Reklama
Kraj

Kacprzyków jest więcej. Jak covidowa prowizorka zmieniła uczelnie w fabryki dyplomów

Historia młodego lekarza z Warszawy uruchomiła debatę, która powinna wykraczać daleko poza jednostkowy przypadek. Czy zdalne kształcenie w czasie pandemii pozostawiło trwałe luki w kompetencjach absolwentów? I czy polskie uczelnie potrafią dziś zagwarantować realną jakość edukacji?

Łukasz Wolański
Opinia autorstwa: Łukasz Wolański
Dzisiaj 11:17
10 min
Egzaminy online to fikcja. Państwo udaje, że kontroluje, czego uczą wyższe uczelnie (fot. Shutterstock)
TYLKO NA
  • Pandemiczne, awaryjne przejście na tryb zdalny zostało przekształcone przez część uczelni w stały, wysoce rentowny model biznesowy, w którym raz nagrane materiały sprzedaje się kolejnym rocznikom przy minimalnych kosztach własnych.
  • Tradycyjne zajęcia akademickie zostały zastąpione samodzielnym przeglądaniem skryptów, a egzaminy online – z powodu braku systemów nadzoru – zmieniły się w testy bez realnej kontroli samodzielności studenta.
  • Choć medycyna szybko wycofała się z online, problem masowego, powierzchownego kształcenia zdalnego dotyka dziś tysięcy przyszłych nauczycieli, psychologów i urzędników, których błędy uderzą bezpośrednio w społeczeństwo.

Emocje długo nie opadną po wywiadzie, którego Krzysztofowi Stanowskiemu udzielił były ordynator chirurgii w Szpitalu Południowym, lekarz Emil Jędrzejewski. Zarzuty pod adresem młodego lekarza, byłego polityka Platformy Obywatelskiej i ex-radnego Ursusa, należą do najpoważniejszych z możliwych: narażanie zdrowia i życia pacjentów, brak kompetencji i uprawnień, zaniedbania skutkujące niekiedy śmiercią pacjentów, a także fałszowanie dokumentacji medycznej.

Przeczytaj także: Szokujące wyznania lekarza ze Szpitala Południowego. „Ginęli ludzie”

Słuchając tego wywiadu późno w nocy, zastanawiałem się, na ile mamy tu do czynienia z potencjalnie zdemoralizowaną jednostką, a na ile zawiódł system kształcenia. Mówimy przecież o lekarzu, który ukończył studia medyczne i zdał lekarski egzamin końcowy. W pewnym momencie Jędrzejewski zasugerował, że związek z opisywanymi problemami może mieć fakt studiowania przez niego w czasie pandemii COVID-19, gdy znaczną część zajęć prowadzono zdalnie, a kontakt studentów z pacjentami był ograniczony.

Reklama
Reklama

Nie wiem, czy w tym konkretnym przypadku forma kształcenia odegrała istotną rolę. Warto jednak potraktować tę sprawę jako pretekst do postawienia szerszego pytania o jakość kształcenia zdalnego w polskim szkolnictwie wyższym. Jestem bowiem przekonany, że w czasie pandemii uchylono puszkę Pandory, która później otworzyła się na oścież w sposób zupełnie niekontrolowany.

Covidowa prowizorka

Pandemia COVID-19 postawiła uczelnie przed sytuacją bez precedensu. W krótkim czasie trzeba było zdecydować, czy wstrzymać znaczną część procesu kształcenia, czy też przenieść go do internetu. Wybrano rozwiązanie drugie. Można zrozumieć okoliczności, w jakich podejmowano te decyzje. Trudniej jednak zgodzić się z tym, że uznano je później za model, który warto utrwalać.

W rzeczywistości należało przyjąć zasadę odwrotną. Jeżeli osiągnięcie określonych efektów kształcenia było niemożliwe zdalnie, studia powinny zostać wydłużone. Niezależnie od kosztów ekonomicznych, organizacyjnych czy społecznych. Dyplom szkoły wyższej nie jest bowiem świadczeniem socjalnym ani nagrodą pocieszenia za trudne okoliczności. Nie jest też czymś, co „należy się” po upływie określonej liczby semestrów. Stanowi on potwierdzenie osiągnięcia konkretnych kompetencji. Jeżeli nie można ich zdobyć przed ekranem komputera, to nie można udawać, że zostały zdobyte.

