- Zamiast chłodnego bilansu strategicznego, pomoc wojskowa dla Ukrainy stała się w Polsce paliwem do bieżącej i destrukcyjnej wojny plemiennej. Polscy politycy wolą urządzać konferencje prasowe i teatr medialny, zamiast budować długofalową odporność państwa.
- Po latach wojny za naszą granicą Polska wciąż działa reaktywnie, zastępując realną sprawczość chaotyczną improwizacją. Jeśli nie powstanie ponadpartyjna instytucja odpowiedzialna za strategię narodową, każdy kolejny kryzys zaskoczy nas tak samo.
- Improwizacja w polityce obronnej i brak długofalowego planu zamieniają strategiczne decyzje w wewnętrzne awantury. Reagowanie na kryzysy przynosi oklaski, ale bez silnych instytucji analitycznych państwo pozostaje bezbronne wobec przyszłości.
Mija kolejny rok pełnoskalowej agresji Federacji Rosyjskiej na Ukrainę. Tymczasem w Polsce zamiast wdrażania wniosków z toczącego się obok nas konfliktu trwa w najlepsze awantura polityczna o to, kiedy, ile, kto i w jaki sposób przekazywał sprzęt wojskowy oraz uzbrojenie Ukrainie. To, co jeszcze niedawno dla jednych było powodem do dumy, dziś dla innych staje się obciążeniem. A to, co powinno być przedmiotem spokojnego bilansu państwowego, zamienia się w kolejny odcinek krajowej wojny plemiennej.
Przeczytaj także: Człowiek Zełenskiego krytycznie o Polsce. „Nie przyjmiemy ultimatum”
Ta awantura nie jest przypadkowa. Wiąże się z obecnym pogorszeniem relacji polsko-ukraińskich, z nastrojami społecznymi, z wewnętrzną polityką i z tym, że każda decyzja strategiczna po czasie staje się w Polsce amunicją do bieżącej walki politycznej. Ale spór o sprzęt przekazany Ukrainie nie jest w istocie sporem o sprzęt. Jest sporem o to, czy państwo polskie potrafi prowadzić politykę strategiczną, czy jedynie reagować na wydarzenia, a potem kłócić się o rachunki.
Wypowiedzi polityków rządzących i opozycyjnych pokazują jak na dłoni główne grzechy naszego państwa. Nie chodzi tylko o Ukrainę. Chodzi o sposób, w jaki nasi politycy myślą – albo raczej nie myślą – o bezpieczeństwie państwa i jak to się przekłada na decyzje albo na ich brak. I o tym chciałem napisać kilka zdań.
Grzech pierwszy – brak strategii
Po pierwsze, nasi politycy i decydenci nie planują. Improwizują. Reagują. A potem często nazywają to odpowiedzialnością.
Największym mankamentem państwa polskiego są działania doraźne. Uwielbiamy reagować. Wszyscy biją brawo, gdy uruchamiane są gigantyczne środki finansowe, ruszają służby, wojsko i ochotnicy – do akcji przeciwpowodziowej, gaszenia pożaru, ratowania i pomocy nadzwyczajnej. Znacznie gorzej idzie nam rozmowa o tym, dlaczego do pożaru doszło, dlaczego go nie przewidzieliśmy i dlaczego wcześniej nie chcieliśmy przeznaczyć środków na przeciwdziałanie, zabezpieczenie i przygotowanie.
Taką sytuację obserwujemy od początku pełnoskalowej wojny na Ukrainie. Czy można było przygotować predykcję różnych wariantów rozwoju wydarzeń? Czy można było opracować kilka, a nawet kilkanaście prawdopodobnych scenariuszy na okres krótko-, średnio- i długoterminowy? Jakie są nasze cele jako państwa polskiego? Jakie są ryzyka i zagrożenia? Jak będzie wyglądał nasz sąsiad po dwóch, trzech, sześciu latach konfliktu? Jakich procesów politycznych i społecznych możemy się spodziewać? Jaki jest nasz interes narodowy?
