Nauka

Sieć Badawcza Łukasiewicz, czyli wielka nauka w małych rękach polityków

Największa polska organizacja badawczo-biznesowa nosi nazwisko człowieka kojarzącego się z wynalazczością i skokiem cywilizacyjnym. Tym bardziej przykro patrzeć, jak to nazwisko firmuje dziś opowieść o państwie, które z jednej strony marzy o przełomie technologicznym, a z drugiej nie potrafi wyrwać się z nawyku traktowania publicznych instytucji jak kadrowej przystani dla zwycięzców wyborów.

Patryk Słowik
Opinia autorstwa: Patryk Słowik
Dzisiaj 06:12
6 min
W traktowaniu Sieci Badawczej Łukasiewicz przez poprzednią i obecną władzę nie szukajmy fałszywej symetrii. Poprzednicy, co by o nich nie mówić, zatrudnili naukowców. (fot. Shutterstock/Eastnews Marek Bazak)

Można rozliczać poprzedników. A jeżeli były nieprawidłowości, wręcz należy to robić. Ale rozliczanie nie może stanowić alibi dla własnego zawłaszczania. Nie może być tak, że ekipa, która przyszła pod hasłem odpartyjnienia, wprowadza swoich politycznych kompanów jeszcze szybciej.

Sieć Badawcza Łukasiewicz powinna być miejscem, w którym polityk jest gościem, co najwyżej podziwia sukcesy osiągane w laboratorium. Tymczasem dziś to laboratorium jest jednym z pokoi w partyjnym biurze.

I w takiej sytuacji nie dziwmy się, że zamiast innowacji mamy afery, a zamiast patentów — powszechne przekonanie, że czołowa w teorii sieć badawcza w Europie jest wyłącznie kolejną synekurą.

Przeczytaj nasze teksty, które powstały w ramach cyklu „Sieć Powiązań Łukasiewicz”:

Reklama
Reklama

Uwaga skupiona na poprzednikach

Dziś w Zero.pl opisujemy w szczegółach to, czym stała się Sieć Badawcza Łukasiewicz. Miała bowiem być polską odpowiedzią na pytania, jak pożenić laboratorium z fabryką, a publiczne pieniądze z realnym zyskiem dla gospodarki. I w teorii brzmi to pięknie: tysiące naukowców i inżynierów, technologie dla biznesu, obronności, energetyki, przemysłu i nowoczesnego państwa. Sama sieć chwali się, że jest jedną z czołowych sieci badawczych w Europie, złożoną z 22 instytutów i 7 tys. pracowników. A w praktyce: mało kto w Polsce o Łukasiewiczu słyszał.

W ramach przygotowywania materiału zwróciliśmy się o stanowisko do obecnych władz sieci. I z odpowiedzi wynika, że o wiele mniej uwagi poświęcają swoim osiągnięciom niżeli ocenianiu poprzedników.

Nawet jeśli przyjąć, że w każdym słowie Hubert Cichocki, prezes Łukasiewicza (przyszedł do sieci z polityki, był wiceprezesem Centrum dla Polski, niewielkiej partii związanej z Polskim Stronnictwem Ludowym), właściwie ocenia Andrzeja Dybczyńskiego, byłego prezesa Łukasiewicza, to nie oznacza to bynajmniej, że dziś z siecią jest wszystko w porządku. A tym samym słowa Cichockiego stają się pustosłowiem, bo jego podstawowym zadaniem jest dbać o rozwój instytucji.

Reklama
Reklama

Długa seria skandali

Można oczywiście dać się wciągnąć w personalny spór Cichockiego z Dybczyńskim. Można rozstrzygnąć, kto więcej zarabiał, komu przysługuje prawo do odprawy, a komu nie, kto kogo skuteczniej „rozlicza”. Tyle że naprawdę w tworzeniu porządnego państwa nie o to – a przynajmniej nie przede wszystkim o to – chodzi. Istotą powinno być to, by największa organizacja badawcza w Polsce i jedna z największych w Europie nie była kolejnym łupem w systemie politycznego rozdawnictwa.

A, niestety, stała się. Jeśli ktoś nie wierzy, służę konkretnymi przykładami. Tak się bowiem składa, że od kilku lat z Pawłem Figurskim, moim kolegą z Zero.pl, uważnie przyglądamy się działalności Sieci Badawczej Łukasiewicz.

