- Kobiety przechodzące dziś na emeryturę dostają przeciętnie 3032 zł brutto (ok. 2695 zł na rękę), podczas gdy mężczyźni blisko 5 tys. zł – to niemal dwukrotna różnica.
- Według OECD polskie emerytury kobiet mogą w przyszłości wynosić zaledwie 22 proc. ostatniej pensji – najgorszy wynik wśród 38 rozwiniętych gospodarek obok Litwy, przy średniej OECD na poziomie 50 proc.
- Polska, obok Kolumbii, jest jedynym krajem OECD, w którym wiek emerytalny kobiet wynosi zaledwie 60 lat – w Unii Europejskiej średnio to 66,4 roku.
- Każdy dodatkowy rok pracy przed przejściem na emeryturę podnosi jej wysokość o ok. 7–12 proc. rocznie, a wydłużenie aktywności zawodowej o 5 lat może zwiększyć świadczenie kobiety nawet o 49 proc.
Dokładnie 2695 zł „do ręki". Do końca życia. Przez 25 lat. Poniżej przelewu z minimalnej pensji. Na taką „jesień życia" mogą przeciętnie liczyć Polki, które przechodzą obecnie na emeryturę. Tyle wyniosło przyznane im przez ZUS w 2025 r. średnie świadczenie (dokładnie 3032,48 zł brutto). Dla mężczyzn to blisko 5 tys. zł (4952,67 zł).
I od razu słyszę już głosy oburzenia: Jak to jest możliwe? Dlaczego politycy dopuścili do takiej sytuacji? Gdzie tu sprawiedliwość? Niestety, brutalnie mówiąc, często to same panie „skazują" się na taki los, odchodząc z rynku pracy, mając zaledwie 60 lat.
Co więcej, będzie jeszcze gorzej. Znacznie gorzej.
To właśnie wysokość świadczeń kobiet jest najważniejszym powodem, by raz jeszcze rozpocząć poważną debatę o wydłużaniu aktywności zawodowej, nie unikając tematu tabu, jakim jest wiek emerytalny.
30 lat życia w nędzy
Liczby są tutaj zastraszające. Według danych OECD Polki mogą w przyszłości liczyć na emeryturę wynoszącą, uwaga, 22 proc. ich ostatniej pensji. To najgorszy, obok Litwy, wynik wśród 38 najlepiej rozwiniętych gospodarek świata. Średnia dla OECD to 50 proc., w krajach UE 54 proc. Ponad dwa razy więcej!
A zatem obecna wysokość świadczeń przyznawanych paniom, wspomniane 3 tys. zł brutto, to dopiero rozgrzewka. Bo dojście do sytuacji 22-proc. tzw. stopy zastąpienia oznacza, że trzeba będzie przeżyć za ok. 2 tys. zł. Co więcej, przy wydłużającym się trwaniu życia będzie to oznaczać „wegetację" nie przez blisko 25 lat, ale przez ok. 30 lat. Jedna trzecia życia w warunkach biedy, jeśli nie nędzy. Perspektywa naprawdę zatrważająca.
Zobacz także: Dziemianowicz-Bąk o propozycjach emerytalnych. „Skandaliczne pomysły”
Dlaczego tak się stanie? Bo nasz system emerytalny przyznaje świadczenia z „brutalną" prostotą. Dzieli składki, jakie zgromadziliśmy w trakcie pracy w ZUS, przez ogłaszaną przez GUS statystyczną wartość długości naszego życia w momencie przechodzenia na emeryturę. Dziś dla 60-letniej kobiety wynosi ona blisko 25 lat.
Czyli w przypadku kobiet mamy tu do czynienia z podwójnym sprzężeniem, które prowadzi je do emerytalnej biedy. Po pierwsze, pracując stosunkowo krótko, do 60. roku życia, nie zdążą zgromadzić wystarczająco dużych kwot na przyszłe świadczenie. Mało lat pracy, mało składek (do tego dochodzą jeszcze przerwy związane z macierzyństwem i zwykle niższe zarobki pań) to niska kwota „kapitału" zaewidencjonowanego w ZUS.
Ale to dopiero połowa dramatu. Bo ten niewielki kapitał dzielony jest przez długi statystycznie okres, jaki pozostaje im do przeżycia. Obecnie to wspomniane już blisko 25 lat, a za parę, paręnaście lat będzie to już bliżej 30 lat. Czyli nawet jeśli zgromadziliśmy 1 mln zł na emeryturę w ZUS, to dzieląc tę kwotę przez 25 lat, otrzymamy 40 tys. zł rocznie. To daje miesięcznie 3,3 tys. zł (40 tys./12 mies.). Wydawać by się mogło, że potężna kwota 1 mln zł daje nam ok. 3 tys. zł netto.
