- Współczesna polityka porzuciła język programów politycznych na rzecz narracji znanych z uniwersów filmowych i gier.
- Obywatele, zachowując się jak lojalni fani, zamiast o instytucjach rozmawiają o obronie „kanonu” i walce z przeciwnikiem przedstawianym jako śmiertelny wróg.
- Politycy dzielą świat na czarno-biały. Taki podział uniemożliwia merytoryczną dyskusję, ponieważ każda próba porozumienia z drugą stroną jest traktowana jak zdrada.
- Prawdziwa demokracja nie przypomina efektownego zwiastuna filmowego ani finału sezonu serialu, lecz składa się z powolnych procedur i kompromisów.
- Ocalenie debaty publicznej wymaga porzucenia popkulturowych peleryn i powrotu do rozmowy o realnych kosztach, ustawach oraz instytucjach.
Politycy nie muszą cytować Batmana, Wiedźmina ani Gwiezdnych wojen, żeby mówić ich językiem. Wystarczy, że wybory opisują jako „ostatnią bitwę”, przeciwnika jako „zdrajcę”, państwo jako „oblężoną twierdzę”, a siebie jako jedynych ludzi zdolnych zatrzymać chaos. To nie znaczy, że komiksy, filmy i gry zepsuły demokrację. Polityka, media i platformy podłączyły się raczej pod wyobraźnię odbiorców wychowanych na franczyzach, uniwersach i fandomach.
Gdy obywatel zaczyna zachowywać się jak fan, spór publiczny przestaje być rozmową o instytucjach, podatkach, zdrowiu czy klimacie. Staje się walką o kanon, lojalność i prawo do następnego odcinka.
Polityk jako showrunner apokalipsy
Najpierw jest kadr: sala pełna ludzi, światła, podniesione głosy, telebimy, muzyka jak przed finałem sezonu. Polityk wychodzi na scenę i nie mówi już po prostu: mamy inny program, inne podatki, inną wizję szkoły, sądów czy bezpieczeństwa. Mówi: to ostatni moment. To walka o przyszłość. Oni chcą zabrać nam nasz świat. Jeśli ich nie powstrzymamy, wszystko się zawali. Jest zagrożone miasto, jest wróg i jest garstka wybranych.
Przeczytaj także: Tam też pracował Dawid Kacprzyk. Tym razem chodzi o szpital poza Warszawą
Dawniej polityka pożyczała język od historii, religii, narodu albo klasy społecznej. Dziś równie sprawnie korzysta ze słownika rozrywki: uniwersum, drużyny, sezonu, zdrady kanonu. Wyborca ma nie tylko poglądy. Coraz częściej ma „swoich”, którym kibicuje, i „tamtych”, których sama obecność w kadrze psuje mu odcinek. Polityka nauczyła się korzystać z maszyn opowiadania współczesnej kultury.
Polityka fandomowa: obywatel broni kanonu
Fandom nie polega już tylko na tym, że ktoś lubi film, komiks albo grę. Fan mieszka w opowieści. Zna jej lore, pamięta dawne konflikty, rozpoznaje aluzje, pilnuje ciągłości i wyczuwa moment, w którym ktoś „zdradził kanon”. W polityce działa coś podobnego. Partie, liderzy i komentatorzy funkcjonują jak marki narracyjne: mają origin story, bohaterów, zdrajców, rozłamy i heretyków.
Dlatego słowo „elektorat” coraz gorzej opisuje część życia publicznego. Elektorat można przekonywać. Fandom trzeba podgrzewać. Elektorat pyta: co zrobicie z mieszkaniami, szkołą, sądami, zdrowiem, podatkami? Fandom pyta: czy nadal jesteście nasi? Czy nie zdradziliście sprawy? Polityka fandomowa nie potrzebuje pełnej zgody z programem. Wystarczy lojalność wobec drużyny. Problemem nie jest popkultura, tylko polityka, media i platformy, które odkryły, że takie przywiązanie działa szybciej niż argument.
Batman, Joker i fantazja twardego porządku
Batman wraca w polityce nie dlatego, że wszyscy czytali komiksy. Wraca, bo jego mit jest prostą opowieścią o kryzysie państwa. Miasto tonie w przestępczości, instytucje są skorumpowane albo bezradne, elity mówią językiem procedur, gdy ulica domaga się natychmiastowego działania. Wtedy pojawia się ktoś, kto „robi to, czego system nie potrafi”. Jest odpowiedzią na lęk przed chaosem.
Przeczytaj także: Etat z decyzji urzędnika. Jak przygotować firmę na kontrole inspekcji pracy?
Na tym polega paradoks Batmana: jest jednocześnie figurą porządku i oskarżeniem państwa. Istnieje, bo państwo zawiodło. Joker staje się zaś kostiumem dla przeciwnika: nihilisty, trolla, prowokatora, kogoś, kto chce patrzeć, jak świat płonie. Batmanizacja polityki zaczyna się tam, gdzie spór o instytucje i odpowiedzialność zamienia się w opowieść o stanie wyjątkowym. Wtedy łatwiej uwierzyć, że demokracja jest za wolna, a bohater musi działać po swojemu.
