Reklama
Kraj

Czy płatki śniegu w różowych piórniczkach noszą noże?

To bieda, brak zainteresowania ze strony rodziców i przemoc wpędzają nieletnich w przestępczość. Gdy więc ktoś wiąże ataki nożowników z tzw. płatkami śniegu, być może zyska poklask u kogoś, komu nie podoba się dzisiejsza „rozwydrzona gówniarzeria”. Tyle że nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistością.

Patryk Słowik
Opinia autorstwa: Patryk Słowik
Dzisiaj 16:41
11 min
Gdy więc spojrzymy na nieletnich, którzy trafiali do ośrodków wychowawczych i zakładów poprawczych, zobaczymy nie dzieci zmęczone chińskim i tenisem, lecz bardzo często biedę, alkohol, przemoc oraz rodziców mających własne poważne problemy. (fot. KZ)

Przeczytałem artykuł opublikowany w naszym portalu – Zero.pl – przez Dagmarę Leszkowicz-Zaluską zatytułowany „Ataki w szkołach. Wychowaliśmy pokolenie płatków śniegu, a teraz się go boimy?”. I uznałem, że muszę napisać polemikę, bo nagromadzenie banałów, uogólnień i najzwyczajniej w świecie nieprawdziwych wniosków wyciąganych przez autorkę jest tak duże, że – moim zdaniem – wręcz szkodliwe. A mówimy przecież o szalenie istotnym temacie, skoro punktem wyjścia są zamachy młodocianych nożowników.

Jak to jest z tymi płatkami śniegu?

Z tekstem Leszkowicz-Zaluskiej o tyle trudno polemizować, że mimo znacznej objętości jest on pozbawiony jakichkolwiek danych statystycznych, nie odwołuje się do badań naukowych ani nie opiera się na żadnych teoriach znanych w naukach o prawie, polityce społecznej ani socjologii. Autorka po prostu pisze o swoich doświadczeniach, co podpiera faktem, że niedawno wróciła ze Szwajcarii.

Jednocześnie w kilku miejscach Leszkowicz-Zaluska sama sobie zaprzecza. Przykładowo w tytule pisze, że „wychowaliśmy płatki śniegu”, by kilkanaście akapitów dalej wskazywać: „Nie wiem, czy rzeczywiście wychowaliśmy pokolenie płatków śniegu, i prawdę mówiąc, nie lubię tego określenia, bo sugeruje, że młodzi ludzie są z natury słabi, roszczeniowi i nieodporni”.

Z tekstem można zapoznać się TUTAJ, natomiast w skrócie: autorka twierdzi, że „ochranialiśmy dzieci przed stresem, rozczarowaniem i przykrymi emocjami. Wygładzaliśmy świat, usuwaliśmy przeszkody i pilnowaliśmy, by nic nie zabolało. Dziś alarmujemy o kryzysie zdrowia psychicznego młodzieży i szukamy kolejnych specjalistów. A jeśli część odpowiedzi na pytanie o źródła tego kryzysu znajduje się nie w gabinetach terapeutów, lecz w sposobie, w jaki wychowujemy dzieci?”.

Reklama
Reklama

Czytaj też: Patrole pod szkołami niczego nie zmienią. Prawdziwy problem dzieci ignorujemy od lat

Czytamy o tym, że za jej czasów to dziecko bało się bajek, w których świat nie był różowy i doskonały, a teraz – jako że jest wszystko doskonałe – my się boimy, co może wydarzyć się na szkolnym korytarzu.

„Basen, tenis, angielski, robotyka, chiński. Najlepiej wszystko, bo przecież trzeba inwestować w rozwój. Potem lekcje, korepetycje, sprawdziany i oceny. Rodzic w roli szofera, sekretarki i menedżera małego człowieka, któremu organizuje się niemal każdą godzinę życia. Tylko kiedy ten mały człowiek ma się nauczyć żyć?” – pyta autorka.

I pytanie to może miałoby sens, gdyby nie fakt, że po chwili rozmawiamy już nie o budowaniu samodzielności młodego człowieka, tylko o najpoważniejszych czynach kryminalnych. To jest punkt wyjścia autorki do rozważań i tą kwestią – bezpieczeństwa na szkolnym korytarzu – kończy swój materiał.

Zamiast anegdot – sprawdźmy dane

Dagmara Leszkowicz-Zaluska, jak już wspomniałem, nie sięgnęła po żadne statystyki ani badania naukowe. Natomiast my sięgnijmy.

Jedną z najobszerniejszych analiz dotyczących związku wychowania z przestępczością nieletnich opublikował w 2009 r. zespół holenderskich badaczy pod kierunkiem dr Machteld Hoeve z Uniwersytetu Amsterdamskiego.

Reklama
Reklama

Naukowcy przeanalizowali wyniki 161 badań, w których sprawdzano różne zachowania rodziców: od pobłażliwości i sposobu dyscyplinowania dziecka, przez nadopiekuńczość, po odrzucenie, zaniedbanie oraz kontrolowanie tego, gdzie dziecko przebywa i co robi.

