Reklama
Kraj

Ultimatum, giełda nazwisk, widmo dymisji. Stara szkoła Donalda Tuska

Donald Tusk się nie zmienił. W momentach kryzysu sięga po sprawdzone metody – strach, ultimatum i widmo rekonstrukcji. Dziś spod topora uciekła Jolanta Sobierańska-Grenda, czarne chmury od miesięcy krążą nad Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz. – Jedno jest pewne: o potencjalnych dymisjach w rządzie usłyszymy jeszcze nieraz – mówi nam rozmówca z rządu. Bo – jak słyszymy – Kierownik po prostu tak ma.

Marek Mikołajczyk
Opinia autorstwa: Marek Mikołajczyk
Dzisiaj 14:38
6 min
Na zdjęciu: Donald Tusk, Jolanta Sobierańska-Grenda, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz (fot. Leszek Szymański, Tomasz Gzell, Albert Zawada / Shutterstock, PAP)
TYLKO NA

Niektóre rzeczy się nie zmieniają – zagaja mnie jeden z polityków Koalicji Obywatelskiej parę dni temu. Chodzi o piątkową konferencję prasową Donalda Tuska. To na niej premier postawił ultimatum minister Jolancie Sobierańskiej-Grendzie w sprawie zmian w systemie ochrony zdrowia.

Zadanie – krótko mówiąc – niewykonalne: albo pani minister w ciągu weekendu przygotuje kompleksowy plan reformy, albo z rządem się pożegna. – Znacie mnie. Nie będę potrzebował ani tygodnia, ani dni, ani nawet wielu godzin, żeby podjąć taką decyzję – ostrzegał szef rządu.

Nasi rozmówcy z KO przekonują, że piątkowa wypowiedź Tuska wpisuje się w utarty schemat działania – w momencie kryzysu „trzeba wyjść, zrobić groźną minę i walnąć pięścią w stół”.

– Kierownik na początku bagatelizował sprawę Kacprzyka, stąd też ten wpis o niewiarygodności lekarza-sygnalisty. Nie zostało to dobrze odebrane. W narracji nastąpił więc zwrot – mówi nam jeden z posłów.

Reklama
Reklama

– Przez parę dni panował kompletny chaos. Nie było żadnej strategii, jak podchodzić do tej sprawy. Słowa „dajmy pracować prokuraturze” to za mało, gdy sprawą żyje cała Polska – dodaje inny z polityków KO.

Zarządzanie poprzez strach. Tusk robił to przez lata

Piątkowa konferencja – jak słyszymy w koalicji rządzącej – była więc efektem zmiany strategii.

Tusk powrócił do tego, co zna najlepiej. Grożenie palcem, tworzenie widma dymisji. To, po pierwsze, bardzo widowiskowe, po drugie, stawia wszystkich do pionu i zagania do pracy, a po trzecie, nieco odciąga uwagę od sedna sprawy, bo od razu uruchamia się w mediach giełda nazwisk – zwraca uwagę nasz rozmówca.

Reklama
Reklama

Pod tym względem Tusk się nie zmienił. Robił to samo lata temu, gdy np. przyjmował dymisję Zbigniewa Ćwiąkalskiego – dodaje polityk KO. Były szef resortu sprawiedliwości złożył rezygnację w 2009 r., po tym jak samobójstwo popełnił w płockim więzieniu Robert Pazik, odsiadujący karę dożywocia za zabójstwo Krzysztofa Olewnika. Ówczesny minister w rozmowie z mediami tłumaczył, że nie czuje się odpowiedzialny za zaistniałą sytuację, ale istnieje coś takiego jak „odpowiedzialność polityczna”.

Tym razem wszystko wskazuje jednak na to, że minister Sobierańska-Grenda utrzyma się na stanowisku. W środę po południu przedstawiła na konferencji plan działań na najbliższe miesiące. Jedną z proponowanych zmian jest wprowadzenie limitu zarobków lekarzy.

– Chcemy zmierzyć się z maksymalnym limitem wynagrodzeń dla indywidualnego pracownika medycznego. Tutaj naszą stawką wyjściową, którą proponujemy, jest kwota do 240 zł brutto za godzinę – przekazała szefowa MZ. 

Co na to koalicjanci? – Nic nowego. To wszystko to tylko gra na czas, aby pokazać, że robi się cokolwiek – mówi nam polityk Polski 2050. – Poczekajmy na efekt. Nie ma co jednak ukrywać: fotel ministra zdrowia to obecnie najmniej chciane stanowisko w Polsce – dodaje rozmówca z Nowej Lewicy.

Reklama
Reklama

Część naszych rozmówców z koalicji rządzącej przyznaje wprost: Jolanta Sobierańska-Grenda pozostaje ministrem, bo trudno znaleźć jej następcę.

– Model polityczny w postaci Izabeli Leszczyny się nie sprawdził, model ekspercki też nie – słyszymy w Polsce 2050. O krok dalej poszła Nowa Lewica, która otwarcie przyznała, że w tym rządzie za obszar zdrowia odpowiadać nie chce.

Nie weźmiemy odpowiedzialności za resort (zdrowia – red.), jeśli nie będziemy mieli twardych gwarancji finansowych i takiej swobody decyzyjnej, której – jak widzimy – nie ma pani minister Sobierańska-Grenda – mówiła szefowa klubu Anna Maria Żukowska w rozmowie z Wirtualną Polską.

Do tej pory w kuluarach przewijały się dwa nazwiska potencjalnych następców szefowej MZ. To Bartosz Arłukowicz (wiceszef KO, minister zdrowia w latach 2011-2015) oraz Jakub Szulc (były poseł Platformy, od 2024 r. wiceprezes Narodowego Funduszu Zdrowia). – Nie jestem przekonany, że Bartek pali się do tej funkcji – słyszymy w KO.

Reklama
Reklama

Pełczyńska-Nałęcz kontra Tusk. Dymisja? „To bujda”

Wszystko wskazuje więc na to, że przed przyszłorocznymi wyborami słowo „rekonstrukcja” będzie do nas wracać. Czasem na potrzeby zewnętrzne, jak w przypadku reformy ochrony zdrowia, czasem na potrzeby wewnętrzne, aby utemperować „niesfornego” ministra.

W czwartek Onet poinformował, że wkrótce z rządem może pożegnać się Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, minister funduszy i polityki regionalnej oraz szefowa Polski 2050.

„Premier ma nosić się z zamiarem wyrzucenia ministry funduszy z gabinetu, uznając, że jej obecność w rządzie coraz więcej kosztuje całą koalicję. (…) Polska 2050 pod kierownictwem Pełczyńskiej-Nałęcz próbuje budować własną tożsamość, często w kontrze do KO, a rząd płaci za to cenę wizerunkową” – czytamy.

Reklama
Reklama

To bujda – słyszymy w Polsce 2050, gdy pytamy o doniesienia Onetu.

– Politycy KO chodzą po mediach i opowiadają takie rzeczy, aby nas przestraszyć – mówi nasz rozmówca. – Żadnej dymisji nie będzie, bo to rozwaliłoby rząd chwilę przed wyborami. Nikt tego nie potrzebuje – dodaje inny.

Sam Tusk zdystansował się od tekstu Onetu. – W tej chwili mam na głowie parę (innych) istotnych problemów do rozwiązania – ucinał premier na piątkowej konferencji prasowej.

 

Jedno jest pewne: o potencjalnych dymisjach w rządzie usłyszymy jeszcze nieraz. To było, jest i będzie stałym elementem rządów Donalda Tuska – śmieje się jeden z ministrów w rozmowie z Zero.pl.