- Mimo wydania 34 mld zł na system ochrony ludności działa on głównie na papierze, a zawodzi w praktyce.
- Problemem są schrony i miejsca ukrycia. Choć aplikacja „Gdzie się ukryć” wskazuje ok. 82 tys. punktów schronienia dla 23 mln osób, rzeczywistych schronów jest zaledwie ok. 1,9 tys. Większość obywateli w razie zagrożenia będzie musiała korzystać z piwnic i garaży podziemnych.
- Największą słabością pozostaje ostrzeganie ludności. Było to widać chociażby po upadku rosyjskiej rakiety w Tarnawie-Kolonii w lipcu. Wówczas nie uruchomiono syren w 10 z 17 powiatów, a polecenie ich włączenia wysłano dopiero kilka minut po zdarzeniu.
- Przygotowania nie nadążają za skalą kraju. Z ochrony ludności przeszkolono ok. 1 mln osób, ale aby dotrzeć do każdego gospodarstwa domowego, trzeba objąć nimi ok. 16 mln Polaków.
Kierownictwu odpowiedzialnemu za proces wdrożenia systemu ochrony ludności i obrony cywilnej trudno wystawić więcej niż szkolną dwójkę. Nie dlatego, że państwo nic nie robi. Wręcz przeciwnie: powstają programy warte dziesiątki miliardów złotych. Problem w tym, że system bezpieczeństwa nie jest oceniany za liczbę dokumentów, lecz za to, czy i jak działa. Strażacy i urzędnicy wykonują ogromną pracę, ale nawet najbardziej zaangażowany „dół systemu” nie nadrobi braków w przywództwie, organizacji i zarządzaniu.
Już po lipcowym incydencie z rosyjską rakietą manewrującą w Tarnawie-Kolonii i problemach z ostrzeganiem było widać różnicę między ustawami i programami a faktycznym działaniem w sytuacji realnego zagrożenia. „Incydentów” jest coraz więcej, a system nadal szwankuje. Tymczasem ma on działać, gdy rakieta przekracza granicę, nadchodzi powódź, wielki pożar, awaria infrastruktury krytycznej albo trzeba w kilka minut ostrzec setki tysięcy ludzi.
Półtora roku opóźnienia
Pierwszą przyczyną słabego wdrożenia systemu ochrony ludności było odrzucenie dorobku poprzedników. W 2023 r. gotowy był projekt ustawy dotyczącej obrony cywilnej wraz z pakietem rozporządzeń, szeroko skonsultowany, zaakceptowany przez stronę samorządową na Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego i odpowiadający rekomendacjom m.in. Najwyższej Izby Kontroli.
Czytaj też: Samoloty operowały nad Polską. Wojsko wydało komunikat
Zakładał większą integrację regulacji zarządzania kryzysowego, klęsk żywiołowych i obrony cywilnej. Po wyborach z 15 października 2023 r. projekt odrzucono, powodując około półtoraroczne opóźnienie. Mimo zmian w przepisach nadal równolegle funkcjonują częściowo dublujące się ustawy i procedury, tworząc gąszcz regulacji dla samorządów, wojewodów i Państwowej Straży Pożarnej (PSP).
Drugim problemem jest brak profesjonalnego zaplecza dla wdrożenia systemu ochrony ludności obejmującego ponad 37 mln mieszkańców, tysiące jednostek administracji, służb, podmiotów leczniczych, szkół, przedsiębiorstw i organizacji społecznych. Potrzebny był interdyscyplinarny zespół ekspertów od zarządzania, projektowania systemów i wielkoskalowych wdrożeń, wspierający Rządowy Zespół Ochrony Ludności.
Planowanie centralne zderza się z realiami gmin, powiatów i służb: brakuje specjalistów, zadania nie zawsze odpowiadają możliwościom danego szczebla, a obowiązki nakładają się na przeciążony aparat publiczny.
Polska korzysta z nieodpowiednich wzorców
Największym błędem nie jest brak pieniędzy, lecz zbyt małe wykorzystanie wiedzy o wielkich systemach bezpieczeństwa. Państwo działa: powstają programy, szkolenia, zakupy sprzętu, modernizacje magazynów i łączności. Powstało, wyremontowano lub zmodernizowano 1159 magazynów, a 17 312 przedsięwzięć dotyczyło wyposażenia baz magazynowych.
