Nie wiem, co powiedziałby dzisiaj Ignacy Łukasiewicz, gdyby stanął przed prezesem Hubertem Cichockim czy ministrem Marcinem Kulaskiem. Nie wiem, co powiedziałby Donaldowi Tuskowi. Podejrzewam, że nie powiedziałby nic. Odwróciłby się i odszedł.
Ale my musimy wierzyć, że wróci.
Powstanie Sieci Badawczej Łukasiewicz było projektem, który miał stworzyć w Polsce organizację badawczą będącą jednym z silników naszej gospodarki. Było próbą pójścia tą ścieżką, którą szli wcześniej Niemcy, Amerykanie, Finowie, Francuzi, Tajwańczycy czy Koreańczycy, tworząc odpowiednio Fraunhofera, NIST, VTT, CEA, ITRI czy KIST.
Jak powstała sieć
Łukasiewicza utworzyły instytuty badawcze, które od wielu dziesięcioleci – z jednym, wrocławskim wyjątkiem – współpracowały z polskim przemysłem, stanowiąc jego zaplecze naukowe i technologiczne. W 2018 roku rząd uznał, że na bazie pozostałych instytutów można zacząć budować w Polsce nową organizację zajmującą się badaniami aplikacyjnymi i wdrażaniem rozwiązań naukowych do polskiej gospodarki.
Łukasiewicz miał dać technologie polskim firmom. Miał pomóc Polsce przekroczyć pułapkę średniego wzrostu i wejść na kolejny etap rozwoju, na którym to już nie tania siła robocza i środki unijne, lecz innowacyjna gospodarka wsparta nowoczesną organizacją technologiczną tworzą dobrobyt kraju.
Przeczytaj nasze teksty, które powstały w ramach cyklu „Sieć Powiązań Łukasiewicz”:
- Inwazja polityków na sieć badawczą. We władzach asystent Dariusza Jońskiego i historyk z PSL
- Znamy wynagrodzenia zarządzających Siecią Badawczą Łukasiewicz. Próbowano je ukryć
- Piraci z Łukasiewicza i czarna dziura nauki. Jak powstaje polski satelita „z pozłacanymi klamkami”
- Wątpliwe przetargi i milionowe straty. Instytut Elektrotechniki pod lupą prokuratury
- „Już mi nikt nie wmówi, że w Polsce da się”. Znana chemiczka pakuje walizki i leci do Azji
- Sieć Badawcza Łukasiewicz, czyli wielka nauka w małych rękach polityków
Pierwsze pięć lat Łukasiewicza to okres tworzenia organizacji, nadawania jej tożsamości, konsolidacji instytutów, tworzenia ładu korporacyjnego i próby uruchamiania pierwszych koordynowanych, wieloletnich programów badawczych. To również okres, w którym politycy Łukasiewiczem niespecjalnie się interesowali, choć jego pierwszy prezes o względy polityków zabiegał, a drugi z odwzajemnianą nieufnością ich akceptował.
Początek roku 2024 dla bardzo wielu osób popierających nowo utworzony rząd oznaczał nadzieję na odpolitycznienie i profesjonalizację wielu publicznych instytucji. Z takimi hasłami do wyborów szła wszak koalicja, którą nazywam „Koalicją 14 listopada”. Jak to symetrysta, żeby nie drażnić ani piętnastopaździernikowców, ani trzynastogrudniowców.
O Łukasiewicza się nie bałem. Gdy zostałem jego prezesem, to ku mojemu miłemu zaskoczeniu przed interwencjami polityków nie musiałem organizacji szczególnie bronić, a swobodą dyskusji między pracownikami mogłem się tylko cieszyć. Połajanki Ani i Ksawerego, wspierających Platformę Obywatelską, oraz Kasi, głosującej na Lewicę, zwolennicy PiS-u znosili ze znacznie większym humorem, niż znosiłbym ja. A podając sobie w kuchni cukier, nie dosypywali do niego cykuty.