Przeczytaj także: Nie żyje podejrzana o zamach w Monako. Zabił ją oficer ukraińskiego wywiadu
Mając odpowiedzi na te pytania, można było pójść dalej: określić, jak powinno wyglądać wsparcie Ukrainy w sprzęt i uzbrojenie, w jakiej ilości powinno być przekazywane i przez kogo, z jaką narracją, w jakim trybie oraz jak wpłynie to na nasze zdolności obronne i Siły Zbrojne RP. Być może ktoś taki dokument stworzył. Być może gdzieś zdefiniowano cele, warianty, ryzyka i instrumenty. Jeśli tak, warto zapytać: kto je znał, kto z nich korzystał i czy rzeczywiście wpływały na decyzje? A jeśli nikt ich nie stworzył, pojawia się pytanie jeszcze ważniejsze: kto właściwie miał to zrobić? I tu dochodzimy do grzechu drugiego.
Grzech drugi – brak instytucji analiz strategicznych
Która instytucja miała systemowo zająć się tym tematem? Kancelaria Prezesa Rady Ministrów? Czy istnieje tam odpowiednia komórka zdolna do realnej, długofalowej analizy strategicznej? Za poprzedniego rządu były próby stworzenia Centrum Analiz Strategicznych, ale nie poszły one w stronę silnej instytucji analitycznej wspierającej decydentów, lecz raczej w stronę obsługi doraźnych potrzeb politycznych. A może Rządowe Centrum Bezpieczeństwa? Ministerstwo Spraw Zagranicznych? Ministerstwo Obrony Narodowej? Sztab Generalny Wojska Polskiego? Służby specjalne? Biuro Bezpieczeństwa Narodowego?
Przeczytaj także: Prezydent Nawrocki po rozmowie z Zełenskim: Dobrze, że się spotkaliśmy
Możliwe, że każda z tych instytucji wykonała jakąś pracę w tej dziedzinie. Problem polega jednak na tym, że z wielu prac nie zawsze powstaje jedna strategia. Jeśli nie ma instytucji, która potrafi zebrać analizy, uporządkować je, porównać warianty, przedstawić decydentom rekomendacje i pilnować ich realizacji, to państwo dostaje nie strategię, ale stos papierów. A stos papierów jeszcze nigdy nie wygrał wojny, nie zbudował polityki i nie zastąpił decyzji.
W Polsce zbyt często dana instytucja raportuje do własnego politycznego lub urzędniczego centrum ciężkości. Każda ma własną ambicję, własny język, własny interes i własną interpretację sytuacji. Z tego wynika grzech trzeci.
Grzech trzeci – resortowość i brak współpracy instytucjonalnej
Resortowość to jedna z najtrwalszych chorób państwa polskiego. Każdy pilnuje swojego kawałka podłogi, ale nikt nie czuje się gospodarzem całego domu. Ministerstwo widzi swój resort, urząd widzi swój zakres, służba widzi swój kanał raportowania, a polityk widzi najbliższą konferencję prasową.
W przypadku wsparcia Ukrainy ten problem widać szczególnie mocno. Brakuje wspólnej strategii działania, jednej instytucji koordynującej oraz jasnego mechanizmu podejmowania decyzji. Kiedy Ukraina realizuje swoje cele – zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zewnętrznej – temat wsparcia i współpracy staje się w Polsce osią polaryzacji. Zamiast spójnej polityki mamy spór o interpretację. Zamiast jednego głosu państwa mamy chór solistów, z których każdy śpiewa inną melodię.
W efekcie każdy gracz zaczyna mówić własnym głosem. Rząd swoim. Opozycja swoim. Ośrodek prezydencki swoim. Resorty swoim. Eksperci swoim. Media swoim. A Ukraina, sojusznicy i opinia publiczna próbują z tego odczytać, czego właściwie chce Polska.
I tak dochodzimy do grzechu czwartego.
Grzech czwarty – brak komunikacji strategicznej
Brak strategii i brak koordynacji prowadzą wprost do braku komunikacji strategicznej. Nie da się przekonująco komunikować czegoś, czego wcześniej nie uporządkowano. Nie da się zbudować spójnej narracji, jeśli nie wiadomo, jaki jest cel, kto odpowiada za jego realizację i gdzie są granice kompromisu.
Przeczytaj także: Kreacja a rzeczywistość. Gwiazdy o kulisach sławy i autentyczności na Kongresie Zero
Wpadamy w swoistą ślepą uliczkę. Mówimy do Ukrainy co innego, do własnych obywateli co innego, do sojuszników jeszcze co innego, a w polityce krajowej wszystko zostaje przetworzone na paliwo do kolejnej awantury. Najbardziej widoczne było to przy wypowiedziach Ministra Obrony Narodowej podczas konferencji prasowej, na której tłumaczono, kto i ile donacji przekazał Ukrainie.
