2,5 mln zł miesięcznie – tyle zarabia kilkudziesięciu menedżerów Sieci Badawczej Łukasiewicz. I choć wysokość pensji tych osób jest jawna wprost z ustawy, kierownictwo sieci najpierw odmówiło udostępnienia danych. Eksperci uważają, że bezprawnie.

- 69 menedżerów Sieci Badawczej Łukasiewicz zarabia łącznie 2,5 mln zł brutto miesięcznie, czyli ponad 30 mln zł rocznie.
- Choć ustawa kominowa wprost przesądza o jawności tych wynagrodzeń, Centrum Łukasiewicz odmówiło ich udostępnienia byłemu prezesowi.
- Eksperci wskazują, że kierownictwo Łukasiewicza działało niezgodnie z prawem.
- W odpowiedzi na nasze pytania Łukasiewicz podkreśla, że były prezes zarabiał znacznie więcej od obecnego kierownictwa.
Siecią Badawczą Łukasiewicz – centralą (formalnie nazywającą się Centrum Łukasiewicz) oraz poszczególnymi instytutami – zarządza niemal 70 osób. Część z nich to eksperci, niektórzy to nominaci partyjni. Prezesem całej sieci jest Hubert Cichocki, do objęcia władzy przez obecną koalicję rządzącą polityk partii Centrum dla Polski, stowarzyszonej z Polskim Stronnictwem Ludowym. Cichocki po wyborze na stanowisko zrezygnował z członkostwa w partii.
Cichocki szybko przystąpił do rozliczeń z poprzednim kierownictwem, w tym z Andrzejem Dybczyńskim, byłym prezesem sieci (Dybczyński jest obecnie felietonistą Zero.pl). Jednym z wątków, które często się pojawiały, była kwestia bajońskich ponoć wynagrodzeń za czasów Prawa i Sprawiedliwości. Dybczyński postanowił więc zweryfikować, czy teraz wynagrodzenia spadły, wzrosły, czy generalnie pozostały na podobnym poziomie jak na początku 2024 r.
Przeczytaj nasze teksty, które powstały w ramach cyklu „Sieć Powiązań Łukasiewicz”:
- Inwazja polityków na sieć badawczą. We władzach asystent Dariusza Jońskiego i historyk z PSL
- Piraci z Łukasiewicza i czarna dziura nauki. Jak powstaje polski satelita „z pozłacanymi klamkami”
- Wątpliwe przetargi i milionowe straty. Instytut Elektrotechniki pod lupą prokuratury
- „Już mi nikt nie wmówi, że w Polsce da się”. Znana chemiczka pakuje walizki i leci do Azji
- Kostki domina. Jak rozszabrowano największą organizację naukową w Polsce
- Sieć Badawcza Łukasiewicz, czyli wielka nauka w małych rękach polityków
Powinni dać, a nie dali
Wynagrodzenia pracowników, co do zasady, są niejawne. Ale od zasady są wyjątki. Część z nich ujęto w tzw. ustawie kominowej (czyli ustawa o wynagradzaniu osób kierujących niektórymi podmiotami prawnymi). Zgodnie z art. 1 pkt 17 ustawa ta ma zastosowanie do Centrum Łukasiewicz i instytutów działających w ramach sieci badawczej.
Artykuł 15 z kolei stanowi, że „informacje o wynagrodzeniu osób podlegających przepisom ustawy oraz o nagrodach rocznych, świadczeniach dodatkowych i odprawach są jawne i nie podlegają ochronie danych osobowych ani tajemnicy handlowej”.
Mówiąc najkrócej i najprościej: wynagrodzenia menedżerów Łukasiewicza są, w świetle prawa, jawne.
