Rząd bierze się za wdrożenie unijnej dyrektywy w sprawie pracy za pośrednictwem platform z użyciem aplikacji. Szefowa resortu pracy, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, podkreśla: zwiększamy ochronę pracowników i gwarantujemy im należne prawa. Czy dzięki tzw. ustawie platformowej firmy takie, jak Pyszne.pl, Glovo czy Uber zaczną zatrudniać na etacie? I jakie to będzie miało skutki dla gospodarki?

- Projekt ustawy platformowej został wpisany do wykazu prac legislacyjnych rządu. Jeszcze w tym tygodniu trafi do konsultacji publicznych.
- Szefowa MRPiPS, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, w przesłanym Zero.pl oświadczeniu podkreśla, że projekt ma na celu zapewnienie większej ochrony pracowniczej osób, które świadczą pracę za pomocą cyfrowych platform – takich jak Uber, Glovo czy Pyszne.pl.
- Zmiany w prawie mają też zapobiec sytuacjom, w których kluczowe decyzje dotyczące pracowników platform podejmują algorytmy.
- – Wielu przedsiębiorców znajduje luki w prawie i przerzuca ryzyko i koszty działalności na swoich pracowników – mówi działaczka związkowa Magdalena Madzia.
- Eksperci podkreślają, że ucywilizowanie pracy platformowej na pewno będzie z korzyścią dla pracowników. Ale ich zdaniem nowe regulacje mogą też negatywnie odbić się na gospodarce i rynku pracy.
Projekt ustawy o wykonywaniu pracy za pośrednictwem cyfrowych platform pracy – potocznie zwanej ustawą platformową – został 4 sierpnia opublikowany w wykazie prac rządu. Jak przekazało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, jeszcze w tym tygodniu trafi on do konsultacji publicznych.
Rząd chce uregulować pracę platformową
Tym samym rząd Donalda Tuska przyspiesza prace nad wdrożeniem do polskiego porządku prawnego unijnej dyrektywy, która ma wzmocnić ochronę osób pracujących za pośrednictwem platform cyfrowych z wykorzystaniem aplikacji.
– Szacuje się, że w Polsce nawet kilkaset tysięcy osób pracuje za pośrednictwem cyfrowych platform pracy – mówi szefowa MRPiPS, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, w komunikacie przesłanym Zero.pl. Jak dodaje, wśród tych osób są nie tylko kurierzy czy kierowcy, ale też np. księgowi i tłumacze. Podkreśla przy tym, że nie ma rzetelnych danych, które pozwoliłyby określić liczbę pracowników „platformowych”.
I właśnie to ma się zmienić. – Platformy cyfrowe będą miały obowiązek raportowania, informowania Państwowej Inspekcji Pracy o osobach, które wykonują pracę na rzecz takiej platformy – mówi ministra. Ale na tym nie koniec.
– Ustawa wprowadzi łatwiejszą ścieżkę ustalania stosunku pracy i gwarantowania osobom, które świadczą pracę za pośrednictwem cyfrowych platform, prawnej ochrony wykonywanej przez nich pracy – mówi Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.
– Kolejna istotna kwestia, zarówno w dyrektywie platformowej, jak i w ustawie ją wdrażającej, to kontrola nad algorytmami – dodaje. – Dziś pracę pracowników cyfrowych, pracowników platform, bardzo często kontrolują algorytmy, które czasem bez udziału człowieka decydują o ocenie pracy danego kuriera, kierowcy, księgowego czy tłumaczki; decydować mogą także o rozwiązaniu czy zakończeniu współpracy z taką osobą.
Minister zaznacza, że jest to niedopuszczalne zarówno w ocenie Unii Europejskiej, jak i polskiego rządu. – I dlatego ustawa platformowa będzie wskazywała konieczną obecność czynnika ludzkiego w podejmowaniu kluczowych decyzji w odniesieniu do osób tak pracujących.
MRPiPS zwraca także uwagę na dwuetapowość zwiększania ochrony pracowników świadczących pracę za pośrednictwem platform.