Dzisiaj Ani, Ksawerego i Kasi w Łukasiewiczu już nie ma. Wylecieli z roboty w 2024 roku, bo trzeba było zrobić miejsce dla ludzi z PSL. Z Lewicy i Platformy też. Donald Tusk, Władysław Kosiniak-Kamysz i Włodzimierz Czarzasty powinni zobaczyć gorycz ludzi, którzy tak bardzo ich obietnicom wierzyli i na nich głosowali. A potem stracili pracę.
Niszczenie Łukasiewicza
By Łukasiewicza móc odbudować, trzeba najpierw wyjaśnić, jak Łukasiewicz był niszczony i co tak naprawdę uległo zniszczeniu. Bo niszczenie organizacji naukowej nie polega na ogłaszaniu fikcyjnych programów badawczych, podpisywaniu bezwartościowych listów intencyjnych, wsadzaniu na stanowiska politycznych kumpli czy wydawaniu milionów złotych na media i zlecenia dla politycznych przyjaciół.
Niszczenie organizacji naukowej to proces poważniejszy i głębszy. Żeby go zrozumieć, trzeba pojąć, czym organizacja naukowa jest, a czym nie jest.
Organizacja naukowa to nie są najnowocześniejsze mikroskopy i akceleratory cząstek. To nie są budynki czy budżety liczone w dziesiątkach miliardów dolarów. Organizacja naukowa to przede wszystkim ludzie. Jeśli nie będziecie mieli utalentowanych, zmotywowanych, oddanych swej pasji naukowców, to nie zbudujecie żadnej organizacji naukowej.
Czy Polska mogłaby nie spłacać SAFE? Rozkładamy teorię na czynniki pierwsze
Zrozumiała to Arabia Saudyjska, gdy dziesiątki miliardów dolarów inwestowanych w najnowocześniejsze centra naukowe nie pomogły stworzyć silnej krajowej nauki. Rozumieli to Chińczycy, rozpoczynając swój naukowy skok nie od budowy najnowszych laboratoriów, lecz od kształcenia studentów w najlepszych uczelniach świata. Zrozumiałem to nawet ja, gdy w 2018 roku powierzono mi rozwiązanie problemu najnowocześniejszego ośrodka naukowego w Polsce, który stał niemal pusty.
Zniszczenie Łukasiewicza to przede wszystkim zniszczenie zaufania naukowców do Łukasiewicza jako organizacji naukowej, a nie politycznej. Zaufanie to upadało stopniowo, jak kostki domina.
Zaskakujące nominacje
Pierwszą kostką, która upadła, wcale nie była sama zmiana prezesa po wyborach w 2023 roku, pomimo ustawowej kadencji. Gdy w lutym 2024 roku składałem rezygnację na ręce nowego ministra nauki, Dariusza Wieczorka, była to niechciana przeze mnie, osobiście przykra, ale dla osoby tak bardzo związanej z Łukasiewiczem jak ja – naturalna konsekwencja zmiany władzy. Łukasiewicz nie jest w stanie rozwijać się i funkcjonować w sytuacji niechęci ministra wobec prezesa, więc obowiązkiem prezesa jest odejść. Po to, by nowy prezes mógł dzięki wsparciu ministra organizację dalej rozwijać.
Pierwszą kostką domina, która upadła, był wybór osoby nowego prezesa. Na to stanowisko minister Wieczorek powołał nie naukowca i nie menadżera nauki – lecz młodego polityka, wiceprezesa Centrum dla Polski, jednej z politycznych partii orbitujących wokół PSL. Rzeczywiści zwierzchnicy polityczni nowego prezesa to senator Kazimierz Michał Ujazdowski i poseł Ireneusz Raś. Tajemnice tej zaskakującej nominacji oraz koalicyjnego podziału łupów minister Wieczorek pewnego dnia zabierze ze sobą do opozycji. Organizacja dostała jednak nowego szefa i z zaskoczeniem próbowała się dowiedzieć, kim on jest, jakie ma doświadczenie i czego można się po nim spodziewać.