Trójpak dla pań
Grozi nam realnie dramatyczny scenariusz życia wśród nas wielkiej liczby osób, które latami będą ledwie wiązać koniec z końcem. Czy jesteśmy gotowi, by nasze mamy, babcie, siostry borykały się latami z tak poniżającą egzystencją? Zwłaszcza że okres późnej starości, po 80. roku życia, wymaga ekstra wydatków na leki, rehabilitację czy opiekę. A możliwości zarobkowania są wtedy zerowe. Możemy oczywiście udawać, że nic się nie dzieje. Trwać w 4-letnich cyklach wyborczych, odkładając tę niechcianą rzeczywistość na później. Ale wcześniej czy później wszystkich nas ona dopadnie.
Dlatego trzeba robić, w systemie publicznym, co najmniej trzy rzeczy naraz.
Po pierwsze, wprowadzić realne zachęty do dłuższej pracy starszych osób, zwłaszcza kobiet. Wdrożony w 2022 r. tzw. PIT-0 dla seniora to dobry trop. Osoba, która nie decyduje się na odejście na emeryturę od razu, gdy ma taką możliwość, nie płaci podatku. Dzięki temu rośnie jej pensja netto, do ZUS wciąż napływają składki, rośnie też waloryzowany tam kapitał i maleje długość życia, przez jaką Zakład podzieli go, przyznając świadczenie. Efekt: emerytura jest wyższa.
Każdy rok dłuższej pracy daje ok. 7–12 proc. wyższe świadczenie. Ostatnio ciekawe wyliczenia na ten temat przedstawił w Biuletynie PPK wiceprezes ZUS Paweł Jaroszek: „Przeprowadziliśmy obliczenia na rzeczywistych (…) danych, pokazujące dla mężczyzn, jak i kobiet, co by było, gdyby opóźnić moment przejścia na emeryturę. (…) Ta odroczona emerytura byłaby prawie o połowę wyższa. Dokładnie o 49 proc. zwiększyłoby się miesięczne świadczenie kobiety, która odroczyłaby przejście na emeryturę o te 5 lat. W przypadku panów (…) aż 51 proc." Innymi słowy: wydłużenie okresu pracy o 5 lat daje o połowę wyższą emeryturę do końca życia. Zamiast 3 tys. zł robi się ponad 4,5 tys. zł. Jest się nad czym zastanawiać.
Co jeszcze można zrobić w tym obszarze? Trzeba wprowadzić mocniejsze „zachęty" do pozostawania na rynku pracy, takie jak np. premia za każdy rok dodatkowej aktywności (nawet kilkanaście tysięcy złotych wpłacanych na konto bankowe lub do ZUS na emeryturę) czy zamiana opłacanej przez seniorów składki rentowej na emerytalną. To spowoduje, że pozostanie na rynku stanie się bardziej opłacalne niż „szybkie" przejście na emeryturę (obecnie 90 proc. Polaków idzie na nią od razu, jak może, do 11 mies. od ukończenia wieku), skutkując wzrostem przyznawanych dożywotnio świadczeń i ratując od biedy wiele osób, zwłaszcza kobiety.
Premia za dzieci
Po drugie, w dobie kryzysu demograficznego trzeba iść w kierunku powiązania wysiłku rodzicielskiego kobiet z wysokością ich emerytur. Obecna sytuacja w systemie jest nieracjonalna ekonomicznie z perspektywy rodziców. Mają oni największy wpływ na jego wypłacalność (zwłaszcza rodziny wielodzietne), a są przez system dyskryminowani i karani. Przerwy w pracy czy rezygnacja z niej na rzecz dzieci powodują, że albo ich świadczenie jest niskie, albo nie otrzymują go wcale (na szczęście funkcjonuje tutaj od 2017 r. emerytura matczyna), mimo że wychowywane przez nich potomstwo pracuje na emerytury osób, które dzieci nie miały.
Trzeba tę sytuację naprawić. Co ważne, w stronę powiązania wysokości świadczeń z wysiłkiem rodzicielskim idzie coraz więcej krajów OECD. Ostatnio takie rozwiązania wprowadzili np. Czesi i Słowacy.
Może Cię zainteresować: Co dalej z wiekiem emerytalnym? Zapowiedź prezesa ZUS
Można tu wyobrazić sobie np. wprowadzenie tzw. premii za dziecko. Byłby to kapitał dopisywany kobietom do konta emerytalnego w ZUS za urodzenie drugiego i kolejnego dziecka. Mógłby wynosić kilkadziesiąt tysięcy złotych i przekładałby się na wyższe emerytury mam. Rozwiązaniem do rozważenia jest też powiązanie wychowania dzieci i ich aktywności na rynku pracy z bonusem dla starszych rodziców. Można wdrożyć odpis podatkowy od dziecka na rzecz jego rodziców/rodzica. Wzorem 1,5 proc. dla OPP dziecko mogłoby odpisywać rocznie jakąś część swojego podatku na rzecz rodziców. Takie rozwiązanie wdrożyli od 2023 r. Słowacy (tzw. rodičovský dôchodok lub rodičovský bonus).
