Była „córką potwora”, potem twarzą oddemonizowanej skrajnej prawicy, dziś jest skazaną polityczką, która ogłasza czwarty start w wyborach prezydenckich. Marine Le Pen przez lata zamieniała rodzinne piętno w polityczne paliwo. W 2027 r. sprawdzi, czy Francja bardziej boi się jej nazwiska, czy świata, przed którym obiecuje ją obronić.

- Trauma związana z zamachem bombowym z 1976 r. zaszczepiła w młodej Marine Le Pen głębokie poczucie niesprawiedliwości oraz zakorzeniła w niej syndrom ofiary systemu.
- Nazwisko przez lata ciążyło zarówno jej, jak i Frontowi Narodowemu, skupionemu wokół kontrowersyjnego lidera.
- Oficjalne przejęcie przywództwa w Tours w 2011 r. zapoczątkowało strategię oddemonizowania, mającą na celu wprowadzenie skrajnej prawicy do politycznego mainstreamu.
- Liderka zastąpiła dawny rasizm biologiczny podprogowym kodem kulturowym, sprytnie wykorzystując republikańską laickość jako taran do walki z islamem.
- Publiczne wykluczenie Jean-Marie Le Pena z partii w 2015 r. stało się ostatecznym i najbardziej spektakularnym symbolem odcięcia pępowiny od kłopotliwej przeszłości.
- Dziś Marine Le Pen to główna faworytka w wyborach prezydenckich w 2027 r.
11 września 2001 r. świat stanął na głowie. Zamach na World Trade Center wstrząsnął przede wszystkim Ameryką, ale jego skutki odczuwalne były daleko poza granicami dolnego Manhattanu. Również we Francji.
Jean-Marie Le Pen miał wtedy 73 lata, cztery nieudane podejścia do prezydentury za sobą, a w ojczyźnie opinię raczej niegroźnego klauna niż realnej siły politycznej. Jego Front Narodowy zbierał, owszem, po kilka milionów głosów w kolejnych wyborach parlamentarnych, ale przy systemie większościowym przekładało się to co najwyżej na… jeden mandat.
Czytaj też: Elon Musk poparł Marine Le Pen. Zjednoczenie Narodowe reaguje
Niespecjalnie mu to przeszkadzało. Wśród badaczy, dziennikarzy, a nawet najbliższych współpracowników panowało bowiem przekonanie, że nigdy nie żywił realnego, głębokiego pragnienia sprawowania władzy. Uwielbiał uwagę, jaką przyciągał jako polityczny agitator, czerpał perwersyjną niemal satysfakcję z rozbijania burżuazyjnych konwenansów, jednak samą partię traktował bardziej jak prywatne lenno niż narzędzie walki o Pałac Elizejski.
Chodził więc po mediach i przekonywał, że nazistowska okupacja Francji „nie była szczególnie nieludzka”, istnienie komór gazowych sprowadzał do „detalu”, chorych na AIDS określał mianem „trędowatych”, a muzułmanom wyrzucał, że chcą przejąć władzę nad światem. I gdy tylko ktoś tłumaczył mu, że może przesadza, że to niepotrzebne, że szkodzi politycznej karierze – tylko wzruszał ramionami. I dalej robił swoje.
Kiedy jednak runęły nowojorskie wieże, jego archaiczna, katastroficzna narracja zyskała w oczach zaniepokojonych Francuzów drugie życie. To, a także niespodziewane rozbicie na lewicy, doprowadziło do wielkiej wyborczej sensacji: pierwszą turę wygrał, zgodnie z przewidywaniami, Jacques Chirac, ale w drugiej znalazł się… Le Pen, pokonując nieoczekiwanie Lionela Jospina.
Świadkowie tamtego wieczoru wspominali, że po ogłoszeniu wyników Le Pen nagle spoważniał i popadł w melancholię – uświadomił sobie, że nie ma wokół siebie ludzi, których mógłby oddelegować do najważniejszych funkcji. Że w sumie to nie jest na cały ten sukces w żaden sposób gotowy. Chciał się bawić w rewolucję, ale nie chciał rządzić. Co znamienne: niespecjalnie rwał się do rozmów z dziennikarzami, a przecież media od zawsze były jego żywiołem.