I w tym momencie padła druga kostka domina. Całe polskie środowisko naukowe, ci wszyscy rektorzy, prezesi, przewodniczący, tak wiele mówiący na co dzień o autonomii nauki, o destrukcyjnym wpływie polityków na instytucje naukowe – odwrócili wzrok. Tak po prostu zmilczeli fakt, że największą polską instytucję naukową obejmuje osoba nie tylko nieposiadająca żadnego istotnego dorobku naukowego czy menadżerskiego, ale wprost będąca wiceprezesem koalicyjnej partii politycznej.
Pozostawmy na boku powody tego milczenia – konformizm polskiego środowiska naukowego jest silniejszy niż jego intelektualna odwaga. W kronice destrukcji Łukasiewicza istotne jest coś innego. Najpierw sama nominacja, a następnie milcząca zgoda na nią środowiska naukowego stanowiły dla polityków jasny sygnał: możemy wszystko.
I to dokładnie ten sygnał, to nagle uzyskane poczucie całkowitej bezkarności, możliwości nieliczenia się nie tylko z samą organizacją, ale nawet ze zwykłym zdrowym rozsądkiem oraz całym środowiskiem naukowym, uruchomił rzeczywisty mechanizm destrukcji. Jeśli na prezesa organizacji naukowej powołuje się polityka, to nie trzeba być geniuszem zarządzania, by wiedzieć, że polityk będzie myślał, mówił i działał jak polityk.
Trzecia kostka domina upadła już bardzo łatwo. Skoro największą w Polsce organizację naukową można powierzyć politykowi, to dlaczego mniej odpowiedzialnych stanowisk nie można powierzać innym politykom? Zaczynają się powołania na świetnie płatne stanowiska osób bez jakiegokolwiek doświadczenia – tych oklepanych już w mediach, a w Łukasiewiczu dosłownych, „policjantów i złodziei”. Prezes nie zawsze nawet zna ich nazwiska, ale powołuje, jak mu każą. Stanowiska obejmują lokalni radni z rządzącej koalicji. Kandydaci na posłów, którzy przegrali w wyborach. Szefowie politycznych sztabów i dyrektorzy poselskich biur. Szybko schodzimy do poziomu taniego serialu: matki, żony i kochanki.
W tym momencie organizacja jeszcze funkcjonuje naukowo bez zakłóceń. Bezwład kolosa, jakim jest Łukasiewicz, sprawia, że statek ciągle płynie. Naukowcy realizują projekty, firmy przynoszą pieniądze – tylko doświadczeni menadżerowie wiedzą, co się stanie za rok czy dwa. Ale politycy potrzebują sukcesu. I to potrzebują go już. W świecie polityka sukces naukowy, który pojawi się po 10 latach ciężkiej pracy, równie dobrze mógłby nie istnieć. W świecie polityka poprzednik, który zrobił coś dobrego, nie istnieje.
I dlatego pada czwarta kostka domina – najpierw menadżerska, a potem zwykła ludzka uczciwość. Fundament dobrego państwa.
Zaczyna się typowe dla polityków wykazywanie, że wszystko, co robili poprzednicy, było błędne, szkodliwe, a co najważniejsze – intencjonalne. Że przychody z komercjalizacji były zawyżane dziesięciokrotnie – no bo któż wie, jak oblicza się komercjalizację? Że miliardy złotych wieloletniej subwencji zostały zmarnowane – no bo któż wie, że stanowiły tylko 20 proc. budżetu Łukasiewicza, a pozostałe 80 proc. instytuty zdobywały same, na wolnym rynku? Że w całej organizacji było tylko kilkanaście procent pracowników badawczych – no bo któż wie, jak specyficzną definicję tworzy w tym zakresie rozporządzenie ministra?