Współczynnik korelacji pomiędzy przestępczością a nadzorem rodzicielskim wynosił -0,23, pomiędzy przestępczością a wiedzą rodzica o tym, gdzie jest i co robi jego dziecko – -0,26, zaś w przypadku sytuacji, gdy dziecko samo opowiadało rodzicom o swoim życiu – aż -0,31.

Z kolei z przestępczością wiązały się negatywne zachowania rodziców, takie jak zaniedbanie, wrogość i odrzucenie – tutaj wartości dochodziły do 0,33.

Reklama
Reklama

Nie chcę Was zanudzać współczynnikami korelacji, więc przekładając to na polski... Z holenderskiej analizy nie wynika wcale, że głównym kłopotem są rodzice, którzy za dużo zajmują się swoimi dziećmi i za rzadko mówią im „nie”. Znacznie większym problemem okazują się rodzice, którzy nie wiedzą, gdzie ich dziecko jest, co robi, z kim się spotyka, albo których relacja z dzieckiem jest tak słaba, że ono samo przestaje im o sobie opowiadać.

I ktoś mógłby teraz powiedzieć, że ta analiza jest już wiekowa. Ale niemal wszystkie z lat późniejszych pokazują to samo. Z badań, jakie znam i znalazłem na potrzeby napisania tej polemiki, w których zajęto się związkiem nadzoru rodzicielskiego z późniejszym popełnianiem przestępstw, wynika, że statystycznie większy nadzór rodzicielski wiąże się z mniejszą przestępczością.

Tenis, chiński i bańka klasy średniej

Tu warto wrócić do plastycznego obrazka z tekstu Leszkowicz-Zaluskiej: „basen, tenis, angielski, robotyka, chiński”, a pomiędzy nimi rodzic pełniący funkcję szofera, sekretarki i menedżera małego człowieka.

Taki model rodziny bez wątpienia istnieje. Tylko że trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to opis bardzo konkretnego fragmentu społeczeństwa. Żeby zawieźć dziecko z tenisa na robotykę, a następnie na chiński, dobrze mieć trochę pieniędzy, samochód, czas i generalnie życie na tyle poukładane, by największym problemem wychowawczym było ustalenie, czy w czwartek lepszy będzie basen, czy dodatkowy angielski.

Reklama
Reklama

Gdy natomiast naukowcy analizują setki badań dotyczących zachowań antyspołecznych młodzieży, widzą zupełnie inny problem.

Metaanaliza opublikowana w 2015 r. w „Clinical Psychology Review” objęła 133 badania i łącznie 339 868 dzieci oraz nastolatków. Jej autorzy sprawdzali, czy sytuacja społeczno-ekonomiczna rodziny koreluje z zachowaniami antyspołecznymi młodych ludzi. Wynik był jednoznaczny: niższy status społeczno-ekonomiczny rodziny wiązał się z większym nasileniem takich zachowań. Autorzy określili status społeczno-ekonomiczny jako solidny korelat zachowań antyspołecznych.

I tu zaznaczmy: to w żadnym razie nie oznacza, że dziecko z biednej rodziny zostanie przestępcą. Byłby to wniosek równie głupi jak stwierdzenie, że dziecko z zamożnego domu, które chodzi na tenis, na pewno wyrośnie na człowieka przestrzegającego prawa.

Pokazuje to natomiast, jak zwodnicze może być diagnozowanie przestępczości młodzieży na podstawie własnej bańki społecznej. Jeśli patrzymy na rodziców, którzy poświęcają dziecku mnóstwo czasu, pieniędzy i energii, a potem zastanawiamy się, czy właśnie to nie jest jednym z powodów brutalizacji młodzieży, odpowiedź – czy to się komuś podoba, czy nie – brzmi: nie, nie jest.

Reklama
Reklama

Przestępczość nieletnich nie rośnie. Ona przez lata spadała

Jest jeszcze jedna rzecz, która mocno nie pasuje do opowieści o młodym pokoleniu coraz gorzej znoszącym frustrację i przez to uciekającym się do przemocy.

Przestępczość nieletnich w Polsce przez wiele lat nie rosła, tylko gwałtownie malała.

Według Głównego Urzędu Statystycznego pomiędzy 2010 a 2020 r. liczba nieletnich, wobec których sądy orzekły środki wychowawcze, poprawcze lub kary za popełnienie czynu karalnego, zmniejszyła się z ok. 23 tys. do 7 tys. rocznie. Spadek był więc ogromny. Oczywiście częściowo można to tłumaczyć demografią, dlatego samych liczb bezwzględnych nie wolno traktować jako ostatecznego dowodu na to, że współczesna młodzież jest trzykrotnie grzeczniejsza od tej sprzed kilkunastu lat. Ale równie trudno na ich podstawie zbudować historię o kolejnych rocznikach coraz bardziej niezdolnych do znoszenia frustracji i w konsekwencji coraz bardziej niebezpiecznych.

