Ariel Drabiński pisze na łamach portalu Zero.pl, że prawdziwym problemem polskich szkół jest kryzys zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży. Trudno oczywiście się z nim nie zgodzić. Problem zdrowia psychicznego w dzisiejszych czasach to temat rzeka. Tylko dlaczego, zamiast od lat wskazywać wyłącznie na brak psychiatrów i psychologów, nie zastanowimy się, skąd ten kryzys się w ogóle wziął i czy przypadkiem sami nie przyłożyliśmy do niego ręki?
Dziecięce koszmary
Ręka do góry, kto pamięta wilki z „Akademii Pana Kleksa”. Tak, te same, które maszerowały w rytm muzyki zespołu TSA, wyglądając, jakby właśnie uciekły z planu horroru i przypadkiem trafiły do filmu dla dzieci. Albo Gmorka z „Niekończącej się opowieści”, potwora brzydszego niż noc listopadowa, który wyskakiwał z ciemnej jaskini z zamiarem pożarcia Atreju. A przecież w tym samym filmie była jeszcze rozdzierająca serce scena, w której ukochany koń Atreju, Artaks, powoli zapadał się w Bagnach Smutku, a zrozpaczony chłopiec bezskutecznie próbował go uratować. Do tego Buka z „Muminków”, której wystarczyło pojawić się na ekranie, żeby człowiek zaczął podejrzliwie spoglądać w stronę drzwi własnego pokoju. Oto moje prywatne trio dziecięcych koszmarów, z Artaksem na dokładkę, żeby przypadkiem nie zabrakło również powodów do płaczu.
Ataki w szkołach. Smyk i Biedronka wycofują gadżety na Halloween
Straszne postaci z bajek mogłabym wymieniać w nieskończoność. Osobną kategorię stanowiły anglosaskie kreskówki i powieści, na czele z „O czym szumią wierzby”, które pod niewinnym tytułem skrywało świat tak osobliwy i niepokojący, że człowiek zaczynał się zastanawiać, czy brytyjscy autorzy literatury dziecięcej aby na pewno lubili dzieci.
Świat to nie jest bezpieczne miejsce
Strach był jednak tylko niewielką częścią tego, co serwowano nam w dzieciństwie. Twórcy filmów i książek nie mieli szczególnych oporów przed konfrontowaniem małych odbiorców z cierpieniem, okrucieństwem czy niesprawiedliwością. Bracia Grimm uśmiercali bohaterów jak leci, Andersen potrafił doprowadzić czytelnika do rozpaczy, a Astrid Lindgren w „Braciach Lwie Serce” zafundowała dzieciom opowieść o śmierci i poświęceniu, której niejeden dorosły nie potrafiłby przeczytać bez łez.
A przecież nie czytaliśmy tych książek wyłącznie po to, żeby się bać, tylko by dowiedzieć się czegoś o świecie. Że istnieje niesprawiedliwość, że nie każdy człowiek jest dobry i że czasem zwyczajnie trzeba sobie popłakać. Literatura pozwalała nam przeżyć to wszystko bezpiecznie, między okładkami książek. Nikt nie obiecywał, że na ostatniej stronie wszyscy będą szczęśliwi, choć przyznaję, że ilekroć czytałam „Chłopców z Placu Broni”, do ostatniej chwili łudziłam się, że tym razem ktoś jednak poda Nemeczkowi penicylinę i chłopak wyzdrowieje. Jednak cóż, chłopak żył w XIX wieku, więc na penicylinę musiałby jeszcze trochę poczekać.
Na takich historiach wychowywało się moje pokolenie. I od razu zaznaczę, że nie uważam, iż dzięki temu wyrośliśmy wyłącznie na ludzi odważnych, empatycznych i psychicznie niezniszczalnych. Niektórzy z nas do dziś mają ciarki na plecach na dźwięk „Marszu wilków” czy na wspomnienie Golarza Filipa, który bezceremonialnie kręcił głową skonfundowanego Adasia Niezgódki. Ale jest coś fascynującego w tym, że ówczesna popkultura dla dzieci bez specjalnych ceregieli pokazywała strach, śmierć, samotność i zło. Ba, nawet nie próbowała udawać, że świat jest bezpiecznym miejscem, w którym każdy konflikt da się rozwiązać rozmową o emocjach.
Dzisiaj coraz częściej próbujemy dzieciom ten świat wygładzać. Nie tylko w literaturze czy filmach, także w codziennym życiu. Nie chcemy, żeby się bały, przegrywały i doświadczały frustracji. Żeby ktoś powiedział im coś przykrego, a już, nie daj Boże, żeby musiały pogodzić się z faktem, że nie zawsze dostaną to, czego chcą. Oczywiście nie wszyscy rodzice tak postępują, ale trudno nie dostrzec pewnej tendencji, że coraz chętniej mylimy wychowanie bez przemocy z wychowaniem bez granic.