Do tego dochodzą nastroje społeczne, zmęczenie wojną, spory historyczne, napięcia gospodarcze i coraz silniejsze przenikanie polityki wobec Ukrainy do spraw wewnętrznych. Politycy zaczynają liczyć nie tylko sprzęt, ale też kapitał polityczny: ile można zyskać, ile można stracić, komu przypisać zasługę, a komu koszt.
Tymczasem komunikacja strategiczna powinna tłumaczyć obywatelom sens decyzji. Powinna mówić: pomagamy Ukrainie nie z dobroczynności, lecz dlatego, że leży to w naszym interesie bezpieczeństwa. Powinna też uczciwie mówić o kosztach i ryzykach. Bez tego państwo nie buduje odporności społecznej, tylko produkuje chaos informacyjny. A chaos prowadzi do grzechu piątego.
Grzech piąty – zaniechania, czyli brak inicjatywy i decyzyjności
Kiedy nie widzimy perspektywy celów, nie widzimy też kierunku działania. Gdy nie wiemy, dokąd zmierzamy, oddajemy pole innym. Ktoś inny zaczyna rozdawać karty, a my znowu ograniczamy się do reagowania.
Dlaczego tak się dzieje? Bo poza nielicznymi wyjątkami nikt nie ma jasno zdefiniowanego celu dalszego działania. Nie wiadomo, czy chcemy być głównym rzecznikiem Ukrainy w regionie, twardym negocjatorem własnych interesów, logistycznym zapleczem Zachodu, liderem odbudowy, czy tylko krajem, który w pierwszym odruchu pomógł, a potem nie potrafił przekuć tego wysiłku w trwałą pozycję polityczną.
Zaniechanie nie zawsze polega na tym, że ktoś nic nie robi. Czasem polega na tym, że robi bardzo dużo, ale bez planu, bez priorytetów i bez świadomości, jaki efekt chce osiągnąć. Wtedy aktywność zastępuje sprawczość. Państwo jest zajęte, ale niekoniecznie skuteczne.
Przeczytaj także: Napisał książkę z prezydentem. Ujawnił nowe fakty o kampanii
W tym miejscu warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden problem. Polska, mimo ogromnego wysiłku w pierwszej fazie wojny, z czasem stała się raczej elementem większej machiny – raz amerykańskiej, raz europejskiej – niż samodzielnym ośrodkiem inicjatywy. Być może dlatego z perspektywy Kijowa nasze wsparcie nie zawsze było widoczne proporcjonalnie do poniesionych kosztów. Decyzje zapadały gdzie indziej, komunikaty płynęły z innych stolic, a polityczny kapitał często zbierali ci, którzy lepiej potrafili własną rolę nazwać i sprzedać.
Grzech szósty – bilans zastąpiony teatrem
Kolejnym grzechem jest brak uczciwego bilansu. Nie propagandowego, nie partyjnego, nie konferencyjnego, ale państwowego. I tu od razu warto zastrzec: bilans nie musi oznaczać publicznego ujawniania wszystkiego. Nie każda informacja o uzbrojeniu, zapasach i zdolnościach powinna trafiać do debaty medialnej. Można było przekazać część informacji w trybie niejawnym, choćby podczas zamkniętego posiedzenia sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Ale państwo powinno mieć wewnętrznie uporządkowaną odpowiedź na pytanie, jaki był koszt, jaki był zysk, jakie były ryzyka i jakie są wnioski na przyszłość. Bez takiego bilansu każda kolejna decyzja będzie zaczynała się od nowa, jakby państwo nie miało pamięci.
Co przekazaliśmy? W jakim stanie technicznym? Jaka była rzeczywista wartość tego sprzętu? Który z przekazanych elementów był sprzętem najwyższej klasy, a z których trzeba było składać jedną sprawną sztukę z kilku innych? Co czasowo utraciliśmy w naszych zdolnościach? Co zostało uzupełnione? Co miało zostać uzupełnione, ale nie zostało? Co zyskaliśmy w relacjach z Ukrainą, Stanami Zjednoczonymi, NATO i Unią Europejską? A czego nie potrafiliśmy wynegocjować, choć mogliśmy?
