Są w życiu pewne stałe i niezmienne prawidłowości. Dzieci nie chcą jeść marcheweczki, nastolatkowie słuchać swoich rodziców, a dorośli płacić podatków. Wszystkie te przykłady coś łączy. Rzeczy niepopularne i nielubiane, których robić nie chcemy i które nie sprawiają nam najmniejszej przyjemności, mają jakieś głębsze uzasadnienie.
I choć jako dzieci krzywimy się na marcheweczkę, jako nastolatkowie na rodzicielskie porady, a jako dorośli na skarbówkę, to na jakimś etapie życia zaczynamy rozumieć, że jednak były konieczne*. Z oporem, ale w końcu przyznajemy rację tym, którzy mówili, że nie zawsze to, co jest przyjemne, jest także dla nas dobre. I że to, co dobre, nie zawsze musi być przyjemne.
Demokratyczny karnawał
Jest jednak taki czas demokratycznego karnawału, czyli kampanii wyborczej, gdy rządzące na co dzień reguły zostają odwrócone. A my jako społeczeństwo i nasi reprezentanci ubiegający się o władzę zaczynamy grać w inną grę. Przez chwilę słyszymy, ba, chcemy słuchać i udajemy, że w to wierzymy, że marcheweczka to znaczy podatki są niepotrzebne i głupie. Nie trzeba ich płacić, a już na pewno nie w tej wysokości. Obniżmy je jak najbardziej się da – cóż najgorszego może się stać? A więc ci, którzy za chwilę sami będą musieli bilansować budżet i spowiadać się z ratingów kredytowych, procedur nadmiernego deficytu i rentowności obligacji, udają, że jutra nie ma. Z drugiej strony obywatele też biorą w tym karnawale udział, dając wiarę w możliwość realizacji tych obniżek i to, że składający je z nich się wywiążą. W tej sytuacji jesteśmy i dziś.
Karnawał na nowo otworzyły propozycje premiera Tuska i ministra finansów Andrzeja Domańskiego. Pomysł podniesienia II progu i zmniejszenia „klifu podatkowego” za cenę wygaszenia ryczałtowych preferencji dla najzamożniejszych JDG oraz podniesienia CIT dla najbardziej dochodowych firm jest lepszy (nawet jeśli daleki od ideału) od demagogicznych kontrpropozycji opozycji i prezydenta.
Chyba wszystkie partie zgadzają się już, że mrożenie II progu podatkowego na poziomie 120 tys. zł trzeba przerwać i złagodzić progresję dla „klasy średniej”, czyli zarabiających 10 tys. brutto miesięcznie i więcej.
Zygmuntowski: Podatkowy absurd w Polsce: ciężka praca się nie opłaca?
Jeśli nie zrobi tego Tusk, stanie się to naczelnym postulatem minister Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, prezydenta Nawrockiego… i właściwie wszystkich na opozycji. Dla rządu, który nie zrealizował wcześniej zawartej w „100 konkretach” podwyżki kwoty wolnej, sprawa nabierała przed zaplanowanymi na przyszły rok wyborami tym większej pilności. Mogłoby się bowiem okazać, że coraz więcej, ok. 14 proc. podatników na etacie, zaczyna wpadać w drugi próg akurat przed wyborami, a to miałoby swój wymierny, to znaczy liczony w procentach poparcia, skutek.
Pomysłem Domańskiego, by obniżyć podatki, a zarazem nie zwiększyć deficytu – za co też przecież krytykuje go opozycja – było jednoczesne podniesienie CIT dla firm o przychodach ponad 50 mln euro i zmniejszyć pułap, na którym firmy mogą rozliczać się na bardzo korzystnym ryczałcie. To rozwiązanie było bowiem u podstaw przemyślane dla małych działalności, jednak w praktyce, dzięki limitowi 2 mln euro (!) przychodów, ryczałt zamiast udogodnienia dla fryzjerki czy właściciela warzywniaka stał się sposobem optymalizacji podatkowej dla milionerów.
