstwa społecznego” i urlopu na wypadek choroby przyjaciela.
- Ruchy GINK (Green Inclination No Kids – Proekologiczne nastawienie, bez dzieci) i DINK (Double Income No Kids – Dwa dochody, zero dzieci) przedstawiają bezdzietność jako wybór ekologiczny, ekonomiczny i korzystny dla osobistego rozwoju.
- Przyjaźń od zawsze była sferą wolności. Francuska lewica chce wprowadzić ją do kodeksów.
Któż nie zaznał pięknoduchowskiej tęsknoty za czasami studenckiej przyjaźni? Za wspólnym mieszkaniem, jedzeniem zupek z proszku, dzieleniem się sentymentalnymi rozterkami, a później odgrywaniem na nowo, w prawdziwym życiu, ról z kultowego serialu „Friends”?
Jeden silił się na Rossa, poważnego paleontologa po przejściach, drugi na włoskiego podrywacza Joey’go. W towarzystwie zawsze była jakaś Phoebe, nierozgarnięta i istniejąca w sferze dziwactw i złud dziewczyna. Można by było dalej wymieniać misternie ułożoną mozaikę przyjacielskiego współistnienia w różnorodności – „pedantyczna” Monica, „skołowana” Rachel, itd.
Mijają lata, a amerykański sitcom okazuje się istotny dla nowych pokoleń spragnionych niezachwianej przyjaźni, przestrzeni efemerycznej, bez zobowiązań, słowem – krainy paradoksalnej, gdzie zgrywy, życzliwość i koleżeńska blaga nie powinny nigdy mijać.
Co ciekawe, ostatni sezon „Friendsów” pokazuje dojrzewanie bohaterów. Idylla naturalnie się kończy wyprowadzką z kultowego mieszkania. Monica z Chandlerem kupują dom i pragną dziecka. Inni również kreślą swoje plany poza orbitą przyjaźni. Na koniec zaś ostatnia wspólna kawa w ulubionej kawiarni i wszyscy rozchodzą się do nowego życia – ku rodzinie i ku stabilizacji.
Europa upadnie przez wstyd? Chantal Delsol o kryzysie migracyjnym i zaślepieniu elit
Ustawa na wszystko
Posłowie spod szyldu Nieuległej Francji przyjaźń, rzecz delikatną i intymną, chcą uregulować i usankcjonować. Nadać jej swoiste kodeksowe „lettre de noblesse”, tj. akt uszlachetnienia. Nawiasem mówiąc, to częsta lewicowa skłonność: wprowadzić do prawa elementy należące do sfery prywatnej.
Już wcześniej więdły dusza i bystry umysł na padające w ostatnim czasie propozycje legislacyjne skrajnej lewicy. Najpierw Sandrine Rousseau chciała, by państwo zaczęło regulować ustawą… podział domowych obowiązków. Potem Marine Tondelier domagała się, aby rząd zapewnił wszystkim obywatelom okulary chroniące przed zaćmieniem. Emmanuel Grégoire zaś poszedł jeszcze dalej: zaproponował ustanowienie „prawa do nieba”, które miałoby urzeczywistnić się za sprawą wspólnych i inkluzywnych tarasów, łączących wszystkie środowiska miejskie, mniejszości etniczne i seksualne.
Być może deputowani Nieuległej Francji inspirują się Dalekim Wschodem. Kilka lat temu koreański reżim wprowadził zuniformizowaną i jedynie słuszną… fryzurę. Rzecz jasna, inspiratorem okazał się „wielki wódz” i jego charakterystyczne ufryzowanie – boki ogolone do zera i jeżyk na górze.
Echa skandalu w OpenAI. „Tajemnice handlowe modeli AI powinny zostać upublicznione”
Francuska lewica chce przyjaźni nadać prawa
„Nasi przyjaciele się liczą. Dajmy im prawa” – głosi hasło na okładce książki posłanki Nieuległej Francji, Clémence Guetté (tytuł dzieła: „Ku polityce przyjaźni”). W pierwszym odruchu można pomyśleć, że to kampania społeczna francuskiego towarzystwa ochrony zwierząt. Nic z tych rzeczy. To poważny program polityczny.
I właśnie dlatego trudno oprzeć się zdumieniu. Mielibyśmy bowiem wrażenie, że Francja ma inne – nawet społeczne – priorytety. Kraj ugina się pod ciężarem długu, ma coraz większe problemy z kontrolą własnych granic, a zapewnienie obywatelom elementarnego bezpieczeństwa okazuje się zadaniem coraz bardziej wymagającym.