Dobrym przykładem są terminale Starlink. Formalnie nie jest to najbardziej „wojskowy” element wsparcia, ale praktycznie mógł być jednym z najważniejszych: dostarczony w odpowiednim czasie wzmacniał łączność, zarządzanie i świadomość sytuacyjną państwa ukraińskiego. Tyle że taki przykład powinien prowadzić również do pytania o nas samych: czy podobne zdolności mamy dziś w polskim zarządzaniu kryzysowym, ochronie ludności i obronie cywilnej? Jeśli nie, to czy wyciągnęliśmy z tego jakikolwiek wniosek?
Poważne państwo po tak dużej operacji wsparcia robi bilans strategiczny. Państwo niepoważne robi konferencję prasową, przeciek, kontrprzeciek i polityczny teatr. I właśnie dlatego dziś nie rozmawiamy o tym, jaka była logika przekazywania sprzętu, tylko kto komu może tym sprzętem przyłożyć w krajowej polityce.
Grzech siódmy – państwo, które nie wyciąga wniosków
Ostatnim grzechem jest brak mechanizmu, który pozwalałby państwu uczyć się na własnych decyzjach. Nie chodzi o polityczne rozliczenie poprzedników, konferencję prasową czy wykazanie, że „tamci” zrobili coś źle. Chodzi o poważny, państwowy przegląd: co zadziałało, co nie zadziałało, gdzie podjęto trafne decyzje, gdzie improwizowano, a gdzie zabrakło procedur, analiz i koordynacji.
Przeczytaj także: Ujawniamy: Finansowa katastrofa w Instytucie Pileckiego w USA. Milionowe straty, śledztwo CBA i prokuratury
Po czterech latach wojny powinniśmy być mądrzejsi nie tylko o doświadczenia Ukrainy, ale również o własne doświadczenia. Powinniśmy wiedzieć, jak działał system podejmowania decyzji, jak oceniano ryzyka, jak liczono koszty, jak zabezpieczano zdolności Sił Zbrojnych RP i jak komunikowano cele wobec społeczeństwa oraz sojuszników.
Tymczasem zamiast instytucjonalnego uczenia się mamy polityczne rozliczanie. Zamiast chłodnego audytu – gorący spór. Zamiast wniosków na przyszłość – amunicję na najbliższą debatę. A państwo, które nie potrafi uczyć się na własnych decyzjach, skazane jest na to, by przy następnym kryzysie znowu improwizować.
Żal za grzechy i postanowienie poprawy
I dlatego dzisiejsza awantura o sprzęt dla Ukrainy jest tak naprawdę awanturą o coś znacznie większego. O to, czy Polska potrafi być państwem działającym w oparciu o planowanie strategiczne, czy tylko państwem reaktywnym. O to, czy potrafimy rozumieć własny interes narodowy w perspektywie lat, czy jedynie w perspektywie najbliższego sondażu.
W interesie Polski było i nadal jest, aby Rosja nie wygrała tej wojny. Problem nie polega więc na tym, że pomagaliśmy Ukrainie. Problem polega na tym, że zbyt często pomagamy, reagujemy, finansujemy, mobilizujemy się i gasimy pożary, a dopiero później próbujemy dorobić do tego strategię.
Sprzęt można przekazać. Można go potem uzupełnić. Można odtajnić dokumenty i policzyć każdą sztukę. Można zorganizować konferencję, wskazać winnych, przypisać zasługi i napisać kolejne komunikaty. Ale znacznie trudniej odbudować coś, czego od lat nam brakuje: zdolność państwa do myślenia strategicznego, planowania i konsekwentnego wdrażania decyzji.
Dlatego trzeba zacząć od strategii. Trzeba zbudować instytucję odpowiedzialną za strategiczną świadomość sytuacyjną państwa. Trzeba wskazać ośrodek odpowiedzialny za komunikację strategiczną. Bez tych zdolności nawet słuszne decyzje będą po czasie wyglądały jak improwizacja, a realna pomoc zostanie rozmieniona na polityczne drobne.
I właśnie w tym tkwi nasz najcięższy grzech: po czterech latach wojny nadal nie potrafimy spokojnie, uczciwie i ponadpartyjnie powiedzieć, jaka była – i jaka ma być – polska strategia wobec tej wojny oraz jej konsekwencji dla miejsca, w którym żyjemy. Dla Polski.