To wtedy, 21 kwietnia 2002 r., 34-letnia Marine zaczęła wydzierać ojcu stery partii. Bez zawahania stanęła przed kamerami stacji France 2, odpierając ataki dziennikarzy i zręcznie wyprowadzając swoje. Zawzięta, z pasją w oczach i głosie, dała do zrozumienia, że nigdy nie zadowoli się wyłącznie pajacowaniem na marginesie. To ich różniło.
A może Jean-Marie czuł, co się święci? Po ogłoszeniu wyników, na ulice francuskich miast wyszły setki tysięcy protestujących ludzi. W obliczu zagrożenia cała klasa polityczna – od komunistów i socjalistów po umiarkowaną prawicę – zjednoczyła się wokół Chiraca. Wyborcy lewicy szli do urn z symbolicznymi klamerkami na nosach, głosując na dotychczasowego prezydenta (którego programem i aferami otwarcie gardzili) wyłącznie po to, by zatrzymać skrajną prawicę. Chirac odmówił nawet wzięcia udziału w tradycyjnej debacie telewizyjnej z Le Penem, uznając, że „z nienawiścią się nie dyskutuje”. Nie musiał. Zdobył ponad 82 proc. głosów – wynik bezprecedensowy w historii nowoczesnej Francji.
Córki Le Pena
Młodość miała burzliwą – to na pewno. Wiele późniejszych wyborów, z posiadanymi poglądami na czele, Marine Le Pen lubiła tłumaczyć jako „nieuchronną konsekwencję wyjątkowego życia”.
Miała zaledwie osiem lat, gdy eksplozja dynamitu dosłownie rozerwała ich paryskie mieszkanie przy Villa Poirier. „Wszędzie są kawałki szkła, gruz oraz zimno, które wydobywa się z dziury, w której zniknęły schody. Czy miało miejsce trzęsienie ziemi? Czy budynek zaraz się zawali? Czy wszystkie zginiemy? Czy jesteśmy jedynymi ocalałymi?” – wspomina w pierwszym rozdziale swojej głośnej autobiografii.

Jean-Marie Le Pen z córkami. Marine po prawej (fot. Getty Images)
„Wtedy zdałam sobie sprawę, że mój ojciec nie jest traktowany jako równy innym, my nie jesteśmy traktowani jako równi innym. Stanie się to ważnym elementem mojej własnej konstrukcji psychicznej” – powie potem Marine. Mała dziewczynka, równolegle do nauki czytania i pisania, dowiedziała się, że na świecie istnieją ludzie, którzy chcieliby zabić jej ojca, a przy okazji nie mieliby problemu z zamordowaniem również jej matki, jej starszych sióstr, jej samej oraz przypadkowych, obcych ludzi.
Ostatecznie, szczęśliwie, nikomu nic poważnego się nie stało (roczny syn sąsiadów złamał rękę), bo ładunek został podłożony pod schodami, które skutecznie zamortyzowały wybuch. Mieszkanie ani większość budynku nie nadawały się jednak do użytku.
Marine Le Pen wspominała po latach, że to, co uderzyło ją w tamtym okresie najbardziej to… brak współczucia, jakichkolwiek gestów wsparcia ze strony najważniejszych osób w kraju. Choć ojciec był już wtedy osobą publiczną, powszechnie znaną, niechęć do niego była tak silna, że prawie nikt nie zdecydował się na symboliczny choćby wyraz solidarności. Tak zresztą wyglądało niemal całe jej dzieciństwo: w szkole tępiona, obrażana, również przez nauczycieli, bo przecież była córką „tego potwora” czy „drugiego Hitlera”.
Trzeba bowiem wiedzieć, że kontrowersyjny polityk nie był wyłącznie „ciekawostką”: zwykli Francuzi, ale również koledzy po fachu, darzyli go taką odrazą, że nie życzyli sobie nawet korzystać z tej samej garderoby czy stolika do makijażu – byle zminimalizować szansę „przecięcia” się z wrogiem. Gorycz wspólnych występów przełykali wyłącznie niektórzy: świadomi, że Le Pen się „ogląda” i na dyskusjach z nim mogą się w jakiś sposób wybić.
– Zawsze będziecie córkami Le Pena. Łatwo nie będzie, więc lepiej od razu zaciśnijcie zęby – miał kiedyś powiedzieć do trzech dziewczynek Jean-Marie i najpewniej nie przesadzał.