Wiek w górę
W dalszej perspektywie, to punkt nr 3, trzeba podjąć debatę o możliwości podniesienia wieku emerytalnego w kierunku zrównania go do 65 lat dla obojga płci. Dziś Polska jest w awangardzie rozwiniętych krajów świata, jeśli chodzi o ten wiek.
Po pierwsze, nie zrównaliśmy go dla kobiet i mężczyzn, a zarówno w krajach OECD, jak i UE mężczyźni i kobiety mają prawo do skorzystania z emerytury niemal w tym samym wieku. W UE wynosi on 66,7 lat dla mężczyzn i 66,4 roku dla kobiet.
Po drugie, dla pań jest on ekstremalnie niski. Nasz kraj, obok Kolumbii, jest jedynym krajem w OECD, gdzie wynosi on do 60 lat. Kolejne 5 krajów w zestawieniu, Węgry, Luksemburg, Słowenia, Kostaryka i Turcja, ma go na poziomie 62–63 lat, a cała reszta (31 krajów) na poziomie 65 lat lub więcej. W 5 krajach OECD ten wiek może przekraczać nawet 70 lat.
Dlatego potrzebujemy poważnej rozmowy o tym wieku, zwłaszcza w odniesieniu do kobiet. Ciekawe jest, że tę rozmowę rozpoczęła ostatnio minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, wychodząc publicznie z propozycją zrównania wieku dla obu płci. Należy docenić ten gest. Tym bardziej że minister rodziny A. Dziemianowicz-Bąk mówi o zrównaniu wieku emerytalnego do… 60 lat dla kobiet i mężczyzn.
Politycy mogą oczywiście obiecać nawet złote góry do kwadratu (pani minister obiecywała już pracę przez cztery dni w tygodniu), ale trzeba spoglądać na fakty i liczby. Taki „pakiet” pani minister zrujnowałby nasz rynek pracy, finanse publiczne, pogłębiłby kryzys demograficzny, zmusił Polaków do emigracji i skazał kolejne miliony ludzi na życie w biedzie. Doprawdy ucieczka od odpowiedzialności za słowa i deklaracje oraz inflacja rozumu postępują w sferze publicznej w zastraszającym tempie.
Sprawdź również: 500 wizyt, o których pacjent nie miał pojęcia. Prokuratura podejrzewa oszustwo
Aby jednak nie doprowadzić do sytuacji jak w latach 2013 i 2017 (odpowiednio podniesienie i obniżenie wieku), trzeba dobrze ten proces przygotować i dobrze komunikować się z ludźmi, pokazując zarówno konsekwencje status quo, jak i indywidualne korzyści. Trzeba też podjąć poważną dyskusję z przedstawicielami związków zawodowych i przedsiębiorców w ramach RDS.
Ważnym elementem takiego procesu byłby wysiłek państwa, by umożliwić starszym osobom pracę w niepełnym wymiarze czasu. Chodzi o elastyczność czasu i formy wykonywania obowiązków zawodowych. Badania wskazują, że jest to istotny czynnik pozytywnie oddziałujący na gotowość do podjęcia zatrudnienia. Dotyczy to zarówno możliwości pracy na niepełny etat, jak i w trybie zdalnym.
Trzeba też pomyśleć o działaniach aktywizacyjnych dla starszych osób.
Ważne byłyby też specjalne, wygasające „premie" w formie wyższych emerytur dla tych roczników kobiet, które objęte byłyby procesem podnoszenia wieku.
Zacznijmy o tym rozmawiać
Wdrożona spokojnie, z długim vacatio legis, z odpowiednimi działaniami osłonowymi, bonusami i rekompensatami reforma związana z wydłużaniem aktywności ma szanse powodzenia. Przecież tę drogę przeszły właściwie wszystkie kraje świata, podnosząc od końca XX stulecia wiek emerytalny. Zacznijmy od zachęt do dłuższej pracy i powiązania wysokości emerytur z macierzyństwem, a później rozmawiajmy o wieku.
Nie musi to być tabu. Wcześniej czy później będziemy musieli do tego wrócić. Bo sprawa jest więcej niż poważna, zwłaszcza w długiej perspektywie wypłacalności systemu emerytalnego, niskich świadczeń i starzenia się ludności. Powinniśmy, jako wspólnota, rozpocząć poważną debatę na ten temat m.in. ze względu na to, że: jesteśmy w awangardzie krajów, które mają różny wiek emerytalny kobiet i mężczyzn, ustawowy i faktyczny wiek emerytalny pań jest niski, kobiety narażone są na ubóstwo, a nawet ekstremalny niedostatek, żyjemy coraz dłużej i trudno utrzymywać wiek odejścia z rynku pracy na dotychczasowym poziomie, w systemie finansów publicznych mamy olbrzymie napięcia, a niski wiek emerytalny kobiet może powodować ich dyskryminację na rynku pracy.
Chowanie głowy w piasek nic nie da. Pewne jest natomiast, że taka strategia spowoduje, iż kobiety na stare lata dopadnie nędza.