Tymczasem kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi deputowana Nieuległej Francji nawołuje do prowadzenia przez państwo „polityki przyjaźni”.
W kraju, który coraz wyraźniej traci kontrolę nad podstawowymi funkcjami państwa, na politycznym stole pojawia się więc kolejny projekt: rozszerzyć krąg podmiotów, którym należy przyznać prawa.
GINK i DINK. Bezdzietność jako filozofia życia
Nie bądźmy jednak naiwni. Spróbujmy odczytać prawdziwe zamiary francuskiej lewicy. Przezornie ukryty za projektem posłów Nieuległej Francji jest inny zamysł. Walka z rodziną, z patriarchatem, z wartościami, by tak rzec, tradycyjnymi, ze społeczeństwem horyzontalnie hierarchicznym. Rodzina kojarzy się lewicy nad Sekwaną z konserwatyzmem bądź, co gorsza, z faszyzmem. Przypomnijmy, że hasłami propagandowymi państwa Vichy były: praca, ojczyzna oraz właśnie… rodzina.
I tak coraz większą popularnością cieszą się ruchy „no kids”. Ich język jest na pozór niewinny: troska o planetę, autonomia jednostki, świadome życie, rozwój osobisty. Dziecko pojawia się w tej opowieści coraz rzadziej jako owoc miłości, ciągłość pokoleń czy najbardziej elementarna forma ludzkiej nadziei. Coraz częściej jest kojarzone z „buchalterią”, „rachunkiem” oraz „kosztem”. Ponadto posiadanie dziecka, twierdzą piewcy ruchu „no kids”, zwiększa istotnie ślad węglowy. Zatem dziecko nie tylko obciąża domowy budżet, ale i przyczynia się do niszczenia planety.
W tym kontekście funkcjonuje osobliwy skrót – GINK, czyli „Green Inclination No Kids”. GINK to człowiek, który rezygnuje z posiadania dzieci, ponieważ chce ograniczyć swój „ślad ekologiczny”. Teoretycy nowego trendu wskazują, że dziecko potrzebuje przecież energii, wody, prądu, ogrzewania, jedzenia. Każdy nowy człowiek zwiększa więc konsumpcję zasobów. Wielodzietność staje się w tej optyce niemal „wykroczeniem” przeciwko klimatowi.
Planeta, przekonują piewcy ruchu „No kids”, ledwo wytrzymuje obecne zapotrzebowanie. A duża rodzina dokłada kolejną cegłę do ekologicznej katastrofy. W tym odwróceniu porządków Ziemia zaczyna przypominać „wyższą” matkę, której należy się posłuszeństwo. To już nie człowiek ma być pierwszym przedmiotem troski, lecz planeta. My zaś stajemy się jej krnąbrnymi dziećmi, które powinny ograniczać własne istnienie, aby nie nadwyrężać jej ograniczonych zasobów.
GINK nie kończy się zresztą na samej bezdzietności. Towarzyszy jej cały kodeks ekologicznej ascezy: ograniczanie odpadów, świadoma konsumpcja, recykling, ekologiczne środki transportu, oszczędzanie zasobów. Nieposiadanie dzieci zostaje przedstawione jako jeden z najbardziej skutecznych sposobów ochrony środowiska. Rodzicielstwo natomiast zaczyna jawić się jako szczególnie kosztowna forma konsumpcji.
Jeszcze dalej idzie ruch DINK – „Double Income No Kids”. Tu planeta schodzi na drugi plan, a na scenę wkracza księgowość. DINK to para, w której oboje pracują, dobrze zarabiają i nie mają dzieci. Dzięki temu ich wspólny dochód nie jest uszczuplany przez szkołę, ubrania, jedzenie, korepetycje, leczenie czy tysiące drobnych wydatków, które człowiek poznaje zazwyczaj dopiero wtedy, gdy zostaje rodzicem. Pieniądze można więc przeznaczyć na podróże, karierę, odpoczynek i rozwój własny.
Jeden szczegół brzmi tu niemal jak żart z ponurego podręcznika ekonomii: ktoś obliczył, że jedno dziecko odpowiada kosztom utrzymania czterech… psów. Trudno orzec, według jakiej buchalteryjnej logiki dokonano tego wyliczenia. Niemniej faktem jest, że pies nie potrzebuje korepetycji, edukacji, studiów czy aparatu ortodontycznego. Nie ma też ambicji, które rodzice musieliby przez osiemnaście lat finansować, korygować i chronić. Z punktu widzenia domowego budżetu rachunek może więc wyglądać całkiem kusząco.