Ogród sekretny
Wkrótce po zamachu, dzięki gigantycznemu i kontrowersyjnemu spadkowi po Hubercie Lambercie, rodzina przeniosła się do luksusowej, acz nieco zaniedbanej posiadłości Montretout w Saint-Cloud. Spadek był „kontrowersyjny”, bo Lambert… nie był z Le Penami w żaden sposób spokrewniony. Bogacz miał jednak słabość do nacjonalistycznych haseł i osobliwy zwyczaj zapisywania swojej fortuny każdemu, kto akurat zaskarbił sobie jego chwilowe względy – zanim na horyzoncie pojawił się Jean-Marie, Lambert obiecywał miliony choćby neofaszyście Pierre’owi Sidosowi. „Na finiszu” wyprzedzili go jednak Le Penowie, z czym niespecjalnie umiał się pogodzić.
W eleganckiej wilii Marine mieszkała aż do studiów. Zanim jednak wyjechała do Paryża i rozpoczęła życie na własną rękę, w jej życiu doszło do kolejnego wybuchu – tym razem metaforycznego. Matka, Pierrette, z dnia na dzień, bez ostrzeżenia, uciekła z domu z… biografem męża, który wprowadził się do nich niedługo wcześniej.
Szesnastoletnia wówczas Marine, najmłodsza z trzech córek, zniosła to bardzo źle: wymiotowała codziennie przez prawie dwa miesiące, długo nie mogąc dojść do siebie. A gdy w końcu doszła, matka wymierzyła kolejny cios – chcąc zagrać na nosie mężowi, dała się namówić na sesję w „Playboyu”, paradując przed milionami rodaków w stroju pokojówki.
„Matka to ogród sekretny, a nie publiczne wysypisko śmieci” – komentowała potem Marine. Z matką pogodziła się dopiero po kilku latach.
Zabić Brutusa
Gdy na początku lat 90. Marine Le Pen kończyła prawo na uniwersytecie Assas, paryskie kancelarie – delikatnie rzecz ujmując – nie witały jej z otwartymi ramionami.
Pomocną dłoń wyciągnął stary przyjaciel domu, Georges-Paul Wagner, adwokat ze skrajnie prawicowymi korzeniami, który zatrudnił młodą absolwentkę i rzucił ją na odcinek obsługi prawnej Frontu Narodowego.
Wcześniej nie pchała się do polityki, nie chciała jej, ale… jakie miała wyjście?
Że Marine jest mu niezbędnie potrzebna, Jean-Marie przekonał się w 1998 r. Francuzi przestali już świętować wielki triumf na piłkarskim mundialu (w finale rozbili Brazylię aż 3:0!), zaczęli za to żyć głośnym rozłamem we Froncie Narodowym. Oto Bruno Megret, postać numer dwa, uznał, że czas Le Pena już minął. Przekonał do swoich racji ponad połowę członków partii, w tym – co bolało szczególnie – najstarszą z córek wodza, Marie-Caroline, żonę jednego z najbardziej zaangażowanych „megretystów” – Philippe’a Oliviera. Marine została z ojcem.

Marie-Caroline, Marine i Yann - trzy córki Jean-Marie Le Pena w 1988 r. (fot. Georges MERILLON / Getty Images)
Wycieńczona, w zaawansowanej ciąży bliźniaczej, rzuciła się w wir wewnątrzpartyjnej wojny domowej. To wtedy dorobiła się w kuluarach przydomka „czerwonej gwardzistki” i „wycinaczki głów”. Bez mrugnięcia okiem zwalniała „megretystów”, zabezpieczała partyjne dokumenty i ratowała finansowe imperium klanu. Gdy w maju 1999 r. sąd ostatecznie przyznał prawa do marki i dotacji staremu przywódcy, cztery dni po porodzie Marine szlochała do słuchawki telefonu, meldując ojcu wykonanie zadania. On sam, w swoim stylu, przez cały czas skupiał się głównie na błyszczeniu w mediach. „Od Juliusza Cezara różni mnie to, że to ja zabiję Brutusa” – mówił ze stoickim spokojem, gdy wydawało się, że jego imperium lada moment runie.