Czytaj także: Reforma podatków ulgą dla całej klasy średniej? Eksperci: Nic z tego
Po reformach Polskiego Ładu zarabiający 30 tys. zł na ryczałcie płacił w podatkach i składkach równo dwukrotnie mniejszą część wynagrodzenia (24 proc. vs 49 proc.) niż etatowiec. Mało tego: ten sam człowiek na ryczałcie płacił też wciąż mniejszą składkę zdrowotną niż pracownik zarabiający nie tyle samo, czyli 30 tys. brutto miesięcznie, ale nawet niż zarabiający średnią krajową! Według wstępnych szacunków Artura Krawczyka, eksperta podatkowego, nie ma w Europie żadnego (!) kraju, który choćby zbliżał się do podobnie wysokich limitów dla systemów ryczałtowych. Przykładowo we Francji z podobnego systemu mogą korzystać firmy dziesięciokrotnie mniejsze (do 203 tys. przychodów) niż w Polsce (wspomniane 2 mln).
Z tym trzeba było skończyć i to być może najlepszy z zapowiadanych elementów tej reformy.
Im gorzej, tym lepiej
Z drugiej strony dyskutowanie o sensowności tych rozwiązań może być pozbawione sensu. Z pałacu prezydenckiego już słychać zapowiedzi weta. A skoro ludzie prezydenta mówią, że ustawę zablokują w imię ochrony drobnego polskiego biznesu, można być prawie pewnym, że chodzi o coś odwrotnego.
Wśród firm o przychodach ponad 50 mln euro nie ma drobnych działalności, małych firm, które zbankrutują czy zamkną działalność z powodu podwyżki podatków. CIT płaci się od zysków. Podatek ten jest w Polsce na poziomie europejskiej średniej. A stawki i wpływy do budżetu niższe niż u naszych sąsiadów, choćby z Czech czy Słowacji, więc ryzyko, że firmy uciekną przed wyższym podatkiem z Polski, równie małe. Podobnie jak to, że o kilka procent wyższy CIT zablokuje np. możliwości inwestycyjne ORLENU, KGHM albo PGE. Jeśli ktoś będzie stratny, to tylko akcjonariusze tych firm, którzy mogą dostać proporcjonalnie niższą dywidendę. To raczej ich, czyli również zamożniejszą część społeczeństwa, w pierwszym szeregu ochroni ewentualne weto prezydenta.

Przed II turą wyborów Karol Nawrocki podpisał deklarację zawierającą osiem punktów, w tym m.in. zobowiązanie kandydata, że nie podpisze żadnej ustawy, podnoszącej istniejące podatki lub wprowadzającej nowe obciążenia fiskalne. (fot. Tytus Żmijewski / PAP)
A jak policzyli dziennikarze „Pulsu Biznesu”, w grupie podatników płacących najwyższy CIT względem przychodów, czyli, w skrócie, nieunikających tej formy podatku, w pierwszej piątce w Polsce są… Apple, Allianz, Profi Credit i Lasy Państwowe. Słowem: chodzi o to, żeby nie pozwolić na obniżkę podatków dochodowych dla Polaków, jeśli mieliby zapłacić za nią nawet najzamożniejsi lub przebogate spółki Skarbu Państwa. A już tym bardziej amerykańskie firmy w Polsce.
Tak więc prezydent jednocześnie krytykuje rząd za deficyt, domaga się utrzymania wysokich wydatków zbrojeniowych oraz naciska na obniżkę podatków, a następnie po kolei wetuje ustawy, które miałyby zapewnić wszystkie te rzeczy (SAFE, akcyza, opłata cukrowa, fundacje rodzinne…). To, dopóki nie zmieni się rząd, może stać się żelaznym prawem naszej polityki. Leninowskie „im gorzej, tym lepiej” jest, jak się okazuje, hasłem nieobcym i w polskim Belwederze (czy, biorąc poprawkę na letnie miesiące, raczej w rezydencji w Juracie).