Opisywane ruchy noszą przekonanie, że dziecko może stanowić przeszkodę w osiągnięciu indywidualnego szczęścia. Współczesny człowiek otrzymał bowiem zadanie, które jest zarazem obietnicą i przekleństwem: ma się zrealizować. Ma wykorzystać własny potencjał, rozwijać pasje, budować karierę, zachować równowagę psychiczną, podróżować, doświadczać, poznawać i, przede wszystkim, nie zmarnować siebie. Każda rzecz, która wymaga od niego bezinteresownego poświęcenia, zaczyna w takim świecie wyglądać podejrzanie.
„Nikt nie powie do mnie mamo”. Bunt przeciwko macierzyństwu
Caroline Jeanne w eseju o wymownym tytule „Nikt nie powie do mnie mamo” opisuje presję, której doświadczała od najmłodszych lat. Wspomina obowiązek opieki nad młodszym bratem, oczekiwania rodziny i społeczeństwa, a także matkę, dla której brak wnuka staje się osobistą tragedią. To, co w jednym porządku kulturowym można byłoby nazwać naturalnym pragnieniem babci, w innym otrzymuje nazwę społecznej presji, stygmatyzacji i próby wzbudzenia poczucia winy.
Jeanne zwraca uwagę na trudność całkowitego oddania się dziecku, na konieczność wyjścia z siebie i rezygnacji z części własnych aspiracji. W jej rozumowaniu pojawia się niemal szekspirowski dylemat: być sobą czy być matką? Kariera, osobiste pasje, emocjonalna równowaga – wszystko to może zostać naruszone przez obecność dziecka.
W tej logice dziecko nie jest więc jedynie nowym członkiem rodziny. Jest konkurentem dla naszego „ja”.
Według badania OpinionWay, przeprowadzonego w lutym i marcu 2025 r., 53 proc. rodziców deklarowało skrajne zmęczenie codziennymi obowiązkami związanymi z dziećmi: odprowadzaniem ich do szkoły, przygotowywaniem posiłków, praniem, sprzątaniem czy organizowaniem czasu. 56 proc. przyznawało, że regularnie traci cierpliwość do dzieci, a 45 proc. miało żałować decyzji o założeniu rodziny i marzyć o uwolnieniu się od domowych obowiązków.
Belgijscy badacze z Uniwersytetu w Louvain mówią w tym kontekście o „parental burnout”, wypaleniu rodzicielskim. Jego skutkiem ma być mechaniczne wykonywanie obowiązków i emocjonalne dystansowanie się od dzieci. Szczególnie dotknięte mają być kobiety – aż 62 proc. z nich doświadcza rodzicielskiego wypalenia. Badacze tłumaczą to większym ciężarem obowiązków spoczywających na matkach.
Przyjaźń zamiast rodziny?
Nie dziwota, że posłanka Nieuległej Francji, Clémence Guetté, walcząc z rodziną, szuka przymierza w przyjaźni. Proponowane regulacje na stronach „Ku polityce przyjaźni” są konkretne. Pojawia się ustawowo usankcjonowane „partnerstwo społeczne” (coś w rodzaju przyjacielskiej umowy cywilnej) bez konieczności deklarowania wspólnego zamieszkiwania.
Przyjaciel ma zyskać prawo do urlopu na wypadek choroby albo śmierci drugiego przyjaciela. Pojawiają się także szczególne uprawnienia dla rodziców chrzestnych, a nawet możliwość podążenia za przyjacielem, który z powodów zawodowych został przeniesiony do innego miasta. Są i ulgi podatkowe dla tych, którzy połączą się „przyjacielską umową cywilną”…
Trzeba naprawić „niesprawiedliwości, które okaleczają przyjaźnie” – grzmi Guetté. Te zaś, jak przekonuje, mają być związane z „poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi kapitalistycznego sposobu produkcji”.
W tym miejscu przyjaźń przestaje być prywatną sprawą dwojga ludzi. Staje się kwestią społeczną, zdrowotną, ekonomiczną, a w końcu – polityczną. „Bronić przyjaźni, to w tym samym geście bronić Republiki” – pisze z całą powagą posłanka Nieuległej Francji.
Relacja, która przez wieki wymykała się państwu, ma dziś otrzymać własne prawa, przywileje i paragrafy. Pięćset lat temu Montaigne zadawalał się prostą maksymą – „Bo to był on; bo to byłem ja”…