Miał rację.
Oddemonizowanie
Gdy w wieczór historycznego linczu z 2002 r. stary lider pogrążał się w melancholijnym odrętwieniu, Marine pojęła najważniejszą lekcję: teatr jednego aktora, oparty na wiecznym paradowaniu w koronie króla pariasów, właśnie dobiegł końca. Jeśli ruch narodowy miał kiedykolwiek wygrać, musiał przestać straszyć. Albo stać się nieco bardziej „normalnym”, albo przynajmniej normalność udawać.
Prace trwały wiele lat. Oficjalna koronacja nastąpiła w styczniu 2011 roku podczas kongresu w Tours. Przejmując stery partii z rąk ustępującego ojca, Marine ogłosiła narodziny nowej ery – operacji dédiabolisation (oddemonizowania).

Marine Le Pen z ojcem podczas kongresu partyjnego w Tours (fot. Patrick Durand / Getty Images)
Publicznie odcięła się od antysemityzmu Jean-Marie, nazywając obozy koncentracyjne „apogeum barbarzyństwa”. Poza tym, była to jednak głównie rewolucja estetyczna, oparta na precyzyjnym zarządzaniu językiem. Marine przestała używać słów, które mogłyby ściągnąć na nią wyroki sądowe. Na wiecach zaczęła operować precyzyjnie dobranymi substytutami, skutecznie grając na emocjach rodaków.
Wielką popularność przyniosła jej choćby walka o… menu w szkolnych stołówkach. Lewicowi politycy silnie lobbowali za tym, by usunąć z nich wieprzowinę i wprowadzić mięso halal, z szacunku dla mniejszości narodowych. Skutecznie zaszczepiła w głowach wyborców lęk przed tym, że tradycyjny francuski styl życia i republikańska świeckość kapitulują w szkołach przed religijnymi żądaniami mniejszości. Sugerowała, że „obcy” zaczynają dyktować francuskim dzieciom, co mają mieć na talerzu.
Podobnie było zresztą z publicznymi kąpieliskami: mniejszość muzułmańska głośno domagała się wprowadzenia oddzielnych godzin dla kobiet i mężczyzn, by uniknąć koedukacyjnego pływania. Tu też, na pierwszym froncie, stanęła Le Pen. Basen stał się w jej opowieści symbolem odrzucenia francuskich norm obyczajowych, ordynarnym zamachem na równouprawnienie płci i próbą narzucenia ortodoksji religijnej w przestrzeni wspólnej.
Czytaj też: Marine Le Pen skazana. Czy wyrok wzmocni Zjednoczenie Narodowe i Jordana Bardellę?
Co znamienne: nie straszyła bezpośrednio „islamem” czy tym podobnymi hasłami: mówiła o tym, co Francuzi mieli, co – jej zdaniem – im się należy, co jest elementem ich kultury, a co „ktoś” próbuje im zabrać.
Szło dobrze. Słupki poparcia szły w górę, ale aby operacja dédiabolisation była w pełni wiarygodna dla milionów umiarkowanych Francuzów, stary patriarcha musiał wreszcie zniknąć z pejzażu. Jean-Marie nie potrafił jednak usiedzieć cicho; w 2015 r. po raz kolejny wyszedł przed kamery i powtórzył niesławną tyradę o komorach gazowych jako „detalu historii”. Marine straciła cierpliwość. W akcie politycznego ojcobójstwa, który przez tygodnie fascynował całą Francję, doprowadziła do bezwzględnego wyrzucenia ojca z partii, którą sam założył.
Moskiewski kompas
Rodzinny dramat, rozgrywany na oczach zszokowanego narodu, Marine potrafiła zamienić w potężny wizerunkowy atut. Z pomocą doradców i zaprzyjaźnionych mediów zaczęła pisać swoją opowieść na nowo. Brukowce pokroju „Paris Match” czy „Closer” bez zająknięcia kupiły postać silnej, niezależnej kobiety, która musiała metaforycznie poskromić ojca-tyrana, by zmodernizować swój ruch.