Kto da więcej
Ale jako że jesteśmy w karnawale, to swoje propozycje obniżek podatków składają już wszyscy. I ścigają się, dosłownie, do dna. Albo, by ująć to inaczej, partie opozycji i prezydent tym bardziej proponują obniżki podatków, im mniej odpowiadają za budżet.
Prezydent domaga się m.in. podniesienia kwoty wolnej do 140 tys. zł i obniżenia podatków od zysków kapitałowych oraz zerowego podatku PIT dla rodzin z dwójką i więcej dzieci. Już na etapie kampanii koszty tych propozycji (nie licząc nawet postulatu podniesienia kwoty wolnej) szacowane były na 40-50 mld zł dla budżetu. Między Rozwojem+ a „starym” PiS-em także trwa licytacja na to, kto zawiesi drugi próg podatkowy wyżej.
Morawiecki proponuje 200 tys. zł, PiS-owcy „tylko” 180 tys. zł. Błyskawicznie zmieniają się definicje klasy średniej i grupy warte obrony.
Jeszcze wczoraj lekarze z ich zarobkami byli, przecież nie tylko na prawicy, najbardziej znienawidzoną grupą zawodową w Polsce. Teraz Waldemar Buda z Rozwoju+ pisze, żeby ulitować się nad, cytuję, „informatykiem na JDG, lekarzem z prywatnym gabinetem, architektem, konsultantem i agencją marketingową”, którzy wystawiają miesięczne faktury na 100 tys. zł, czyli 1,2 mln zł rocznie. „To nie są żadni giganci” – pisze Buda. Wtóruje mu Łukasz Schreiber, który przekonuje, że firma z 2 mln euro przychodu to „mały przedsiębiorca z definicji”. Daleko ex-PiS-owcy odlecieli od socjalnych i solidarystycznych korzeni.
Kalkulator podatkowy, który zaproponowało stowarzyszenie Rozwój+, zaczyna się od kwoty 10 tys. brutto (to najmniejszy pułap), choć większość Polaków nie zarabia nawet tej kwoty. Obniżki podatków Rozwoju+ kosztowałyby we wstępnych szacunkach 20 mld zł i w większości trafiłyby do zamożniejszej części etatowców i jednoosobowych działalności. Na tym tle na umiarkowaną wygląda propozycja PiS, który chce zachowania obecnych stawek podatku, tylko podniesienia progu, tyle tylko że według innych szacunków to z kolei oznaczałoby dla budżetu ubytek 25 mld zł. Z braku czasu i z szacunku do cierpliwości czytelników nie analizuję nawet pomysłów Konfederacji Mentzena i Brauna, bo są tak radykalne, jak mało konkretne i odległe od realizacji.
Czytaj także:
Propozycje rządu uderzają w firmy? „Podatkowe dyskryminowanie”
Cóż szkodzi obiecać
Wszystkie te propozycje mają jednak to wspólnego, że składają je ludzie, którzy mogą obiecać bardzo dużo, bo nie rządzą i nie odpowiadają za budżet. W praktyce, to aż dziwne, że nikt nie zszedł jeszcze do tego poziomu. Nic nie blokuje opozycji przed domaganiem się 0 proc. stawki PIT i CIT oraz rozliczania rządu z tego, że nie podpisał podobnej ustawy, pomimo że ją złożyli. Prezydent za budżet nie odpowiada z definicji, więc może samodzielnie proponować obniżki podatków, zwiększenie nakładów na zbrojenia i podwyżkę emerytur, a następnie do woli wyżywać się na rządzie za to, że rośnie dług publiczny i koszt jego obsługi.
Cóż innego zresztą robiła sama PO, gdy była w opozycji, jak nie to właśnie? Stąd wzięła się propozycja podniesienia kwoty wolnej i obniżek składek, która dziś dogania ich przed kolejnymi wyborami. Są to jednak obietnice na cudzy rachunek. Gdy przyjdzie do rządów dowolnej konfiguracji różnych PiS-ów i różnych Konfederacji, przyjdzie się z nich wypłacić. A raczej nie wypłacić.