– W pierwszej kolejności wdrożyliśmy ustawę o Państwowej Inspekcji Pracy, która pozwoliła PIP na prowadzenie postępowań administracyjnych w celu zapewnienia umowy o pracę, ustalenia istnienia stosunku pracy – przypomina Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. – Przed wprowadzeniem tych zmian jedyną właściwą ścieżką do uzyskania umowy o pracę była ścieżka sądowa: kiedy pracownik czuł się pokrzywdzony, uważał, że należy mu się umowa o pracę, musiał udać się do sądu.
– Drugim krokiem wzmocnienia ochrony pracowników platformowych jest właśnie wdrożenie do krajowych przepisów dyrektywy platformowej – podsumowuje.
Dla platform działających na polskim rynku – Glovo, Ubera czy Pyszne.pl – oznacza to prawdziwą rewolucję, podobnie jak wspomniana reforma PIP. Głośno było o niedawnej decyzji Pyszne.pl o rozwiązaniu umów z ok. 5 tys. kurierów w całej Polsce i zaproponowaniu im pracy u partnerów flotowych, na innych warunkach. Nie brakowało opinii, że to ucieczka przed nowymi przepisami, które dały PIP możliwość przekształcania umów cywilnoprawnych w etaty.
Ten swoisty „outsourcing” sprawił, że kurierzy zrzeszeni w OPZZ Konfederacja Pracy zaapelowali do rządu o o przyspieszenie prac nad wdrożeniem dyrektywy o pracy platformowej. Poprosili też o interwencję prezydenta. Wyrażali przy tym obawę, że po przejściu do partnerów flotowych nie będą już wynagradzani na podstawie stawki godzinowej, ale wyłącznie za zrealizowane dostawy.
Pyszne.pl wywraca swój model do góry nogami. Kurierzy się boją i biją na alarm
Działaczka związkowa o „firmach krzakach”
– Cała Polska jest pełna takich outsource'ujących firm krzaków, które służą wyłącznie optymalizacji kosztów. I to one teraz będą zatrudniać ludzi na zlecenia – tak komentuje sytuację w Pyszne.pl Magdalena Madzia, działaczka Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza Podbeskidzie.
– To nic innego, jak jawna dyskryminacja warunków pracy i płacy osób, które realnie pozostają w stosunku pracy – dodaje.
– Wielu przedsiębiorców znajduje luki w prawie i przerzuca ryzyko i koszty działalności na swoich pracowników – wskazuje działaczka. – Pracujące osoby nie są szkolone w BHP, nie są ubezpieczone, w razie wypadku zostają i bez zasiłku państwowego, i bez wynagrodzenia, a często nawet same muszą pokrywać koszty naprawy sprzętu, w tym pojazdów.
Temu właśnie ma położyć kres ustawa platformowa. Nasz kraj, podobnie jak inne państwa członkowskie UE, ma czas na wdrożenie unijnej dyrektywy do grudnia 2026 r.
Ekspert: Po drugiej stronie jest wolność podpisywania umów
Bartosz Marczuk, ekspert Instytutu Sobieskiego, który w latach 2015–2018 był wiceministrem rodziny, pracy i polityki społecznej, w rozmowie z Zero.pl podkreśla, że polski rynek pracy mocno ucywilizował się przez ostatnich 15 lat w porównaniu z trudną sytuacją pracowników w latach 90. czy na początku lat dwutysięcznych. – Wśród bardzo dobrych reform, które udało się przeprowadzić, było określenie minimalnej stawki godzinowej, a także wprowadzenie maksymalnego limitu 33 miesięcy zatrudnienia na czas określony – wskazuje.
Zdaniem Bartosza Marczuka, warto w tym kontekście zadać pytanie, czy nowe regulacje nie zaburzą równowagi istniejącej na rynku pracy. – Chodzi o to, by nie przesadzić w żadną ze stron. Zawsze trzeba brać pod uwagę różne koszty, ewentualne straty, ale też korzyści i zalety.
– Korzyścią będzie niewątpliwie to, że będziemy cywilizować rynek pracy związanej ze świadczeniem usług poprzez platformy. Po drugiej stronie jest jednak wolność podpisywania umów i to, na ile państwo powinno to regulować, a w mojej ocenie obecne kierownictwo resortu pracy ma tendencję do nadregulacji.