Na ochronę ludności i obronę cywilną w latach 2025–2026 rząd przeznaczył około 34 mld zł, a na lata 2027–2031 zaplanował ponad 105 mld zł. To jedno z największych przedsięwzięć dotyczących bezpieczeństwa państwa.
Pieniądze, sprzęt i program nie tworzą jednak jeszcze systemu. Musi on łączyć ludzi, procedury, logistykę, szkolenia, ostrzeganie, ewakuację i miejsca schronienia, a wszystkie części powinny działać wspólnie i na czas.
Może Cię zainteresować: Poznał ją na Tinderze. Romans oficera NATO postawił służby na baczność
Polska spogląda na Finlandię i Szwecję, ale oba państwa mają populację około czterokrotnie mniejszą, a ich współczesne systemy nie przeszły realnego testu podczas kryzysu wojennego obejmującego cały kraj. Trzeba szerzej korzystać z doświadczeń regionów odpowiadających Polsce skalą.
Przykładem jest Kalifornia. W 1991 r. pożar Oakland Hills zabił 25 osób, około 150 zranił, zniszczył około 3,5 tys. domów i mieszkań oraz około 2 tys. samochodów; ewakuowano 10 tys. ludzi, a straty wyniosły 3,9 mld dolarów. Kalifornia ma około 40 mln mieszkańców oraz porównywalną z Polską skalę terytorialną i gęstość zaludnienia. Po katastrofie wdrażano zmiany, programy, wytyczne i audyty, dostępne bezpłatnie w internecie. W polskich programach i sprawozdaniu Rady Ministrów z wykonania ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej trudno znaleźć odniesienie do takich wielkoskalowych doświadczeń.
Sedno sporu nie dotyczy potrzeby odbudowy ochrony ludności, lecz tego, czy robimy to w sposób odpowiadający państwu liczącemu niemal 37 mln ludzi.
Podobnie z technologią: w programach, strategii rozwoju jednostek ochrony przeciwpożarowej i sprawozdaniach praktycznie nie ma informacji o szerokim wykorzystaniu sztucznej inteligencji do zarządzania wdrożeniem, analizowania danych, logistyki, szkoleń i modelowania kryzysów. Polska ma dobrych specjalistów – BLIK osiągnął sukces na europejskich rynkach, a Polacy rozwijają zaawansowane technologie AI – więc warto z nich korzystać.
Obok strażaków, wojskowych i urzędników potrzebni są najlepsi specjaliści od informatyki, danych, zarządzania projektami, komunikacji, psychologii, socjologii, budownictwa i logistyki. Podczas pandemii rządowi doradzali epidemiolodzy. Natomiast przy wdrażaniu obrony cywilnej nie słychać o stałym interdyscyplinarnym zespole ekspertów z tych dziedzin, a przecież od około czterech lat jesteśmy w stanie wojny hybrydowej.
Dokumenty powstają szybciej niż system
Braki widać na wielu płaszczyznach. Do końca 2025 r. miały powstać trzy ewidencje: ewidencja obrony cywilnej, Centralna Ewidencja Zasobów Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej oraz Centralna Ewidencja Obiektów Zbiorowej Ochrony. Formalnie je uruchomiono, ale projekt Programu Ochrony Ludności na lata 2027–2031 przewiduje dalsze prace jeszcze w III kwartale 2026 r. Ewidencje więc powstały, lecz nie osiągnęły pełnej sprawności, co może spowolnić budowę schronów i miejsc ukrycia.
Warto przeczytać: Rosjanie intensywnie bombardują Ukrainę. RCB wysłało alerty
Z kolei strategia rozwoju jednostek ochrony przeciwpożarowej miała powstać do końca maja 2026 r. Powstała, ale jest ogólna. Cele takie jak „optymalizacja ochrony przeciwpożarowej w kraju”, przygotowanie projektu nowelizacji albo propagowanie wiedzy nie wskazują konkretnych przepisów, problemów, wykonawcy ani terminu. Bez harmonogramu, mierników i sposobu wdrożenia pozostaje deklaracją.