Ale gdyby ktoś dalej uważał, że to wszystko demografia, to Instytut Wymiaru Sprawiedliwości policzył współczynnik odnoszący liczbę nieletnich sprawców do populacji w wieku 13–16 lat. W 2008 r. na 100 tys. młodych ludzi przypadało niemal 1400 nieletnich popełniających czyny karalne. W 2020 r. – 473. A więc również po uwzględnieniu zmian demograficznych spadek jest ogromny.

Reklama
Reklama

I, dla jasności, kończę na 2020 r., bo dla wcześniejszych lat możemy już śledzić długoterminowy trend. Później zmieniły się przepisy i sposób ujmowania danych, więc dokładanie kolejnych lat groziłoby porównywaniem jabłek z gruszkami.

Co widać w domach najtrudniejszych nieletnich

Idąc dalej: warto zapoznać się też ze znakomitą publikacją dr Justyny Włodarczyk-Madejskiej o sylwetkach nieletnich sprawców czynów zabronionych. Autorka przeanalizowała akta 397 nieletnich, których w 2014 r. sądy skierowały do młodzieżowych ośrodków wychowawczych lub zakładów poprawczych.

Czytaj też: Zoo w Łącznej. Panie prokuratorze, poproszę adres lemura

Z analizy wyszło, że tylko ok. 38 proc. matek i 38 proc. ojców tych nieletnich pracowało; u większości rodziców dominowało wykształcenie podstawowe lub zawodowe. Informacje o dochodzie udało się ustalić jedynie w 60 proc. spraw. W 75 rodzinach odnotowano korzystanie ze świadczeń pomocy społecznej. Około 10 proc. badanych mieszkało w warunkach złych lub bardzo złych.

Niemal połowa ojców nadużywała alkoholu lub była uzależniona, u około jednej trzeciej odnotowano przestępstwo lub pobyt w zakładzie karnym, a około 30 proc. ojców było sprawcami przemocy domowej.

Gdy więc spojrzymy na nieletnich, którzy trafiali do ośrodków wychowawczych i zakładów poprawczych, zobaczymy nie dzieci zmęczone chińskim i tenisem, lecz bardzo często biedę, alkohol, przemoc oraz rodziców mających własne poważne problemy.

Reklama
Reklama

Problemem nie są „płatki śniegu”

Ktoś teraz może powiedzieć: ejże, ale przecież nie ma sprzeczności w twierdzeniu, że brak zainteresowania dziećmi jest zły, oraz we wskazaniu, że trzymanie dziecka pod kloszem jest złe. Ktoś inny powie: ej, Słowik, poczytaj sobie Jonathana Haidta.

Wszystko to byłoby prawdą, gdybyśmy mówili tylko o chęci nauczenia dziecka samodzielności, pomaganiu mu w wejściu w samodzielne życie, walce o to, by nasze dziecko nie było ciamajdą itd. Szkopuł w tym, że autorka wprost – od tytułu, przez tzw. lead, po podsumowanie – wiąże pojęcie „płatków śniegu” z kwestiami przestępczości.

Z jednej strony Leszkowicz-Zaluska starannie zastrzega, że nie wie, co spowodowało ostatnie ataki i że przemocy nie wolno wyjaśniać jednym czynnikiem. Z drugiej – właśnie te ataki służą jej jako rama dla opowieści o nadopiekuńczości, braku granic i płatkach śniegu. Jeżeli nie ma dowodu, że jedno ma z drugim związek, po co w ogóle sklejać te dwa tematy?

Zarazem autorka robi to w momencie, w którym Polską wstrząsnęła fala trudnej do wytłumaczenia przemocy ze strony młodzieży. I tu – choć najmniej chcę skupiać się na konkretnych przypadkach z ostatnich dni – warto tylko zaznaczyć, że skąpe informacje, którymi dysponujemy, nakazują sądzić, że problemem przynajmniej wśród części zamachowców nie było wychowanie pod kloszem, tylko raczej, najdelikatniej ujmując, niedostatki odpowiednich wzorców i przemoc.

Reklama
Reklama

I teraz najważniejsze: dlaczego tak się tekstem Dagmary Leszkowicz-Zaluskiej zdenerwowałem? Ano dlatego, że kłopotem w kontekście przestępczości wśród nieletnich nie jest „tworzenie płatków śniegu” ani to, że kiedyś bajki były smutniejsze (abstrahując od tego, czy to w ogóle prawda). Problemem są wciąż występujące w Polsce kwestie społeczne. Jeżeli więc już na podstawie badań mamy wskazywać obszary szczególnego ryzyka, to znacznie częściej prowadzą one w stronę ubóstwa, przemocy, zaniedbania i nierównych szans niż dzieci przeciążonych tenisem i chińskim. To z kolei poważne wyzwanie dla polskiego państwa, bo przecież nie o to chodzi, żeby napiętnować ubogich i wychowujących się w rodzinach z problemami, lecz by poprawiać funkcjonowanie ich oraz całego społeczeństwa.

A nade wszystko – zanim weźmiemy się za naprawianie całego pokolenia, dobrze byłoby mieć dowód na to, czy rzeczywiście wiemy, co jest w nim zepsute.

Reklama
Reklama