Społeczeństwo słucha i uszom nie wierzy. A ponieważ ta narracja doskonale wpisuje się w ogólną atmosferę politycznych rozliczeń, to jedynie zyskuje na wiarygodności. Dlatego też powtarzam, że prawdziwy test lojalności wobec Łukasiewicza zdawało się w roku 2024 – w roku, gdy jakiekolwiek słowo krytyki tego, co politycy robią z Łukasiewiczem, było jedynie lamentem pisiorów, słusznie krzyżowanych ku wiwatom tłumu.
Ale po cichu polityka zaczyna już niszczyć organizację od środka. Tysiące naukowców i pracowników dowiaduje się z kolejnego opłaconego artykułu prasowego czy „wywiadu sponsorowanego”, że w zasadzie to latami pracowali w jakiejś bandyckiej, żerującej na społeczeństwie instytucji, kierowanej – to słowa, które faktycznie padły – przez zorganizowaną grupę przestępczą. Że nie robili nic wartościowego i w zasadzie to powinni się za swoją przeszłość wstydzić. Większość znosi to upokorzenie w milczeniu, bo, jak mawia mój prawnik, każdy co miesiąc ma ratę do zapłacenia.
Przychodzi kolej na piątą kostkę domina. Dopiero teraz proces destrukcji organizacji naukowej wchodzi w fazę rzeczywiście dewastującą. Wakaty zostały już obsadzone politycznymi nominatami, a tymczasem presja na łupienie podbitej prowincji rośnie. Ostrzegałem w roku 2024, że Łukasiewicz to prawie setka stanowisk, na których pensja może wynosić kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Pozostaje zatem jedyny logiczny ruch – trzeba zwalniać tych, którzy blokują stołki dla naszych. Zaczyna się wyrzucanie z organizacji naukowców i specjalistów, którzy z polityką nigdy nic wspólnego nie mieli, a ich winą jest to, że własną pracą dotarli do stanowisk zbyt atrakcyjnych finansowo, by mogli na nich pozostać. I to jest moment krytyczny dla całego Łukasiewicza.
Dlaczego nauka jest kluczowa dla państwa? Proste wyjaśnienie dla polityków
Bez względu na to, jak brutalnie to zabrzmi, głównym mechanizmem destrukcji Łukasiewicza wcale nie jest to, że wyrzucono z niego Bachmatiuk, Igrasa, Marzec, Stężyckiego, Wykę, Weber, Konkola, Paziewską-Harris, Kryja i wiele innych osób. Ludzi o takich kompetencjach na świecie jest mało, ale są.
Hubert Cichocki i chroniący go politycy odpowiadają za coś znacznie gorszego niż wyrzucanie z pracy najbardziej utalentowanych polskich naukowców i specjalistów. Odpowiadają przede wszystkim za to, że żaden wybitny specjalista do pracy w Łukasiewiczu przyjść już nie zechce – nawet po zmianie władzy. Destrukcja Łukasiewicza, ta najbardziej dla organizacji bolesna, to właśnie destrukcja zaufania do niej.
Zwalniano nie tylko naukowców i menadżerów. Zwolniono też wielu zwykłych pracowników administracji, by uzyskać miejsca dla wygłodniałej politycznej klienteli. Ludzi, którzy z polityką nigdy nie mieli nic wspólnego – po prostu chcieli spokojnie zarabiać na życie. Na pierwszym spotkaniu z pracownikami Centrum Łukasiewicz w roku 2024 prezes Cichocki z oburzeniem wypowiadał się o konieczności powstrzymania rotacji pracowników, która wynosiła wtedy kilkanaście procent.
Po roku jego rządów osiągnęła 50 proc., a dzisiaj zbliża się do 100 proc. Kompetentni ludzie w centrali i instytutach musieli szukać sobie nowej pracy tylko dlatego, że ten czy inny kuzyn, kolega, znajomy polityka nie mógł znaleźć roboty nigdzie indziej. Wielu z tych zwolnionych ludzi czeka, by za rok móc pójść na wybory – czasem dopiero drugi raz w życiu. Bo pierwszy raz poszli do urny w roku 2025. Wystarczyło.