Szacunek do dziecka nie oznacza obowiązku spełniania każdej jego zachcianki, troska zaś nie polega na nieustannym usuwaniu mu przeszkód spod nóg. Zwłaszcza że prędzej czy później dziecko wychodzi z domu i wtedy odkrywa, że świat nie zamierza dostosowywać się do jego emocji.
Nożownicy w szkołach. Tusk podsumował działania rządu
Dziecko pod kloszem
Jest coś paradoksalnego w tym, w jaki sposób organizujemy dzisiaj dzieciństwo. Z jednej strony chcemy uchronić dzieci przed najmniejszym dyskomfortem, z drugiej fundujemy im życie wypełnione po brzegi obowiązkami, zajęciami dodatkowymi i oczekiwaniami.
Basen, tenis, angielski, robotyka, chiński. Najlepiej wszystko, bo przecież trzeba inwestować w rozwój. Potem lekcje, korepetycje, sprawdziany i oceny. Rodzic w roli szofera, sekretarki i menedżera małego człowieka, któremu organizuje się niemal każdą godzinę życia. Tylko kiedy ten mały człowiek ma się nauczyć żyć? Kiedy ma się ponudzić, wymyślić własną zabawę, pokłócić z kolegą i samodzielnie się z nim pogodzić? Kiedy ma przegrać mecz, nie dostać zaproszenia na urodziny albo usłyszeć od rodzica, że nowej zabawki nie będzie, bo nie i już?
Mam to szczęście, że mieszkam w miejscu, w którym dzieci wciąż mogą się tego wszystkiego uczyć. Jestem mamą trzech synów, choć dwóch starszych jest już dorosłych, więc ta historia dotyczy przede wszystkim najmłodszego. To niby zwykła podwarszawska miejscowość, ot, kilkanaście domów przy ślepej, choć otwartej uliczce, i ponad trzydzieścioro dzieci biegających po niej do późnego wieczora. A jednak powtarzam wszem wobec, że to jedno z najlepszych miejsc na świecie do wychowywania dziecka, i mówię to z pełnym przekonaniem. Codziennie rozgrywa się tam prawdziwy teatr życia społecznego: ten się z tamtym nie lubi, tamta dwójka właśnie się pokłóciła, ktoś kogoś nie dopuścił do zabawy, a inna grupka postanowiła sprawdzić, jak smakuje robal znaleziony w trawie.
Areszt i zarzuty dla 21-latki po ataku nożem w Warszawie
Psychologia piaskownicy w pełnej krasie i bez dorosłych, którzy przy pierwszym konflikcie zarządzają krąg rozmowy o emocjach. Chociaż czasem kusi, żeby iść do jednego czy drugiego rodzica i naskarżyć na jego latorośl, bo przecież „on jest niedobry dla mojego dziecka”. Jednak rzadko kto tak tutaj robi, a dzieci się kłócą, godzą, obrażają, wymyślają zasady, łamią je, a potem ustalają od nowa. Oczywiście, kiedy dzieje się coś naprawdę złego, dorośli muszą reagować, ale nie muszą rozstrzygać każdego sporu o to, czyja teraz kolej na rower i na jakim podwórku dzisiaj bawić się w bandę. Nie mam, rzecz jasna, złudzeń, że taka uliczka gwarantuje wychowanie szczęśliwego, odpornego psychicznie i porządnego człowieka. Daje mu jednak coś, czego nie zapewni żaden kurs kompetencji społecznych: możliwość codziennego ćwiczenia życia wśród innych, bardzo różnych ludzi.
Nie chodzi o to, żeby dziecku celowo fundować cierpienie. Chodzi o coś znacznie prostszego, czyli o świadomość, że frustracja jest częścią życia, a umiejętność radzenia sobie z nią nie pojawia się magicznie w dniu osiemnastych urodzin.
Psychologowie od lat zwracają uwagę na znaczenie stylu wychowania, który łączy ciepło i bliskość z konsekwentnymi granicami. Dziecko potrzebuje dorosłego, który je rozumie, ale także takiego, który potrafi powiedzieć „nie”. I wytrzymać fakt, że przez następne pół godziny nie będzie najbardziej lubianą osobą w domu. Tymczasem mam czasem wrażenie, że współczesny rodzic najbardziej boi się własnego dziecka, a konkretnie jego niezadowolenia.
Kilka dni temu wróciłam ze Szwajcarii, gdzie od lat fascynuje mnie podejście do dziecięcej samodzielności. Tam nikogo specjalnie nie dziwi, że kilkuletnie dziecko samo maszeruje do szkoły. Przeciwnie, odwożenie dzieci samochodem nie jest mile widziane, bo droga do szkoły to także lekcja samodzielności. Trzeba nauczyć się przechodzić przez ulicę, podejmować drobne decyzje, funkcjonować bez dorosłego trzymającego za rękę. W szwajcarskiej edukacji ważne miejsce zajmują też praktyczne umiejętności, a nie wyłącznie opanowywanie kolejnych porcji materiału.