Tyle teoria. A praktyka? Gdy Dybczyński wystąpił o przekazanie danych o wynagrodzeniach, otrzymał odmowę. Powód? Zdaniem władz Łukasiewicza informacja, o którą wystąpił, to tzw. informacja publiczna przetworzona. W największym uproszczeniu informacja przetworzona to taka, którą ciężej zgromadzić – zajmuje to czas, pieniądze, stanowi wysiłek.
Ustawodawca wskazał, że gdy ktoś chce uzyskać informację przetworzoną, musi wykazać "szczególną istotność dla interesu publicznego". Chodzi po prostu o to, by ludzie nie zarzucali organów wnioskami, bo przeciętny urząd ma przede wszystkim pracować, a nie jedynie gromadzić informacje.
Hubert Cichocki uznał więc wynagrodzenia za informację przetworzoną. A Dybczyński, w ocenie Cichockiego, nie wykazał, że pozyskanie danych jest istotne dla interesu publicznego.
Eksperci krytykują sieć
– Absurdalne stanowisko. Trudno wyobrazić sobie prostsze informacje do zgromadzenia niż wysokość wynagrodzeń – uważa Szymon Osowski, prawnik, prezes Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska. Jego zdaniem zebranie takich danych to kilka ruchów w programie księgowym.
– A nawet gdybyśmy uznali, że trzeba to wszystko policzyć na liczydle, no to powinien ktoś usiąść i policzyć. Nie może być tak, że informacje o wynagrodzeniach zarządzających państwowym mieniem są ukrywane – twierdzi.
W ocenie Szymona Osowskiego problematyczna jest też kwestia wzywania do wykazania istotnego interesu publicznego. Bo, jak twierdzi specjalista, organy zobowiązane do udostępnienia informacji nie są od oceny intencji wnioskujących. Gdyby bowiem uznać, że mogą oceniać, kiedy ktoś pyta w dobrych intencjach, a kiedy w złych, w praktyce dostęp do informacji publicznej byłby iluzoryczny.
Podobnego zdania jest adwokat Radosław Płonka, wspólnik w kancelarii Płonka Ozga Sokolnicki.
– Ustawa kominowa mówi wprost: wynagrodzenia zarządzających Siecią Badawczą Łukasiewicz są jawne. A skoro tak to odmowa udostępnienia informacji, które można w prosty sposób zebrać, jest moim zdaniem niezgodna z prawem – ocenia prawnik. I dodaje, że na swój sposób zabawne w tym kontekście jest to, że obecnie rządzący rozważają wprowadzanie coraz to kolejnych przepisów przymuszających prywatnych przedsiębiorców do informowania o wysokości wynagrodzenia.
– Może najpierw sektor publiczny da dobry przykład? – zauważa mec. Płonka.
Wynagrodzenie w przestworzach
Wynagrodzenia menedżerów sieci jednak są znane. Jakim cudem? Otóż po odmowie przekazania danych, o czym Dybczyński poinformował w mediach społecznościowych, interpelację poselską złożył poseł Krzysztof Ciecióra. I w odpowiedzi na interpelację dane przekazano.
W skrócie: na liście znajduje się 69 osób – dyrektorzy i wicedyrektorzy Centrum Łukasiewicz oraz poszczególnych instytutów. Ich łączne wynagrodzenie (bez premii, dodatków itd.) wynosi 2 512 227,80 zł brutto miesięcznie. To daje 30,1 mln zł rocznie.
Średnio menedżer zarabia 36,4 tys. zł miesięcznie. Dyrekcja centrum, czyli „czapki” nad całą siecią, otrzymuje po 42 814,45 zł miesięcznie. Takie wynagrodzenie ma Hubert Cichocki oraz dwójka jego zastępców.
Najwięcej zarabia dyrektor Instytutu Lotnictwa Cezary Szczepański – 61 163,50 zł. To właśnie o obsadzie tego stanowiska było głośno w marcu 2025 r. Wówczas na łamach Wirtualnej Polski Paweł Figurski i Patryk Słowik (obecnie dziennikarze Zero.pl) ujawnili nieprawidłowości przy wyborze dyrektora Instytutu Lotnictwa.