Reklama
Reklama

Dotyczy to szczególnie umiejętności praktycznych. Nie da się nauczyć wykonywania zabiegów medycznych bez kontaktu z pacjentem. Nie da się nauczyć prowadzenia doświadczeń laboratoryjnych bez pracy w laboratorium. Nie da się nauczyć skutecznego prowadzenia zajęć szkolnych wyłącznie poprzez oglądanie prezentacji i uczestnictwo w wideokonferencjach. Oczywiście część wiedzy teoretycznej można przekazać zdalnie. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczyna się udawać, że dokładnie w ten sam sposób można wykształcić praktyczne kompetencje zawodowe.

Wyjątek stał się biznesem

Po zakończeniu pandemii okazało się jednak, że otwarte awaryjnie drzwi pozostały szeroko otwarte. W wielu miejscach zdalne nauczanie przestało być środkiem nadzwyczajnym, a stało się wygodnym produktem. Powstał cały rynek studiów i studiów podyplomowych reklamowanych możliwością zdobycia kwalifikacji bez konieczności regularnej obecności na uczelni. Wraz z tym pojawiły się problemy, których ustawodawca w praktyce nie rozwiązał do dziś.

Przeczytaj także: Stanowski przerwał rozmowę. Przeczytał, co napisał Czuchnowski z „Wyborczej”

Czy to są w ogóle zajęcia?

Pierwszy z nich dotyczy samego pojęcia zajęć dydaktycznych. W systemie szkolnictwa wyższego funkcjonuje kategoria zajęć zorganizowanych, czyli takich, które odbywają się pod kierunkiem nauczyciela akademickiego i są wykazywane w dokumentacji przebiegu studiów. To właśnie liczba tych godzin trafia później do różnych dokumentów potwierdzających ukończenie studiów.

Reklama
Reklama

Tymczasem w części uczelni mianem zajęć zaczęto określać aktywności, które z zajęciami mają niewiele wspólnego. Student otrzymuje skrypty, prezentacje, nagrania lub zestaw materiałów umieszczonych na platformie internetowej. Niekiedy musi jedynie „odklikać” kolejne moduły albo pozostawić ślad swojej aktywności w systemie. W dokumentacji uczelni taka aktywność bywa jednak wykazywana jako określona liczba godzin zajęć.

Powstaje zasadnicze pytanie: gdzie przebiega granica między zajęciami organizowanymi przez uczelnię a zwykłą pracą własną studenta? Przecież przeczytanie podręcznika, obejrzenie nagranego wykładu czy zapoznanie się z prezentacją multimedialną nie różni się istotnie od samodzielnej nauki prowadzonej od dziesięcioleci przez studentów. Jeśli więc student korzysta z takich materiałów sam, w dowolnym czasie i bez realnej interakcji z prowadzącym, trudno uznać, że uczestniczy w zajęciach w akademickim znaczeniu tego słowa. Sam system ECTS odróżnia przecież zajęcia organizowane przez uczelnię od samodzielnej pracy studenta. Obejrzenie nagrania czy przeczytanie materiałów może być elementem tej drugiej, ale trudno uznać je za pełnoprawne zajęcia dydaktyczne.

Reklama
Reklama

A jednak jest to dla uczelni szalenie wygodne: zapłacić wykładowcy jeden raz za nagranie wykładu lub przygotowanie kursu na platformie, a potem latami używać tych materiałów (niekiedy nawet po śmierci autora!), czerpiąc z nich czysty zysk. A studia? Takie studia „same się prowadzą” na platformie. To dlatego uczelnie zatrudniające etatowo kilka–kilkanaście osób są w stanie prowadzić setki kierunków studiów podyplomowych. To właśnie dlatego niektóre uczelnie odkryły, że raz przygotowany kurs można sprzedawać kolejnym rocznikom niemal bez kosztów. Im mniej realnych zajęć, tym większa rentowność przedsięwzięcia.

Egzamin: kto zdaje i kto podpowiada?

Jeszcze poważniejsze problemy pojawiają się przy weryfikacji efektów kształcenia. W przypadku zajęć stacjonarnych prowadzący przynajmniej widzi studenta, może obserwować jego aktywność, zadawać pytania i oceniać postępy. W modelu całkowicie zdalnym wiele z tych mechanizmów przestaje działać.

Nie istnieje bowiem prosty sposób sprawdzenia, czy osoba zalogowana do systemu rzeczywiście samodzielnie wykonuje przypisane jej zadania. Ktoś może korzystać z pomocy innych osób, gotowych opracowań, zasobów internetu lub narzędzi sztucznej inteligencji. Może również przekazać swoje dane dostępowe komuś innemu. W wielu przypadkach uczelnia nie ma żadnych skutecznych instrumentów pozwalających wykryć takie sytuacje.