Nie twierdzę, że kraj Helwetów jest rajem, choć koneserzy kina wiedzą doskonale, że „tam się dopiero oddycha”. Szwajcaria ma swoje niemałe problemy społeczne, napięcia wokół migracji, przestępczość, a także młodych ludzi zmagających się z kryzysem psychicznym. Nie proponuję więc importowania szwajcarskiego dzieciństwa w całości. Zastanawia mnie jedynie różnica w podejściu. Tam dziecięca samodzielność jest czymś, czego należy uczyć, a u nas bywa czymś, przed czym należy dziecko chronić.
Kiedy dziecko wychodzi z domu
W Polsce coraz częściej rozmawiamy o szkołach nie w kontekście tego, czego uczą dzieci, ale tego, czy potrafią zapewnić im bezpieczeństwo. O przemocy, agresji, zastraszaniu, a ostatnio także o atakach z użyciem noży. Trudno nie dostrzec tu pewnego paradoksu, bo z jednej strony próbujemy chronić dzieci przed frustracją i przykrymi emocjami, a z drugiej nie zawsze potrafimy uchronić je przed rzeczywistą przemocą. Co gorsza, taką, w której dzieci stają się jej sprawcami.
Planowane ataki nożowników? Szef MON: Leży to w strategii Federacji Rosyjskiej
W takich chwilach rozpoczyna się dobrze znany rytuał szukania winnych. Jedni wskazują na gry komputerowe, inni na media społecznościowe, jeszcze inni na brak dyscypliny w szkołach. Co do elektroniki i mediów społecznościowych, nie zamierzam ich bronić, bo uważam, że dzieciom przynoszą znacznie więcej szkody niż pożytku, a smartfon w rękach kilkulatka to jeden z bardziej absurdalnych pomysłów współczesnego rodzicielstwa.
Pojawiają się też pomysły na zwiększenie bezpieczeństwa, jak dodatkowe patrole policji, kontrole przy wejściach do szkół czy wreszcie kolejne procedury i mniej lub bardziej sensowne regulaminy. Wszystko to może mieć znaczenie, a niektóre rozwiązania mogą nawet zapobiec tragedii. Ale czy naprawdę wierzymy, że problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy nastolatek pojawia się w szkole z nożem?
Wróćmy więc do felietonu Ariela Drabińskiego. Autor słusznie zwraca uwagę na dramatyczny stan polskiej psychiatrii dziecięcej. Pisze o próbach samobójczych, brakach psychologów szkolnych i kolejkach do specjalistów, które potrafią sięgać kilkuset dni. Nie zamierzam z tą tezą polemizować, bo to oczywiste, że dziecko, które potrzebuje pomocy psychiatrycznej, powinno ją otrzymać jak najszybciej. System, który nie jest w stanie zapewnić takiej pomocy, zwyczajnie zawodzi.
Atak nożem w warszawskim autobusie. Policja szuka napastnika
Zwracam jednak uwagę na inny aspekt artykułu, który uwiera mnie nie jako specjalistkę, ale jako matkę. Otóż pan Drabiński pisze o przerażających skutkach epidemii zaburzeń psychicznych wśród dzieci i młodzieży, odnosząc je do ostatnich aktów szkolnej przemocy. Tylko że od kiedy zaburzenia psychiczne stały się zero-jedynkowym synonimem agresji?
Dziecko z depresją nie jest potencjalnym nożownikiem. Nastolatek cierpiący na zaburzenia lękowe nie staje się z automatu zagrożeniem dla kolegów. Zdecydowana większość osób z problemami psychicznymi nie dopuszcza się przemocy wobec innych. Co więcej, same mogą być szczególnie narażone na krzywdę.
Nie wiemy, co dokładnie doprowadziło sprawców ostatnich ataków do ich czynów. Nie powinniśmy więc na podstawie doniesień prasowych przypisywać im diagnoz psychiatrycznych i ferować wyroków, kto zawinił bardziej. Przemoc jest zjawiskiem znacznie bardziej złożonym. Mogą się na nią składać doświadczenia rodzinne, relacje z rówieśnikami, wcześniejsze krzywdzenie, wzorce zachowania, trudności w regulowaniu emocji i wiele innych czynników. Niekiedy także zaburzenia psychiczne, ale nie wolno stawiać między tymi zjawiskami znaku równości.