Marine często i gęsto pozowała dla tabloidów. Chętnie opowiadała o swoim życiu uczuciowym, pozowała zapłakana na ślubie siostry i dzieliła dramatem, jaki przeżyła po śmierci jej ukochanego kota. Gdy „Closer” opublikował na okładce plotki o rzekomym rozpadzie jej związku, nie wysłała do redakcji chłodnego pozwu; wrzuciła na Twittera zdjęcie namiętnego pocałunku z partnerem, złośliwie rozbrajając atak humorem.

Le Pen odpowiedziała dziennikarzom "Closer" (fot. x.com/MLP_officiel)
Ta celowa miękkość skutecznie znieczulała opinię publiczną na radykalność jej programu. Z plakatów wyborczych zniknęło nazwisko Le Pen i nazwa Frontu Narodowego (partię przemianowano na Zjednoczenie Narodowe); pozostało jedynie niewinne, subtelne: Marine.
Być może prezydentem byłaby już teraz, gdyby nie… Władimir Putin. Zachwycała się nim przez lata, chłonąc jego wizję autorytarnego konserwatyzmu. Nie kryła nigdy, że widzi w nim obrońcę suwerenności i chrześcijańskich korzeni Europy przed zgniłym, amerykańskim unilateralizmem.
Program polityki zagranicznej jej partii – od żądania opuszczenia NATO po uznanie aneksji Krymu – był wierną kalką instrukcji płynących z Kremla, co zresztą szło w parze z wielomilionowymi pożyczkami, jakie rosyjskie banki chętnie udzielały jej formacji na finansowanie kolejnych kampanii. Ta wschodnia miłość o mało nie kosztowała jej politycznej śmierci, gdy w 2022 r., w obliczu wojny w Ukrainie, rynki i media wyciągnęły na światło dzienne jej moskiewskie powiązania, zmuszając Francuzów do ponownego, bolesnego zjednoczenia wokół sztandaru Emmanuela Macrona – nie z miłości do prezydenta, lecz ze strachu przed „niebezpieczną” Marine.
Kulminacja systemowych tarapatów i próba ostatecznego unicestwienia jej mitu przyszła jednak niedawno, gdy francuski wymiar sprawiedliwości postanowił uderzyć w nią za pomocą twardych paragrafów. Głośna „afera asystentów parlamentarnych” miała przynieść ostateczną egzekucję klanu. Śledczy zarzucili Marine oraz jej najbliższym współpracownikom stworzenie systemowego mechanizmu wyłudzania pieniędzy z Parlamentu Europejskiego na rzecz struktur partyjnych w Paryżu.
Kwota była gigantyczna – blisko 4,5 mln euro, z których opłacano fikcyjne etaty, w tym m.in. ochroniarza szefa partii. Wyrok pierwszej instancji z marca 2025 r. brzmiał jak wyrok śmierci na jej ambicje: pięć lat bezwzględnego zakazu kandydowania z rygorem natychmiastowego wykonania, co oznaczało, że marzenia o prezydenturze w 2027 r. legły w gruzach. Korona czekała już na jej młodego następcę, Jordana Bardellę, ale…
Marine, niczym feniks, znów wstała z popiołów. Sąd apelacyjny obniżył zakaz kandydowania do 45 miesięcy, z czego aż 30 miesięcy zawiesił. Ponieważ wymagany 15-miesięczny okres bezwzględnego zakazu zaczął biec już od zeszłorocznego orzeczenia z marca 2025 r., stało się jasne, że Marine ten wymiar kary już w pełni odbyła. Droga do Pałacu Elizejskiego została formalnie oczyszczona.
Tego samego wieczoru, 7 lipca 2026 r., Marine Le Pen pojawiła się w głównym wydaniu wiadomości stacji TF1. Zapowiedziała, że choć kieruje sprawę do Sądu Kasacyjnego, by zrzucić z siebie obowiązek noszenia elektronicznej bransolety podczas kampanii, jej decyzja jest ostateczna: w kwietniu 2027 r. po raz czwarty wystartuje w wyborach prezydenckich. Przekształciła sądową salę w kolejną scenę wielkiego narodowego teatru, a wyrok – w ostateczny dowód na to, że „kasta” panicznie boi się głosu ludu, który ona uosabia. Rolę prześladowanej przez system męczennicy rozegrała po mistrzowsku.
Choć formalnie została skazana, Francuzi widzą w niej główną faworytkę w przyszłorocznym wyścigu. I w pierwszej, i w drugiej turze.