Marvel i Star Wars: każdy chce być Rebelią
Rebelią chce być każdy. Ruch antysystemowy, który walczy z elitami. Rządzący, którzy przekonują, że dopiero oni rozbijają dawny układ. Liberalna opozycja broniąca instytucji przed autorytarnym skrętem. Konserwatyści występujący przeciw „dyktatowi Brukseli”. Imperium zawsze jest po drugiej stronie. My jesteśmy garstką dobrych ludzi w ciasnym kokpicie X-winga. Oni – wielką machiną, która chce nas zmielić.
Marvel podsuwa inną strukturę: drużynę skłóconych bohaterów. „Civil War” działa jak model konfliktu wewnątrz jednego obozu. Wszyscy deklarują dobro wspólne, ale nie zgadzają się, jaką cenę wolno za nie zapłacić. Bezpieczeństwo czy wolność? Lojalność wobec lidera czy zasad? Kompromis czy czystość ideowa? Polityka jako uniwersum nie kończy się po wyborach. Zapowiada kolejną fazę. Język Rebelii i Imperium jest wygodny, bo usuwa ambiwalencję. Nikt nie chce być urzędnikiem od poprawki budżetowej. Każdy chce być pilotem X-winga.
Wiedźmin, fantasy i polityka zdrady
Fantasy jest naturalnym językiem zdrady. Ma królestwa, granice, dwory, spiski, wybrańców, obcych i przepowiednie. Dlatego łatwo przenosi się do polityki, zwłaszcza polskiej, gdzie opowieść o „zdradzie sprawy” bywa skuteczniejsza niż rozmowa o programie. Wystarczy podmienić rekwizyty: zamiast króla mamy lidera, zamiast dworu – elity, zamiast obcego imperium – Brukselę, Berlin, Moskwę, korporacje albo „układ”. Populistyczny podział na czysty lud i skorumpowane elity brzmi wtedy jak historia o zdradzonym królestwie.
Przeczytaj także: Gorący spór prezydenta z rządem. Poszło o wsparcie udzielone Ukrainie
Wiedźmin jest przypadkiem przewrotnym. U Sapkowskiego i w grach CD Projektu ten świat rzadko daje komfort prostego wyboru. Każda władza brudzi ręce, każda racja ma swoją cenę, a „mniejsze zło” nigdy nie przestaje być złem. Geralt nie ufa wielkim słowom i przepowiedniom. Jest figurą niezgody na fanatyzm, nie jego patronem. Polityka robi jednak odwrotnie: z dzieł podejrzliwych wobec czystych mitów kradnie dekoracje do opowieści o zdradzie i wybrańcu.
Squid Game i The Boys: system jako krwawy show
Tu kończy się komfortowa opowieść o bohaterach. Popkultura ostatniej dekady coraz częściej nie pyta, kto nas ocali, tylko kto zarabia na tym, że wciąż potrzebujemy ocalenia. „Squid Game” działa jak skrót do późnokapitalistycznej przemocy: długu, rywalizacji, desperacji, walki o mieszkanie, pracę, leczenie, edukację i miejsce w kolejce po przyszłość. Wszyscy rozumiemy świat, w którym przegrywający odpadają, a reguły ustalili ci, którzy nie ryzykują życia.
Ale mocna metafora łatwo zastępuje analizę. Zamiast pytać o podatki, prawo pracy czy rynek najmu, mówimy: „to jest jak Squid Game”. „The Boys” pokazuje z kolei świat, w którym superbohater nie jest zbawcą, lecz marką i produktem PR-u. Homelander nie jest tylko postacią. Jest strukturą władzy głodnej uwielbienia.
Memy: argument, który nie musi niczego dowodzić
Mem jest politycznym pociskiem małego kalibru: tani, szybki i odporny na sprostowania. Nie musi niczego udowadniać, bo jego siła nie polega na argumentacji. Polega na rozpoznaniu. „Nasi” łapią żart bez tłumaczenia. „Tamci” albo się oburzają, albo nie rozumieją.
Memy wykonują trzy prace naraz. Po pierwsze, skracają: złożony spór zamieniają w jeden obrazek. Po drugie, testują przynależność: kto rozumie aluzję, ten jest „swój”. Po trzecie, odczłowieczają: przeciwnik przestaje być obywatelem z innym interesem albo lękiem. Staje się NPC-em, klaunem, bossem końcowym, zdrajcą, zombie, robakiem, postacią z przegranego uniwersum. Memy nie są dekoracją polityki. Są jej infrastrukturą emocjonalną. Nie zastępują ideologii, lecz robią z niej format gotowy do udostępnienia.