Schronienie jest najsłabszym ogniwem
Nie ma prostej odpowiedzi także na pytanie: „Gdzie mam się ukryć?”. Na temat schronów mamy raporty NIK, dwie inwentaryzacje, zmianę ustawy i nazewnictwa oraz nową Centralną Ewidencję Obiektów Zbiorowej Ochrony. Sprawozdanie Rady Ministrów nie daje kompletnego obrazu zasobów.
Aplikacja „Gdzie się ukryć” zawiera około 82 tys. punktów schronienia o pojemności około 23 mln osób, czyli 62,8 proc. ludności Polski. Punkt schronienia to jednak nie schron. Inwentaryzacja PSP z lat 2022–2023 wskazywała około 1,9 tys. schronów i około 9 tys. miejsc ukrycia, a jeszcze niedawno za w miarę gotowych uznawano zaledwie ok. 1,3 tys. schronów.
Przepisy wyróżniają schrony, ukrycia i miejsca doraźnego schronienia oraz punkty schronienia. Schron jest zamknięty, hermetyczny, z filtrowentylacją albo pochłaniaczami regeneracyjnymi. Ukrycie natomiast jest niehermetyczne, a miejsce doraźnego schronienia służy tymczasowemu ukryciu. Z kolei punkt schronienia może być miejscem przydatnym do czasowego ukrycia w budynku albo innym miejscu. To ważna różnica.
Część schronów znajduje się pod budynkami administracji państwa, a miejsca ukrycia także pod szkołami i szpitalami. Szczególnym przykładem są „tysiąclatki”, budowane głównie w latach 1959–1966 w programie „Tysiąc szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego”, często z podziemnymi schronami lub ukryciami. Uczniowie mogą zejść pod szkołę, a personel i pacjenci do miejsc przy szpitalu. Ale przeciętny obywatel będzie korzystał z piwnic, garaży podziemnych, tuneli, metra, przejść i innych osłoniętych miejsc.
W zmianie tej sytuacji miały pomóc przepisy, które obowiązują od 1 stycznia 2026 r. i wymagają przygotowywania budynków wielorodzinnych, użyteczności publicznej i garaży podziemnych co najmniej do funkcji doraźnego schronienia. Eksperci wskazują jednak niejasności w nowych regulacjach. Ponadto według GUS budowa budynku wielorodzinnego trwa około 2–3 lata. A to oznacza, że wzrost miejsc doraźnego schronienia może być widoczny dopiero za około 5–6 lat.
Nie należy też przeceniać schronów przydomowych. Od 7 stycznia 2026 r. można budować wolnostojące przydomowe budowle ochronne do 35 mkw. bez pozwolenia, ale na zgłoszenie. Profesjonalny schron kosztuje od około 200 tys. zł i może chronić przed skażeniem, ale nie gwarantuje ochrony przed bezpośrednim trafieniem bombą. Tylko około 5–15 proc. Polaków ma oszczędności wynoszące ponad 100 tys. zł, a ponad 2,4 mln osób ma problemy ze spłatą zobowiązań. Dla większości prywatny schron nie jest więc realnym rozwiązaniem.
Aplikacja „Gdzie się ukryć” też ma ograniczenia. Obywatel powinien wiedzieć, czy obiekt jest dostępny, gdzie jest wejście, czy drzwi są otwarte, ile osób może wejść i jak dotrzeć. Takich informacji nie znajdziemy w aplikacji. Bez tego lepiej szybciej pobiec za innymi do tunelu czy metra, niż analizować mapę w telefonie.
Ostrzeżenie działa tylko wtedy, gdy dociera
Kolejnym wsparciem miał być „Poradnik bezpieczeństwa”, nad którym pracowało około 100 ekspertów. Całość liczy 54 strony, czyli statystycznie około pół strony na eksperta. „Poradnik bezpieczeństwa” otrzymało 74 proc. Polaków, około jedna piąta go nie dostała. Tylko 35 proc. przeczytało całość lub większość, a 56 proc. uznało, że nie zwiększył poczucia bezpieczeństwa, w tym 26 proc. stwierdziło, że „zdecydowanie nie”. Dystrybucja poradnika do milionów skrzynek nie musi więc zmieniać zachowania.
Zwłaszcza że problemem jest m.in. forma zawartych w nim treści. Instrukcja powinna opierać się na piktogramach, schematach i procedurach „krok po kroku”. Poradnik jest tymczasem w dużej części opisowy. Brakuje checklist i schematów. Dekalog podstawowych zasad, umieszczony na końcu, powinien być na początku.
