Reklama
Reklama

Reklama

Wielkie zwijanie szkół. Albo placówki widma, albo likwidacja

Reklama
TYLKO NA

W tym roku w Wielkopolsce do zamknięcia pójdzie 20 szkół. Tyle samo – na Podkarpaciu. W woj. zachodniopomorskim od września przestanie działać 17. Siedem z nich już teraz nie miało uczniów. A to dopiero początek fali, bo zamykanie szkół to efekt niżu demograficznego. Rodzice protestują, a kuratoria nie mają żadnych prognoz co dalej.

artykul-glowne-foto-1
Szkoły znikają z mapy Polski. Kuratoria nie wiedzą, co będzie dalej (fot. Rolf Kremming / Shutterstock)
  • W całej Polsce rady gmin podejmują właśnie decyzje o tym, czy likwidować lokalne szkoły.
    Według Związku Nauczycielstwa Polskiego w tym roku skala decyzji o likwidacji jest wyjątkowo duża.
  • Szkoły trzeba zamykać, bo nie rodzą się dzieci. A im mniej dzieci w szkole, tym drożej. Edukacja ucznia w podstawówce kosztuje podatnika 22,7 tys. zł rocznie, czyli o 21 proc. więcej niż jeszcze w 2023 r.
  • W wielu miejscowościach trwają protesty rodziców. Likwidacje szkół to pole do konfliktów.
  • Państwo widzi, że narasta fala zamykania szkół, ale nie prowadzi analiz jej skutków. Tymczasem na wsiach i w miastach do 5 tys. mieszkańców, czyli na obszarach najbardziej zagrożonych likwidacją, uczy się ponad 40 proc. wszystkich uczniów podstawówek.

Reklama

– To najsmutniejsza z dotychczasowych sesji – mówiła Hanna Lecyk, radna Sokołowa Podlaskiego, w czasie nadzwyczajnego posiedzenia sokołowskiej rady. W czwartek samorządowcy podjęli decyzję o zamknięciu szkoły podstawowej nr 3. Placówka przetrwała 60 lat. Przestanie funkcjonować od września, a dzieci trafią do innej podstawówki w mieście.

Decyzji sprzeciwiali się rodzice. Napisali do radnych list, przekonując, że likwidacja wpłynie na pogorszenie się dobrostanu uczniów. Samorządowcy argumentowali, że wyjścia nie ma, bo miasta po prostu nie stać na utrzymanie tylu szkół.

Historia z Sokołowa nie jest unikalna, taki schemat powtarza się w każdym województwie. I, jak ostrzega Związek Nauczycielstwa Polskiego, podobnych sytuacji będzie z każdym rokiem coraz więcej.


Reklama

Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego prywatyzacji sektora edukacji:


Reklama

Rodzice nie chcą likwidacji szkół

Protesty rodziców, którzy nie chcą zgodzić się na zamykanie lokalnych szkół, wybuchają w całej Polsce od początku roku. Demonstracje i pikiety odbyły się m.in. w Pisarach w województwie lubelskim, Humieńcinie na Mazowszu, Rogoźnie w Wielkopolsce czy Gęstowicach w województwie lubuskim. Mieszkańcy organizują petycje, przychodzą na sesje rad gmin, publikują emocjonalne nagrania w mediach społecznościowych.

Choć miejscowości dzielą setki kilometrów, zestaw argumentów rodziców niemal wszędzie się powtarza. Rodzice ostrzegają przed wydłużeniem dojazdów, zmęczeniem dzieci i dalszym wyludnieniem małych miejscowości. Niekiedy przekonują też, że szkoła to centrum lokalnej społeczności, często jedna z ostatnich publicznych instytucji działających we wsi.


Reklama

Jednakowe zestawy argumentów mają też samorządy: chodzi przede wszystkim o pieniądze. Nic dziwnego, dane Głównego Urzędu Statystycznego potwierdzają, że koszt jednostkowy edukacji ucznia w szkole podstawowej znacząco wzrósł. Jeszcze w 2023 r. wynosił średnio 18,8 tys. zł. Rok później było to już 22,7 tys. zł na ucznia. Koszty edukacji jednej klasy w podstawówce prowadzonej przez gminę sięgają natomiast 436,5 tys. zł. To wzrost o blisko 80 tys. zł względem poprzedniego roku.


Reklama

– Najczęstsze uzasadnienia składanych wniosków o likwidację lub przekształcenie szkół to niekorzystna sytuacja demograficzna w danej gminie, zmniejszająca się liczba uczniów w poszczególnych oddziałach, wysokie koszty utrzymania szkoły – potwierdza Grażyna Dekiel, świętokrzyski wicekurator oświaty. Choć o likwidacji placówki decyduje rada gminy, kuratorium musi wydać na jej temat opinię.