Brytyjska premier za podobne rzeczy straciła urząd w dwa tygodnie, gdy rynki finansowe oceniły jej rujnujące dla budżetu propozycje. W Polsce, w miarę starzejącego się społeczeństwa i zabetonowanych wydatków zbrojeniowych, będzie podobnie. Stosunkowo łatwe budżetowe cięcia w rodzaju zabierania socjalu Ukraińcom i cięcia budżetu w Ministerstwie Kultury nie wystarczą nawet na podwyżkę progu w podatku Belki (7 mld zł). Nie mówiąc o jednorazowych cięciach wartych połowę albo i więcej wydatków na całą politykę rodzinną (800+ i wszystkie świadczenia rodzinne razem wzięte są wciąż tańsze niż obietnice prezydenta Nawrockiego z kampanii, co oznacza, że nie udałoby się ich zrealizować bez zwiększania deficytu nawet po likwidacji 800+).
Agencja podała rating Polski. Znamy prognozy deficytu i PKB
Worek z prezentami
A i tu dochodzimy do rzeczy ostatniej. Nawet zakładając, że kolejne ekipy zaproponują sensowne propozycje, to dziś mała i zdeterminowana grupa krzykaczy na X (dawnym Twitterze) jest w stanie wykoleić je w jeden dzień. Nieważne, czy dana propozycja jest korzystna dla większości Polaków, czy nie, czy uderza w polskie czy zagraniczne firmy, czy ma dalekosiężne dobre skutki albo zwalcza najgorsze patologie. Jeśli w określonym czasie wystarczająco duża grupa ludzi będzie krzyczeć, że idzie podwyżka podatków, która zamorduje polski biznes, to dziś wystarczy, by zablokować (przy pomocy prezydenta albo i bez) każdą reformę.
Przekonał się o tym i Mateusz Morawiecki w swoim czasie, gdy Polski Ład został oprotestowany, a następnie popsuty „poprawkami”, które zaburzały oryginalny charakter reformy, a które wymyślili kolejni lobbyści i krzykacze właśnie. Dziś przekonuje się o tym Andrzej Domański. Jeden dzień – tyle było trzeba czasu, by z co do zasady niedoskonałej, ale jednak obniżki podatków zrobić w internecie jej podwyżkę i prawdopodobnie ją zablokować. Czy gdy zmieni się władza, będzie inaczej?
Rację ma (cytowany już) Artur Krawczyk, gdy pisze, że jedną z podstawowych wad polskiego systemu jest właśnie to, że podatki nie są traktowane jako filar państwa, ale worek z prezentami, który należy regularnie otwierać. Dokładnie z tego bierze się także jego skomplikowanie. Jeśli każdą reformę, sensowną lub nie, trzeba opakować w prezenty dla różnych grup, by jej nie zablokowały, efektem jest dalsze dziurawienie systemu i wyszarpywanie sobie więcej przez jednych kosztem innych. To później jest „załatwiane” przez kolejne ulgi i prezenty, którym nie ma końca, a system nie robi się od tego tańszy, bo państwo nie może tak po prostu wydatków obciąć, tylko bardziej zawiły.
I tu wracamy do naszego karnawału i marcheweczki. Można ludziom obiecywać, że mogą jeść tylko słodycze i darować sobie marchewkę, skoro tego wolą słuchać. Można nawet obiecywać, że przejdziemy na dietę z samych słodkości, a tych od marcheweczki zamkniemy do więzienia. Tylko że nie można (na dłuższą metę) robić tego bez konsekwencji. Karnawał też się skończy. I jak to na karnawał przystało, zamianą ról.
*Z tą zasadniczą różnicą oczywiście, że koszt niejedzenia marcheweczki czy błędów wieku nastoletniego spada najpierw najczęściej na jednostkę i ponosimy go indywidualnie, tak rachunek za niezapłacone podatki i dysfunkcję państwa jest uspołeczniony i rozłożony na wszystkich.