Polecamy także: „WSJ”: Chińskie podmioty przekazały Iranowi zdjęcia amerykańskiej bazy
Pytanie budzi wydanie około 50 mln zł na druk i dystrybucję poradnika dostępnego w internecie, gdy części samorządów, szczególnie wiejskich, brakuje pieniędzy na bezpośrednie zadania wynikające z ustawy.
Zabrakło też skutecznej kampanii internetowej z udziałem osób cieszących się autorytetem i krótkich filmów. Zamiast tego pojawiały się nagrania ludzi deklarujących, że poradnik spalą w piecu.
Eksperci również krytykowali wiele wskazówek opisanych w poradniku. Przykład? Zalecenie dotyczące „ataku z powietrza” powinno rozróżniać osobę w domu, pracy, samochodzie, metrze i na ulicy. Zachowanie nie zawsze jest takie samo i nie zawsze należy natychmiast ewakuować się z plecakiem. Osoba na niższej kondygnacji ma inne czynności do wykonania niż człowiek na ulicy.
Sprawdź również: Trump ogłosił rozejm, który nie trwał jednego dnia. Kolejne ataki na Ukrainie
Najlepszy schron czy poradnik nie pomogą jednak bez ostrzeżenia na czas. Tymczasem z tym też jest problem. W Tarnawie-Kolonii syren nie uruchomiono w 10 z 17 powiatów województwa lubelskiego. Nie dotarł Alert RCB ani informacja z Regionalnego Systemu Ostrzegania, z którego korzysta około 400 tys. osób. MSWiA zapowiada kolejną aplikację. W 2025 r. RCB rozesłało 306 alertów: 182 pogodowe, 22 smogowe, 13 pożarowych, 40 sanitarnych, 38 dotyczących służb i 11 innych. System jest intensywnie używany, ale zawiódł przy zdarzeniu militarnym. W Tarnawie-Kolonii rakieta uderzyła około godz. 3.45, a polecenie uruchomienia syren wysłano około godz. 3.49 – cztery minuty później.
Nie ta skala
Następnym elementem systemu są szkolenia. Prowadzą je Akademia Pożarnicza, wojewodowie, samorządy, Krajowa Szkoła Administracji Publicznej, Ochotnicza Straż Pożarna i Polski Czerwony Krzyż. Obejmują ochronę ludności i obronę cywilną, przetrwanie, pierwszą pomoc, pierwszą pomoc psychologiczną oraz reagowanie na sygnały i komunikaty. Są kursy, webinary, e-learning, pikniki i treningi ogólnokrajowe. Wstępnie przeszkolono aparat urzędniczy, szczególnie samorządowców i kadrę kierowniczą Państwowej Straży Pożarnej.
Objęto nimi około 1 mln osób. Polska ma około 16 mln gospodarstw domowych. Aby więc przeszkolić po jednej osobie z każdego, trzeba dotrzeć do około 16 mln ludzi. Przy tempie około miliona osób rocznie oznacza to... 16 lat pracy.
Po kilku latach mamy około miliona osób, które w różnym stopniu zetknęły się ze szkoleniami. Do powszechnej odporności społecznej droga pozostaje długa.
Polska uruchamia finansowanie, kupuje sprzęt, remontuje magazyny, przygotowuje ewidencje, szkoli urzędników, wydaje poradniki i projektuje systemy informatyczne. Średnio wykorzystano około 82 proc. finansowania, choć w niektórych województwach mniej. W kolejnych latach będą to dziesiątki miliardów złotych. Problemem nie jest więc brak aktywności, tylko sprawczość.
Sprawny system istnieje dopiero wtedy, gdy obywatel rozpoznaje sygnał, dostaje ostrzeżenie na czas, rozumie komunikat, wie, gdzie się ukryć, potrafi udzielić pierwszej pomocy, zna procedury, a administracja i służby mają jedną odporną łączność i przećwiczone plany. Rakieta, powódź albo wielki pożar nie będą czekały na kolejny program. Nie liczy się liczba dokumentów i urządzeń, lecz to, czy system zadziała w ciągu kilku minut, kiedy zależy od niego ludzkie życie.