Najbardziej symboliczna była sprawa Instytutu Lotnictwa. Jednostka zajmująca się technologiami wojskowymi, kosmicznymi i lotniczymi to nie miejsce na eksperymenty kadrowe. A jednak szefa tej jednostki, bezpartyjnego eksperta Pawła Stężyckiego, miał zastąpić Tomasz Szymczak, członek Koalicji Obywatelskiej, który sam przyznawał, że nie jest ekspertem od technologii. Jak ustaliliśmy z Pawłem Figurskim i opisaliśmy jeszcze na łamach Wirtualnej Polski, 10 członków Rady Instytutu Lotnictwa zagłosowało przeciw kandydaturze Szymczaka, dwóch się wstrzymało, nikt nie był za. A mimo to został on powołany na stanowisko przez Huberta Cichockiego. Po naszej publikacji wybuchła burza, a Szymczak po zaledwie kilku dniach złożył rezygnację.

Inny przykład to zatrudnienie Bartłomieja Ciążyńskiego, polityka Nowej Lewicy, w Polskim Ośrodku Rozwoju Technologii należącym do sieci. Ciążyński objął stanowisko wicedyrektora ds. komercjalizacji. Jego była szefowa, prof. Alicja Bachmatiuk, przyznała, że polecono jej zatrudnić polityka. Dostał wynagrodzenie w wysokości niemal 40 tys. zł miesięcznie, służbowy samochód i kartę paliwową. A następnie – co opisaliśmy z Pawłem Figurskim – podczas prywatnych wakacji korzystał ze służbowego auta i tankował służbową kartą. Dziś odpowiada za to przed sądem, bo prokuratura po naszym tekście go oskarżyła.

Reklama
Reklama

Kolejny przypadek: Mateusz Tyczyński, polityk Koalicji Obywatelskiej, przewodniczący Rady Miejskiej w Radomiu, były wiceprezydent Radomia. Zatrudniono go na stanowisku dyrektora ds. komercjalizacji w Instytucie Technologii Eksploatacji wchodzącym w skład ogólnopolskiej Sieci Badawczej Łukasiewicz. I trudno się tej rekrutacji dziwić, bo szefem Tyczyńskiego był nie kto inny jak kolega z rady miejskiej, polityk Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Tyczyński był ze znajomymi na meczu o Superpuchar Europy, który zorganizowano na Stadionie Narodowym. Pił alkohol, choć zapewnił nas, że mało. Został wyprowadzony przez grupę interwencyjną ochrony za robienie burd.

Każdą z tych spraw można próbować tłumaczyć osobno. Raz błędem kadrowym, raz politycznym przypadkiem, raz niefortunnym incydentem. Ale przecież to ani błąd, ani przypadek. To metoda: zatrudnianie ludzi bez potrzebnych na danym stanowisku kompetencji, za to silnych politycznie.

Wstyd dla Łukasiewicza

W traktowaniu Sieci Badawczej Łukasiewicz przez poprzednią i obecną władzę nie szukajmy fałszywej symetrii. Poprzednicy, co by o nich nie mówić, zatrudnili naukowców. Wielu z nich ściągnięto z zagranicy. Wspomniana Alicja Bachmatiuk, wybitna chemiczka, mogłaby swoimi osiągnięciami obdzielić całe kierownictwo sieci, a jeszcze by jej sporo zostało. O Pawła Stężyckiego, któremu podziękowano w Instytucie Lotnictwa, zabijały się największe firmy na świecie. Stężycki wybrał Zjednoczone Emiraty Arabskie na miejsce swojej pracy.

Reklama
Reklama

– Już mi nikt nie wmówi, że w Polsce da się. Nie da się. Czasem, gdy rozmawiam z młodymi naukowcami, mówię im: wyjeżdżajcie. Trzeba dołączać do najlepszych, jeśli jest szansa – mówi w wywiadzie z Zero.pl Alicja Bachmatiuk.

W imię partyjnych interesów i prywatnych interesików doprowadzono do degradacji instytucji, która mogłaby przynosić Polsce chwałę. Ignacy Łukasiewicz wstydziłby się być patronem czegoś takiego.

Źródło: Zero.pl