Jak rozmawiać z dzieckiem o atakach na szkoły. „Warto po prostu razem pobyć”
Jeśli bowiem zaczniemy traktować szkolną przemoc przede wszystkim jako objaw kryzysu psychiatrycznego, ryzykujemy podwójny błąd. Po pierwsze, stygmatyzujemy dzieci, które naprawdę potrzebują pomocy, po drugie zaś odwracamy uwagę od całego katalogu przyczyn przemocy, które nie mają nic wspólnego z diagnozą psychiatryczną.
A przecież właśnie o przyczyny powinniśmy pytać w pierwszej kolejności.
Kto wychowuje nasze dzieci?
Jest jednak jeszcze coś, czego brakuje mi w diagnozie Drabińskiego. Autor pyta, dlaczego system nie reaguje na kryzys zdrowia psychicznego młodzieży, a ja zaryzykuję pytanie, które przewija się od początku tego felietonu, to jest: skąd się ten kryzys bierze.
Oczywiście nie istnieje jedna odpowiedź. Na zdrowie psychiczne wpływają czynniki biologiczne, rodzinne, społeczne i ekonomiczne. Do tego pandemia, izolacja, wspomniane już media społecznościowe, presja osiągnięć czy wreszcie niepewność jutra. Byłoby absurdem sprowadzać depresję nastolatków do faktu, że rodzice zbyt rzadko mówią im „nie”, ale równie absurdalne wydaje mi się przekonanie, że odpowiedzią na wszystkie problemy współczesnego dzieciństwa jest zwiększenie liczby specjalistów.
Psycholog nie zastąpi rodzica, a psychiatra nie wychowa za nas dziecka. Terapia nie sprawi, że szkoła przestanie być miejscem upokorzeń, a telefon przestanie dostarczać treści, których dziecko nie potrafi jeszcze właściwie zrozumieć. Nie chodzi o przeciwstawianie wychowania leczeniu. Dziecko chore potrzebuje leczenia, a dziecko doświadczające przemocy ochrony. Chodzi o to, że pomoc specjalistyczna nie może stać się alibi dla świata dorosłych, którzy nie potrafią albo nie mają czasu zająć się przyczynami problemów.
Bo przecież my sami stworzyliśmy ten świat. To my kupujemy dzieciom smartfony, a potem narzekamy, że nie potrafią się od nich oderwać. My zapisujemy je na kolejne zajęcia, a potem dziwimy się, że są przemęczone. My rozwiązujemy za nie konflikty, a potem oczekujemy, że będą umiały samodzielnie radzić sobie z trudnościami.
To wreszcie my coraz częściej żyjemy w nieustannym pośpiechu, z telefonem w ręku, próbując między jednym obowiązkiem a drugim wygospodarować chwilę na rozmowę z własnym dzieckiem. A kiedy coś zaczyna się sypać, szukamy specjalisty, który to naprawi.
Kolejne zatrzymanie nastolatka. Komunikat warszawskiej policji
Żeby nie było, nie zamierzam obwiniać rodziców za każdą depresję, zaburzenie lękowe czy akt przemocy. Znam rodziny, w których dzieci otrzymują mnóstwo miłości, uwagi i mądrego wsparcia, a mimo to zmagają się z poważnymi problemami. Rodzicielstwo nie daje gwarancji szczęścia ani zdrowia psychicznego.
Ale odpowiedzialność za warunki, w których dorastają dzieci, spoczywa na dorosłych. Nie na ośmiolatku, który nie potrafi odłożyć telefonu, ani na nastolatku, który nigdy nie nauczył się przegrywać. To my mamy ich tego nauczyć. Bo świat jest tak urządzony, że sprawiedliwości w nim tyle, co kot napłakał.
Być może tutaj tkwi największy paradoks współczesnego wychowania. Tak bardzo chcieliśmy uchronić dzieci przed wszystkim, co trudne, że zaczęliśmy odbierać im okazje do uczenia się, jak z trudnościami sobie radzić. Jednocześnie nie potrafiliśmy ochronić ich przed tym, co naprawdę groźne: samotnością, przemocą, odrzuceniem czy presją, z którą trudno poradzić sobie nawet dorosłym.
Nie wiem, czy rzeczywiście wychowaliśmy pokolenie płatków śniegu, i prawdę mówiąc, nie lubię tego określenia, bo sugeruje, że młodzi ludzie są z natury słabi, roszczeniowi i nieodporni. A przecież nie wychowali się sami. Jestem natomiast absolutnie przekonana, że nie wystarczy postawić policjanta pod szkołą ani zatrudnić kolejnego psychologa, żeby rozwiązać problemy, które narastały przez lata.
W dzieciństwie baliśmy się wilków z „Akademii Pana Kleksa”, Gmorka z „Niekończącej się opowieści” i Buki z „Muminków”. Dzisiaj boimy się tego, co może wydarzyć się na szkolnym korytarzu. Tylko że tamtych potworów nie stworzyliśmy my. A świat, w którym dorastają nasze dzieci, jest już naszym dziełem.
Nie spieprzmy tego.