Gry: polityka jako quest, wybory jako ekran decyzji
Gry uczą sprawczości, ale razem z nią przemycają oczekiwanie: decyzja powinna szybko zmienić świat. Klikam – drzwi się otwierają. Wybieram opcję dialogową – relacja skręca w inną stronę. Pokonuję bossa – przechodzę dalej. Demokracja jest powolna, proceduralna, pełna opóźnionych skutków. Dobry wybór nie zawsze daje nagrodę od razu, a wiele decyzji rozpuszcza się w komisjach i budżetach.
Tę frustrację polityka umie przechwycić. Obiecuje reset, patch, aktualizację systemu, nową frakcję, prosty wybór na ekranie: oni albo my. Internet dorzuca do tego „NPC-izację” przeciwnika. Człowiek po drugiej stronie sporu przestaje mieć biografię, interesy i lęki. Staje się postacią bez wnętrza, powtarzającą cudze kwestie. Gry nie są winne brutalizacji polityki. Ale polityka chętnie korzysta z gamingowej fantazji natychmiastowego wpływu.
Niewygodna prawda: robią to wszyscy
Przeczytaj także: Z osiedla łanowego do centrum Warszawy w dwie godziny. To była pouczająca podróż
Najwygodniejsze kłamstwo brzmi: to robią tylko oni. Tamci mają propagandę, nasi mają prawdę. Tamci budują kult lidera, nasi bronią wartości. Tamci szczują, nasi mobilizują. Problem w tym, że język polityki fandomowej działa po wszystkich stronach sporu. Korzystają z niego konserwatyści, liberałowie, lewica, populiści, aktywiści, influencerzy i dziennikarze. Każdy obóz ma swoich bohaterów, zdrajców, męczenników, fałszywych proroków, momenty upadku i wielkie powroty.
Dlatego łatwo mówić o przełomie, końcu epoki, ostatniej szansie, zdemaskowaniu, ostatecznym dowodzie. Nawet media deklarujące powrót do klasycznego dziennikarstwa działają w środowisku, które nagradza dramaturgię, konflikt i wyrazistych bohaterów. Ten tekst również musi konkurować o uwagę w spektaklu, który opisuje. Różnica polega na tym, czy dramaturgia służy wyjaśnieniu mechanizmu, czy tylko mocniej zamyka czytelnika w drużynie.
Demokracja bez szarości
Konsekwencje widać w codziennym odruchu. Po pierwsze: przeciwnik przestaje być kimś, z kim można się spierać. Jeśli druga strona jest Imperium, Jokerem, Homelanderem albo Nilfgaardem, kompromis zaczyna wyglądać jak kolaboracja. Po drugie: pojawia się zmęczenie sezonami. Obywatel żyje w rytmie afer, odpowiedzi, przecieków i finałów. Platformy utrzymują politykę w stanie niekończącej się premiery.
Po trzecie: z pola widzenia znikają instytucje. Łatwiej śledzić los lidera niż los ustawy. Łatwiej kibicować komisji jako widowisku niż rozumieć mechanizm państwa. Łatwiej zapamiętać mem niż tabelę wydatków. „Nasz” polityk może zawieść, ale nadal jest „nasz”. „Ich” polityk może mieć rację, ale pozostaje „ich”. Fandomowa lojalność nie znosi korekty, bo korekta brzmi jak zdrada drużyny. Demokracja potrzebuje konfliktu, ale nie wiecznej wojny o tożsamość.
Polityka bez peleryny
Wyjście awaryjne nie polega na tym, żeby naiwnie zaapelować: mówmy spokojniej. To za mało. Polityka zawsze będzie opowieścią, bo bez opowieści nie da się porządkować zbiorowych lęków, nadziei i interesów. Pytanie brzmi raczej, jaki model opowiadania wybieramy. Można nazwać go anty-superbohaterskim. Zamiast herosów – instytucje. Zamiast zdrajców – interesy. Zamiast apokalipsy – procesy. Zamiast finału sezonu – konsekwencje rozłożone na lata. Zamiast jednej wielkiej bitwy – nudne, ale realne procedury.
Dziennikarstwo nie musi rezygnować z narracji, ale powinno zmienić jej cel. Pokazuje, kto zyskuje, kto traci, kto płaci cenę, kto ukrywa koszty, kto sprzedaje bajkę o zbawcy, a kto naprawdę rozumie mechanizm. Problem nie polega na tym, że polityka stała się popkulturą. Problem w tym, że popkultura często lepiej rozumie własne mity niż polityka, która ich używa.
Demokracja zaczyna się tam, gdzie psuje się dobry trailer. Tam, gdzie trzeba zapytać o koszt, procedurę, termin, kompetencje, skutki uboczne. Tam, gdzie przeciwnik nie jest Jokerem, tylko kimś, kto ma inne interesy, inne lęki i czasem także rację. To mniej efektowne niż finał sezonu. Ale być może właśnie dlatego jest bardziej realne.