Nie mamy więc jeszcze pełnego obrazu, ile szkół od września zniknie z mapy Polski. Dane z kuratoriów co do skierowanych do nich wniosków pozwalają jednak złapać skalę. Do kuratorium w Kielcach wpłynęło 20 wniosków o wydanie opinii. Do kuratorium w Białymstoku – 16, z czego los trzech podstawówek już dziś jest przesądzony. W Szczecinie urzędnicy przyjęli 17 wniosków o opinię w sprawie likwidacji i pięć dotyczących przekształcenia szkół. I tak jest w całym kraju. Decyzje o negatywnej opinii od kuratora zdarzają się bardzo rzadko.


Reklama

Nie ma prognoz, czy dzieci będą jeździć dłużej

Związek Nauczycielstwa Polskiego uważa, że proces likwidacji szkół w najbliższych latach przyspieszy. Przekonuje nas o tym Magdalena Kaszulanis, rzeczniczka organizacji. Powód jest prosty: niż demograficzny będzie się pogłębiał, a samorządom coraz trudniej utrzymywać małe placówki. 


Reklama

Zapytaliśmy więc kuratoria oświaty, czy prowadzą jakiekolwiek analizy pokazujące, ile szkół może zostać zamkniętych w najbliższych latach i które regiony są najbardziej zagrożone. Wszystkie odpowiedziały praktycznie tak samo: takich prognoz nie ma.

Kuratoria nie analizują również szerzej skutków społecznych likwidacji szkół. Nie wiedzą na przykład, czy dzieciom znacząco wydłuży się czas dojazdu do nowych placówek. Informacje na ten temat przedstawiają same gminy we wnioskach o likwidację, a urzędy głównie sprawdzają, czy formalnie spełnione są wymogi ustawowe dotyczące transportu uczniów.

– Na czas dojazdu składa się wiele czynników, takich jak częstotliwość umiejscowienia przystanków, drogi, którymi przemieszcza się autobus dowożący dzieci, czy kwestia pory roku i utrudnień drogowych. Kuratorium oświaty nie dokonywało zbiorczych analiz w tym zakresie, ale z treści wniosków wynika, że do rzadkości należą sytuacje, gdzie czas dojazdu przekracza 30 minut. Zwykle dotyczy to uczniów, którzy zamieszkują w najbardziej oddalonych regionach obwodu, a autobus musi pokonać całą trasę, zanim tam dojedzie – wyjaśnia Anna Skopińska z łódzkiego kuratorium.


Reklama

Barbara Nowacka ostrzega samorządy. „Tak nie wolno likwidować szkół”


Reklama

Państwo widzi więc, że narasta fala zamykania szkół, ale nie prowadzi całościowych analiz jej skutków. Tymczasem na wsiach i w miastach do 5 tys. mieszkańców, czyli na obszarach najbardziej zagrożonych likwidacją, uczy się ponad 40 proc. wszystkich uczniów podstawówek – podaje GUS.

"Mogłoby dojść do powszechnego likwidowania szkół"

Ministerstwo Edukacji Narodowej nie ogłosiło wielkiego programu zamykania szkół. Wręcz przeciwnie, oficjalnie przekonuje, że chce małe placówki ratować. Od nowego roku szkolnego wprowadza narzędzia, które ułatwią samorządom reorganizację lokalnej edukacji. Chodzi o tzw. ustawę o małych szkołach, przygotowaną przez MEN jako odpowiedź na niż demograficzny.

Nowe przepisy pozwalają m.in. łatwiej przekształcać szkoły w filie większych placówek, rozszerzają możliwość prowadzenia klas łączonych i umożliwiają wykorzystywanie pustych części budynków szkolnych na inne cele samorządowe, np. żłobki czy centra aktywności lokalnej. Resort przekonuje, że dzięki temu najmniejsze szkoły mają przetrwać, nawet jeśli będą działały w ograniczonej formule.


Reklama

7 kwietnia ustawę podpisał prezydent Karol Nawrocki. Jak tłumaczył, nowe przepisy mają być „alternatywą dla likwidacji małych szkół podstawowych w obliczu zmian demograficznych”. Prezydent przekonywał również: „Gdybym jej nie podpisał, to mogłoby dojść do powszechnego likwidowania szkół i politycznego przerzucania się za to odpowiedzialnością między rządem a samorządem”.


Reklama