„Światowej sławy ekspert musi odejść z Instytutu Lotnictwa. Jednostką prowadzącą badania nad najnowocześniejszymi technologiami wojskowymi, kosmicznymi i nuklearnymi pokieruje członek Platformy Obywatelskiej. Przyznaje, że nie jest ekspertem od technologii, ale zna się na zarządzaniu” – wskazano wówczas. Chodziło o Tomasza Szymczaka, zaufanego człowieka Donalda Tuska.
10 członków Rady Instytutu Lotnictwa zagłosowało przeciwko kandydaturze, dwóch się wstrzymało, nikt nie był za. Mimo to Hubert Cichocki, który odpowiada za powołanie dyrektorów poszczególnych instytutów, wybrał Szymczaka.
– Poziom wiedzy kandydata jest taki, że nie odróżniłby silnika odrzutowca od silnika w odkurzaczu – mówił WP jeden z członków rady.
Wkrótce po publikacji Szymczak zrezygnował ze stanowiska. Dzięki temu możliwe było objęcie go przez Cezarego Szczepańskiego, wieloletniego pracownika Instytutu Lotnictwa.

Cezary Szczepański, dyrektor Łukasiewicz – Instytut Lotnictwa. (fot. Albert Zawada / PAP)
Polityczna kłótnia
Po ujawnieniu danych o wynagrodzeniach Andrzej Dybczyński w portalu X zwrócił uwagę, że obecnie wynagrodzenia sięgają ponad 30 mln zł rocznie, podczas gdy na początku 2024 r. było to 26,6 mln zł. A zatem, zdaniem Dybczyńskiego, dużo mówiono o bajońskich wynagrodzeniach, podczas gdy te za nowej władzy wzrosły, a nie zmalały. Dodatkowo były szef Łukasiewicza zwrócił uwagę, że podane wynagrodzenia nie obejmują nagród, świadczeń i dodatków (pokrycie kosztów ubezpieczenia, wynajmu mieszkania, samochodu służbowego). Tym samym rzeczywiste wydatki są większe.
Co na to Centrum Łukasiewicz? „Andrzej Dybczyński jako dyrektor Łukasiewicz – PORT [jeden z instytutów należących do sieci – red.] i prezes Centrum Łukasiewicz w 2023 r. zarobił 1,2 mln zł. Podstawa jego pensji jako prezesa wynosiła 56 555 zł miesięcznie, ze środków publicznych opłacano także jego polisę ubezpieczeniową (łącznie 32 tys. zł) i dodatek mieszkaniowy (34 tys. zł), a Przemysław Czarnek (wówczas minister nauki w rządzie Mateusza Morawieckiego) przyznał mu 29 tys. zł nagrody” – wskazuje zespół prasowy instytucji.
Dalej zaś zaznacza, że „całkowity roczny koszt funkcjonowania zarządu Centrum Łukasiewicz w ciągu dwóch ostatnich lat został obniżony o 69 proc.: z poziomu 3,8 mln zł w roku 2023 do 1,24 mln zł w roku 2025. Oznacza to, że funkcjonowanie całego zarządu organizacji można było sfinansować jedynie z pensji Dybczyńskiego”. Nie są też przyznawane nagrody dyrektorom instytutów, a kierownictwo całej sieci – jak czytamy w odpowiedzi – samo także nie pobiera zmiennych składników wynagrodzenia.
A dlaczego nie ujawniono wysokości wynagrodzeń, gdy Dybczyński o to zawnioskował? Bo ten „nie udzielił w przewidzianym prawem terminie odpowiedzi na przesłane mu wezwanie”. Czyli – w ocenie centrum – w praktyce nie uzasadnił, dlaczego w Łukasiewiczu należałoby ujawnić informacje, by tylko zaspokoić ciekawość byłego prezesa.