Bartosz Marczuk, Instytut Sobieskiego
– Jeśli zapytać taksówkarza, czy woli umowę o pracę, czy pracę w ramach działalności – bo w końcu ma swój samochód, daje swój czas, nie ma normowanych godzin pracy – to może okazać się, że niekoniecznie będzie mu zależało na tym etacie.
Zdaniem eksperta Instytutu Sobieskiego, warto zadać też pytanie o to, na ile nowe regulacje zwiększą ogólne koszty gospodarcze. – W tym koszty ponoszone przez nas, czyli konsumentów. My się bardzo denerwujemy, kiedy musimy zapłacić ciut więcej, ale nadmierne obciążenia biurokratyczno-administracyjne dla firm siłą rzeczy wpływają na ceny usług, które te firmy oferują. Poza tym wpływają one także na konkurencyjność gospodarki – i tu już musimy sami stwierdzić, czy chcemy gospodarki elastycznej, zwinnej, z której jesteśmy dumni, czy też przeregulowanej. To prowadzi do pytania, na ile państwo powinno wchodzić z interwencją i czy nie stłumi przy okazji ducha przedsiębiorczości, z którym żyjemy od 35 lat.
Bartosz Marczuk obawia się też, że osoby, które z jakichś powodów (np. ze względu na wiek) nie mogły znaleźć pracy i zdecydowały się świadczyć usługi na platformie, po zmianach odpłyną z rynku i skierują się prosto do pośredniaka. – Taka osoba była zadowolona, bo płaciła zryczałtowane składki ZUS, zarabiała lub po prostu dorabiała. Zmiana warunków pracy, oznaczająca mniejszą elastyczność, może skłonić ją do porzucenia platformy. Zostanie wtedy bez zajęcia i może zasilić statystyki bezrobotnych.
– Trzeba delikatnie ważyć racje po obu stronach – podsumowuje.
Czy kodeks pracy nadąża za cyfrową rzeczywistością?
Także Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP, ma wątpliwości, czy formy świadczenia pracy, które wytworzyły się wraz z rozwojem nowych technologii, da się – jak mówi – wtłoczyć w ramy kodeksu pracy.
– Osoby, które wykonują usługi lub zlecenia za pośrednictwem platform, nie deklarują z góry dostępności przez 8 godzin. Logują się w aplikacji i wtedy niejako mówią: jestem do dyspozycji. Wówczas system przydziela im zlecenia – albo i nie, bo tych zleceń może akurat nie być. Istotne jest to, że ten system daje im elastyczność, jednocześnie tej elastyczności wymagając.
– A elastyczność jest bardzo potrzebna w całej gospodarce. Producenci bombek zatrudniają pracowników przed świętami, firmy kurierskie przed świątecznym szczytem paczkowym, właściciele sadów wtedy, kiedy rodzą drzewa, a hotelarze w okresie wakacji. Cała gospodarka jest z tego złożona. Ogromna część pracy wiąże się z zapotrzebowaniem zmiennym, sezonowym. W związku z tym nie każdy ma ten przywilej, że idzie rano do biura na 8 godzin.
Kamil Sobolewski, Pracodawcy RP
Nasz rozmówca podkreśla jeszcze jeden aspekt tej elastyczności. – Umożliwia ona dorabianie w dogodnym czasie. Najważniejszy jest tutaj wybór: kierowca taksówki może np. stwierdzić, że zaloguje się do aplikacji w sobotę wieczorem, kiedy jest większe zapotrzebowanie na usługi przewozowe, a więc większe możliwości zarobku. Poświęci na to swój wolny czas – ale będzie to jego decyzja.
Wolą kasę od legitymacji, czyli jak w Warszawie „odpolityczniono” spółki
– Nie wszyscy ludzie są dostępni w tym samym czasie i rytmie, i dobrze, że stworzyliśmy narzędzia, które optymalizują wykorzystanie ludzkiego czasu – mówi Kamil Sobolewski. – Stąd pewne obawy, że próba wpasowania ich w ramy kodeksu pracy może nas kosztować utratę efektywności gospodarki, a z punktu widzenia konsumenta sprawi, że będzie czekał on dłużej na taksówkę czy na jedzenie.