Przeczytaj także: Porażająca rozmowa ze zwolnionym chirurgiem. Tak potraktował go Trzaskowski

Reklama
Reklama

Dokładnie ten sam problem dotyczy egzaminów. Warunkiem rzetelnej oceny wiedzy i umiejętności jest zapewnienie kontrolowanej samodzielności. Student powinien rozwiązywać zadania samodzielnie, bez korzystania z niedozwolonych pomocy i bez udziału osób trzecich. W warunkach stacjonarnych jest to stosunkowo proste do osiągnięcia. W warunkach zdalnych wymaga natomiast zaawansowanych i kosztownych systemów nadzoru, obejmujących między innymi identyfikację osoby zdającej, monitoring obrazu i dźwięku, analizę zachowań czy blokowanie dostępu do innych zasobów komputera.

Takie rozwiązania istnieją, ale są skomplikowane, kosztowne i budzą dodatkowe kontrowersje prawne. W praktyce większość uczelni po prostu z nich nie korzysta. Efekt jest łatwy do przewidzenia. Egzaminy online często sprowadzają się do rozwiązywania testów bez realnej kontroli samodzielności, nierzadko z możliwością wielokrotnego powtarzania prób aż do uzyskania wyniku pozytywnego.

W konsekwencji coraz trudniej odpowiedzieć na podstawowe pytanie: co właściwie potwierdza dyplom ukończenia studiów? Czy rzeczywiście świadczy on o osiągnięciu określonych kompetencji przez konkretną osobę? Czy może jedynie o tym, że ktoś skutecznie przeszedł przez procedurę administracyjną zaprojektowaną tak, aby ukończenie studiów było maksymalnie wygodne?

Ministerstwo od lat nie widzi problemu

Dlatego problem wymaga pilnej interwencji ustawodawcy. Nie chodzi przy tym o walkę z technologią ani o całkowity zakaz kształcenia zdalnego. Chodzi o przywrócenie elementarnych standardów akademickich. Należy jasno określić, które efekty kształcenia mogą być osiągane na odległość, jakie formy aktywności można uznać za rzeczywiste zajęcia dydaktyczne oraz w jaki sposób ma wyglądać wiarygodna kontrola wiedzy i umiejętności.

Reklama
Reklama

Stawka jest bowiem znacznie większa niż wygoda studentów czy interes ekonomiczny uczelni. W Polsce funkcjonują całe kombinaty uczelniopodobne produkujące każdego roku setki tysięcy dyplomów, świadectw i certyfikatów. Ich absolwenci trafiają następnie do zawodów wymagających społecznego zaufania.

Życzyłbym sobie i innym, aby czasy, kiedy to zajęcia zdalne na studiach tak mocno praktycznych jak medycyna, nigdy nie wróciły. Jestem też przekonany, że większość lekarzy studiujących w czasie pandemii zaraz po jej zakończeniu zrobiła wszystko, by nadrobić swoje braki w praktycznych umiejętnościach. Zresztą uczelnie medyczne, gdy tylko pojawiła się taka możliwość, jako jedne wycofały się z pandemicznej prowizorki. Doskonale wiedziały, że pewnych kompetencji nie da się zdobyć bez bezpośredniego kontaktu z pacjentem.

Problem jednak pozostaje i jest poważny, choć dotyka raczej urzędników, nauczycieli, psychologów, pedagogów, terapeutów czy specjalistów od pracy z ludźmi, których kwalifikacje zostały zdobyte w systemie opartym bardziej na „przeklikiwaniu” kolejnych modułów niż na rzeczywistej weryfikacji wiedzy i umiejętności. A skutki takiego stanu rzeczy mogą okazać się równie groźne jak te, które dziś tak mocno poruszają opinię publiczną przy okazji sprawy radnego lekarza z Ursusa.

Reklama
Reklama

Sprawa Dawida Kacprzyka nie dowodzi oczywiście, że winne było kształcenie zdalne. Pokazuje jednak, jak ważne jest zadanie pytania, czy państwo rzeczywiście wie dziś, czego uczą i jak egzaminują niektóre szkoły wyższe. Bo konsekwencje błędów źle wykształconego lekarza, nauczyciela, psychologa czy urzędnika ponoszą później nie uczelnie, lecz całe społeczeństwo.

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny