Tekst ukazał się w Magazynie Zero#3.
- Najważniejsze projekty OpenAI oraz sukcesy rynkowe firm takich jak ElevenLabs są bezpośrednio współtworzone przez genialnych polskich naukowców.
- Sam Altman przyznaje, że polscy inżynierowie radzą sobie z każdym zadaniem, co wynika z naszej naturalnej skłonności do robienia „czegoś z niczego” i szukania sprytnych, nieszablonowych rozwiązań.
- Pomimo gigantycznego potencjału ludzkiego, polskie innowacje wciąż rozbijają się o mury biurokracji, brak odwagi rodzimych inwestorów oraz system edukacji nastawiony na odtwarzanie, a nie odkrywanie.
Skupmy się na nauce, technologiach i młodych badaczach z Polski. Chyba najsłynniejszym naukowcem ostatnich lat, który przebił się do masowej wyobraźni, był Sławosz Uznański-Wiśniewski. Kluczem do masowej świadomości były rzecz jasna pierogi. No i wszystko pięknie. Popularyzacja nauki wymaga czasem prostych rekwizytów, wesołej otoczki i dlatego świetnie, że wysłaliśmy w kosmos sympatycznego człowieka. Ale popularyzacja nauki wymaga też... nauki, której tutaj zabrakło. Odkrycia naukowe podobno jakieś były i będą zaprezentowane, tylko musimy na nie trochę zaczekać. No więc czekamy i szukamy dalej.
Oprócz rozpoznawalnych masowo naukowców z pierwszego planu, którzy wiedzą, jak mówić, żeby niespecjaliści chcieli słuchać, są naukowcy, którzy błądzą wzrokiem, faflunią do mikrofonu, nie jedzą pierogów, a jeśli nawet, to nie publicznie, i wydają branżowe artykuły na nieznanych zwykłym śmiertelnikom stronach.
Ciche rewolucje
Przykładowo czołowy naukowiec od AI, czyli doktor Wojciech Zaremba, wygląda, jakby ostatni raz widział słońce na wycieczce szkolnej w podstawówce. Nie sądzę, by przesadnie dbał o cerę ani tym bardziej o włosy, które ma często w ustawieniu domyślnym z ostatniego poranka. Garderobą zarządza algorytm „wygoda”, a nie „lans”, ale to właśnie Zaremba zasadniczo zmienia bieg historii naszej cywilizacji, rozwijając najbardziej przełomową technologię wszech czasów w firmie wartej setki miliardów dolarów, którą zresztą sam współzałożył.
Firma nazywa się OpenAI i gdy stanowiła jeszcze kilkuosobową paczkę ojców założycieli, Zaremba był jednym z nich. Potem okazało się, że prawie połowa kluczowego zespołu technicznego mówiła po polsku. Można więc powiedzieć, że to taka polska AI na uchodźstwie. A główny członek działu naukowego tej firmy, który wyznacza kierunki rozwoju światowej sztucznej inteligencji, nosi dość swojskie nazwisko Pachocki i pochodzi z Gdyni. Kiedy niedawno debiutowała pierwsza rozumująca wersja AI o nazwie o1, w stopce redakcyjnej można było przeczytać taką listę nadzorujących: Pachocki, Tworek, Fedus, Kaiser, Chen, Sidor i Zaremba.
Zadanie brzmi: znajdź dwóch nie-Polaków!
Jak to się stało, że zajęci narzekaniem, jak jest źle, zajmowaniem stron w wojnie Jarosława z Donaldem, zajęci spekulacjami, czy polscy piłkarze wyjdą z grupy, nie zauważyliśmy, że staliśmy się światową potęgą w zupełnie innej dyscyplinie – dyscyplinie, która najrealniej i najdrastyczniej odmienia oblicze Ziemi. Tej Ziemi?
Takie rewolucje zaczynają się zwykle cicho. Bo kto z nas zauważył, że od dwóch dekad, rok w rok, przywozimy medale z kolejnych Międzynarodowych Olimpiad Matematycznych? A to pierwszy barometr zmian, bo to z takich licealnych bystrzaków wyrastają nowi Kopernicy i Skłodowskie-Curie. Kto poza ścisłą branżą odnotował, że tegoroczny złoty medal Międzynarodowej Olimpiady Chemicznej zdobył Marek Gajownik z Olsztyna albo że Kornelia Wieczorek, licealistka z Gdyni, wylądowała na elitarnej liście „Girls of the Year 2025” magazynu „Time” za opracowanie biodegradowalnego nawozu ze szczepów bakterii Rhizobium? Cokolwiek to znaczy, eksperci zauważyli i docenili, że innowacyjny produkt wspomaga wzrost roślin, nie powodując degradacji gleby.
Warto mieć oko na takie zjawiska, bo współzałożyciel OpenAI Wojtek Zaremba, będąc maturzystą z Kluczborka, też przywiózł srebrny medal z Międzynarodowej Olimpiady Matematycznej w Wietnamie, więc już wtedy można było się spodziewać, że jego losy nie ułożą się banalnie. No i najpierw został podwójnym magistrem matematyki i mathématiques (studiował na Uniwersytecie Warszawskim i na paryskiej politechnice), a potem postanowił „postudiować” jeszcze trochę w Nowym Jorku, gdzie trafił na Yanna LeCuna, czyli ojca chrzestnego głębokiego uczenia (dziś jest głównym specjalistą od AI w Meta). A jeśli w drugiej dekadzie XXI wieku mieszkasz w Nowym Jorku i kręci cię idea myślących maszyn, prędzej czy później natkniesz się na takich ludzi jak Greg Brockman czy Ilya Sutskever i poczujesz, że nie jesteś na świecie sam, bo takich wariatów, na poziomie jak ty, są jeszcze… hmmm… no może nie tysiące, ale co najmniej jeszcze kilku.
Polska kultura kombinowania
Dziś, kiedy każdy ogłasza się „specjalistą” od AI – ludzie, którzy niedawno zajmowali się coachingiem czy marketingiem, nagle się przebranżowili i po obejrzeniu kilku wątpliwej jakości filmików na YouTubie, nie mając żadnego fundamentu merytorycznego, zaczynają nauczać o sztucznej inteligencji – trudno uwierzyć, że dekadę temu wszyscy prawdziwi specjaliści od myślących maszyn zmieściliby się przy jednym stoliku w nowojorskiej restauracji.
A Zaremba był jednym z nich. Najmłodszy, siedzący obok Elona Muska, Reida Hoffmana, Sama Altmana i Petera Thiela. Ale już wtedy na tyle rozpoznawalny, że został współzałożycielem firmy i dostał działkę związaną z przetwarzaniem języka naturalnego. Kiedy dwa lata temu jego szef Sam Altman wpadł na Uniwersytet Warszawski na debatę o AI, wspomniał właśnie o Wojtku i innych naszych mózgach w OpenAI, że trudno im dać zadanie, któremu by nie sprostali i przyznał przy okazji, że sam zachodzi w głowę, co sprawia, że właśnie na polskiej glebie wyrasta tyle wybitnych talentów inżynieryjnych i badawczych.
Przeczytaj także: Sławosz Uznański-Wiśniewski na Pyrkonie: Turystyka nie zagrozi nauce w kosmosie
A przecież wystarczyło zapytać o to chata, którego sam stworzył. ChatGPT jako powód nadzwyczajnej kreatywności polskich naukowców podaje: polską kulturę kombinowania, naszą naturalną skłonność do robienia dużo z małych zasobów, a najczęściej czegoś z niczego. To fakt, w tym jesteśmy rzeczywiście rewelacyjni, a w pionierskich realizacjach typu AI to ogromny atut, bo tworzenie modeli to ciągłe szukanie sprytnych skrótów, optymalizacji i niebanalnych sposobów myślenia.
Co ważne, oprócz wybitności naszych naukowców Altman wskazał na jeszcze jedną ważną ich cechę: dyscyplinę. Może nawiązywał przez to do Ilyi Sutskevera, czyli izraelsko-kanadyjskiego geniusza z Niżnego Nowogrodu, który był aż tak niezdyscyplinowanym pracownikiem, że usunął Altmana ze stanowiska dyrektora generalnego OpenAI. Zaremba stanął wtedy lojalnie po stronie szefa, a nawet zaszantażował resztę swoim odejściem. Podobnie zrobili inni Polacy, a ich presja okazała się na tyle silna, że Altman powrócił, a buntownik z Niżnego Nowogrodu musiał opuścić stanowisko głównego naukowca. I zajął je… Jakub Pachocki.
Pachocki z twarzy i z sylwetki przypomina młodego Elona Muska, ale nie gestykuluje tak szeroko i nie buduje wokół siebie kultu jednostki. Ubiera się w zwykły T-shirt z żółwiem, siada skromnie i zupełnie zwykłym głosem z ironicznym półuśmieszkiem mówi, że już za moment świat, w którym żyjemy, wejdzie w nową erę i zmieni się nie do poznania.
Ale dopytywany o szczegóły nowej ery nie jest zbyt wylewny, w ogóle – co rzadkie u naukowców – często mówi szczerze, że czegoś nie wie, zamyśla się, gubi wątek, szuka słów, by potem wypluć je z siebie na granicy zrozumienia. A mimo to świat słucha uważnie jego przeczuć, wszak jest człowiekiem, który współtworzył sztuczną inteligencję rozwiązującą skomplikowane zadania, prowadzi badania naukowe i wykazuje objawy zaawansowanego rozumowania, które coraz częściej wykracza poza ludzkie rozumowanie. I to on tworzy kolejne, coraz doskonalsze wcielenia sztucznej inteligencji.
Przeczytaj także: Naturalna pułapka na komary. Niezwykłe odkrycie naukowców
Pytanie brzmi: w co się wcieli AI w kolejnej wersji?
Tu Pachocki znów zapada w refleksję, po czym zdradza, że szykuje się coś, na co jego wybitne kompetencje matematyczne i informatyczne przestają wystarczać i przydałoby mu się więcej wiedzy i umiejętności z zakresu fizyki eksperymentalnej lub nawet biologii. I znów uśmiecha się tajemniczo.
Czy boi się pan AI?
Ale tych uśmieszków nie warto lekceważyć. W końcu „Time” umieścił jego nazwisko wśród 100 najważniejszych ludzi w branży AI. I to zaraz na początku. Dopiero dalej pojawiają się Musk, Zuckerberg i Altman…
Nie można lekceważyć tych uśmieszków też dlatego, że Pachocki doktoryzował się na Carnegie Mellon University, który ukończyło 21 noblistów, 13 laureatów Nagrody Turinga, 142 zdobywców Emmy, a nawet 13 zdobywców Oscara. Ma też na koncie staż podoktorski na Harvardzie, który ukończyli Bush, Roosevelt, Obama, Natalie Portman, Tom Morello – gitarzysta Rage Against the Machine – i twórca bomby atomowej Robert Oppenheimer. Dobór nazwisk nieprzypadkowy.
I last but not least, Pachocki ukończył gdyńską „trójkę”, czyli słynne III Liceum Ogólnokształcące na Wzgórzu Św. Maksymiliana, w którym diamenty szlifował legendarny profesor Ryszard Szubartowski – nauczyciel, który nie miałby szans uczyć w zwykłym liceum, tak jak Pachocki nie miałby szans się w takim uczyć. Zresztą z gdyńskiej trójki też miał wylecieć. Szczęśliwy traf sprawił, że spotkał człowieka, który powtarzał, że każdy kwiat ma szansę rozkwitnąć, kiedy mu się da odpowiednią glebę, zainspiruje deszczem pomysłów i ogrzeje słońcem uwagi. Tylko w takich warunkach rodzi się ciekawość, intuicja, pasja, a czasem w końcu nawet talent.
Tymczasem polska szkoła jest świetną kuźnią sprawnych rzemieślników i karnych kadr. Celem nadrzędnym jest realizacja podstawy programowej, z jak najlepszą średnią i wynikiem egzaminu końcowego. Gdy tymczasem – zdaniem „Wielkiego Szu” – celem powinno być zarażenie magią nauki, pokazanie emocji z nią związanych, tak by wzmacniać naturalny pęd ucznia do swobodnego eksplorowania nieznanego i nagradzać samodzielne, poprawne rozwiązywanie problemów.
Co do ostatniego – dziś wychowanek gdyńskiej „trójki” w podobny sposób uczy maszyny. Maszyna sama eksploruje nowy teren i szuka rozwiązań metodą prób i błędów. Błędy są wyciszane, a skuteczne próby nagradzane i wzmacniane. Taka była z grubsza wizja Szubartowskiego. A wizja Pachockiego jest dziś taka, by AI stała się zaawansowaną inteligencją, zdolną wygrać np. olimpiadę matematyczną (co już się dzieje, o czym mówiłem ostatnio na Kanale Zero, gdy AI zdobyła pierwszy raz w historii złoty medal na Międzynarodowej Olimpiadzie Matematycznej), rozwikłać skomplikowane problemy, prowadzić badania naukowe i odkrywać nowe rzeczy, czyli w konsekwencji… powtórzyć karierę jej twórcy, ale na poziomie niedostępnym człowiekowi.
Pachocki pytany, czy się nie boi, że AGI lub superinteligencja w końcu wyeliminuje z gry jego samego, odpowiada z rozbrajającą szczerością, że się boi, i że wszyscy powinniśmy się bać, bo od czasów kryzysu atomowego nie było więcej powodów do strachu. I znów uśmiecha się zagadkowo.
Jego kolega z gdyńskiej „trójki”, Szymon Sidor, to typ najmniej aspergerowski – właściwie ze swoją aparycją mógłby spokojnie zrobić karierę na scenie pop-rockowej, na której z powodzeniem dublowałby Michała Szpaka. Pierwsze zadanie Sidora w OpenAI byłoby zapewne marzeniem wielu z nas. Miał spędzić 500 godzin, grając w „Dota 2”, strategiczną grę zespołową, w której każdy gracz steruje bohaterem o unikalnych umiejętnościach w celu zniszczenia ufortyfikowanej twierdzy przeciwnika po drugiej stronie mapy. Gra jako pierwsza w historii przekroczyła milion jednocześnie grających na Steamie, więc naukowcy z OpenAI uznali, że warto, by AI też się jej nauczyła. Wcześniej przecież tak sprawnie złapała reguły szachów i gry go, że z miejsca wymiotła ludzką konkurencję, więc teraz czas na coś nowego. Przyjemniejszego. Ciekawszego. I trudniejszego!
Oprócz Sidora w „Dota 2” grali Jakub Pachocki, Wojciech Zaremba, Rafał Józefowicz i Przemysław Dębiak. Kolejny dziwnie znajomy skład! Polscy naukowcy grają w pracy w strzelankę za amerykańskie pieniądze. To się nazywa robota marzeń. Ale efekty tej zabawy były dalekosiężne. Okazało się, że AI jest w stanie pokonać ludzi również w tej dyscyplinie, co nie jest tak znanym faktem, jak detronizacja Kasparowa przez Deep Blue czy Lee Sedola przez AlphaGo. Dodatkowo w przypadku „Dota” do zwycięstwa potrzebna była współpraca, zdolności improwizacyjne, strategia zespołowa i umiejętność podejmowania decyzji w dynamicznym i złożonym środowisku, czyli to, co uważaliśmy za immanentnie ludzkie i w czym czuliśmy się dotąd niezagrożeni.
Takich typowych ludzkich cech AI z roku na rok ma coraz więcej. A ważnym przełomem w rozwoju tak skutecznej sztucznej inteligencji była praca naukowa z 2017 roku pod tytułem, który wygląda na podkradziony z dyskografii Beatlesów: „Attention is all you need”. Praca przedstawiła architekturę sieci neuronowej typu transformer, czyli przełomowy model dla przetwarzania sekwencji, który jest całkowicie oparty na mechanizmie uwagi. Praca ta stała się fundamentem dla nowoczesnych modeli językowych jak GPT, które stały się z kolei fundamentem współczesnej sztucznej inteligencji. A kto był autorem tego przełomu?
Potomkowie dwóch emigrantów z Niemiec na zielonych kartach, Amerykanin w pierwszym pokoleniu, którego rodzina uciekła przed prześladowaniami, i ośmiu naukowców urodzonych poza Ameryką, w tym nasz człowiek z Dolnego Śląska, Łukasz Kaiser.
Ubiera się nieco bardziej po profesorsku niż wcześniej wspomniani. W końcu habilitacja zobowiązuje przynajmniej do koszuli z kołnierzem. Ale często nosi bluzę z kapturem lub słynne w tej branży T-shirty z żółwiem. W 2017 roku jego zespół stworzył kolejny przełom – MultiModel, opisany w publikacji „One Model To Learn Them All”.
Było to pierwsze podejście, które próbowało nauczyć jeden, uniwersalny model sztucznej inteligencji wykonywania bardzo różnych zadań naraz: rozpoznawania obrazów, tłumaczenia języków, opisywania zdjęć, rozumienia składni czy rozpoznawania mowy. Inspiracją dla projektu była obserwacja, jak ludzki mózg przetwarza dane sensoryczne z różnych modalności. MultiModel był właściwie pierwszym model wykonującym zadania na dużą skalę, obejmującą wiele domen. Ustanowił plan dla przyszłych badań nad AI ogólnego przeznaczenia.
Druga publikacja Kaisera nie zrobiła już takich rekordów cytowalności, ale pokazała, że uniwersalna inteligencja może być możliwa. Przy czym dla Kaisera punktem referencyjnym dla AGI nie jest nasza ludzka inteligencja, ale coś o wiele bardziej ogólnego. Co ciekawe, twórca sztucznej inteligencji i promotor generalnej inteligencji pytany o to, czym w ogóle jest inteligencja, odpowiada, że nie wie. I to jest prawdziwa inteligencja.
Panda czy toster?
Czymkolwiek jednak będzie, warto wyposażyć ją w elementy sumienia, choćby i sztucznego, bylebyśmy tylko mogli jej jakoś zaufać. I tu na scenę wchodzi kolejny polski profesor, który nazwisko ma tak sugestywne, że gdybym sam je wymyślił, wyśmialibyście mnie za banał. Ale życie ma gdzieś banały i pisze najlepsze scenariusze. A zatem przed państwem: Aleksander Mądry.
Urodzony na Dolnym Śląsku (jak Kaiser), wyedukowany w Polsce, a potem Europie (jak wszyscy), dziś profesor Massachusetts Institute of Technology, najbardziej prestiżowej i najtrudniejszej do wymówienia uczelni świata. Kieruje tam laboratorium MIT Center for Deployable Machine Learning, które stara się sprawić, by AI była jeszcze bezpieczniejsza.
Gdy Zaremba, Pachocki, Kaiser i Sidor razem z miliarderami w Kalifornii próbują sprawić, by AI potrafiła więcej, Mądry stoi gdzieś obok, oparty o barierkę i filozoficznie powiada: świetnie, że model robi to, co chcecie, ale co, jeśli zacznie robić to, czego nie chcecie?
W swojej pracy z 2018 roku, „Towards Deep Learning Models Resistant to Adversarial Attacks” udowadniał światu, że sztuczna inteligencja, tak jak jest niezwykle potężna, tak jest wciąż wrażliwa i podatna na pewne manipulacje. Często dawała się oszukać jednym pikselem. Gdy podmienimy maleńki, niewidoczny dla ludzkiego oka fragment obrazu, AI – ta sama, która rozpoznaje twarze i samochody – nagle uznaje, że miś panda to… toster. To odkrycie zatrzęsło Doliną Krzemową, bo może wiązać się z tym wiele zagrożeń.
To chyba nie są popularne twierdzenia w dobie AI-owego zamieszania, ale Mądry nie ma swego kanału na YouTubie, nie robi motywacyjnych TED-talków, więc ma gdzieś lajki. To raczej taki cichy strażnik bezpieczeństwa, który non stop psuje nam, entuzjastom AI, zabawę trudnymi, ale ważnymi pytaniami.
Siedem lat temu Mądry dostał Nagrodę Presburgera, przyznawaną corocznie przez Europejskie Stowarzyszenie Informatyki Teoretycznej najwybitniejszemu młodemu naukowcowi za przełomowe odkrycia w dziedzinie teorii informatyki. Nagroda niejednokrotnie wskazywała przyszłych liderów nauki. A tak przy okazji, Mądry nie jest jej pierwszym polskim laureatem. Tym razem jednak w laudacji napisano słowa wyjątkowe: „Przełamał istniejące od dawna bariery w zakresie złożoności i wprowadził w tej dziedzinie nowe i bardzo odmienne techniki, które od tego czasu z powodzeniem zostały przyjęte przez innych”.
I może właśnie dlatego ustawiają się do niego kolejki najważniejszych ludzi w tej branży, a gdy ChatGPT zaczął zdobywać świat i ludzie z OpenAI zaczęli się własnego sukcesu trochę obawiać, nie mieli innego wyjścia – zadzwonili po pomoc do kolejnego diamentu znad Wisły (choć ten akurat urodził się bliżej Odry) i od dwóch lat Mądry jest na pokładzie z Zarembą, Pachockim, Sidorem, Kaiserem i całą resztą polskiego zaciągu, który jest dużo, dużo dłuższy, ale czas postawić wreszcie kropkę, bo światowa awangarda polskich twórców AI nie ogranicza się tylko do tych, którzy uczą ją rozumować.
Szalony plan za miliony
No bo kiedy człowiek czuje się już zrozumiany, chciałby być również usłyszany, więc ktoś musiał nauczyć AI mówić. I zrobili to dwaj warszawiacy, to znaczy jeden warszawiak z Zalesia, a drugi aż z Gdańska. Inspiracją do założenia firmy był kiepski dubbing filmowy. Piotr Dąbkowski (warszawiak z Gdańska) i Mati Staniszewski (ten z Zalesia) mieli po prostu dość domyślania się, co on powiedział w filmie. Każdy z nas miał kiedyś tego dość, ale nie każdy wściekł się na tyle, by rozkręcić wartą 3 mld dolarów międzynarodową korporację i zrobić z tym porządek. I to w dwa lata.
Próbowali stworzyć tę firmę w Polsce, ale bardziej wkurzające od dialogów w polskich filmach są monologi polskich inwestorów, którzy mogliby ewentualnie coś dać, ale muszą mieć gwarancję, że się odkują i to najlepiej do grudnia, bo wtedy jest sprawozdanie. Zagraniczne monologi inwestorskie bywają przyjemniejsze. I zamiast o pieniądzach, mówi się o nowej jakości, rewolucji albo nawet o fajnej i niepewnej przygodzie z nieznanym finałem.
Przeczytaj także: Prolegomena do narcyzmu w nauce
No, ale nie ma co ukrywać – nawet zagraniczny inwestor może mieć opory, gdy widzi dwóch wariatów z Polski, którzy kręcą makaron na uszy, że syntezatory będą mówiły jak człowiek z właściwą interpretacją, że muzyka tworzona sztucznie wybrzmi całą paletą uczuć. Tylko że… żaden z nich nigdy nie splamił się pracą w branży audio. Ale znaleźli się tacy, którzy uwierzyli w szalony plan i sypnęli milionami. I tak powstało ElevenLabs: z braku doświadczenia, z braku koneksji i z wielkiej frustracji. No i z marzenia, rzecz jasna.
Zaledwie dwa lata później Mati i Piotr osiągnęli coś, co zdarza się nielicznym i nawet tym nielicznym zajmuje dekady – stali się potrójnym jednorożcem, czyli start-upem wycenianym na ponad 3 miliardy dolarów. Z ich rozwiązań zaczęły korzystać wielkie wytwórnie filmowe, studia dubbingowe, twórcy gier, streamerzy, zwykli podcasterzy, którzy nagle mogli zacząć mówić perfekcyjnie obcymi językami i zdobywać widzów. No i ludzie, którzy stracili głos wskutek choroby. Dalszy plan jest taki, by tłumaczyć ze wszystkich języków w czasie rzeczywistym, by każda treść cyfrowa mogła przemówić własnym, naturalnym głosem, a potem technologia ElevenLabs ma się stać „globalnym głosowym layerem Internetu”.
Dolina straconych szans
Dobra, wystarczy już tych sukcesów w AI – nadszedł czas, aby zmienić dziedzinę i poszukać zdolnych Polaków w innych miejscach. Niestety historie, które teraz opiszę, nie zawsze kończyły się happy endem.
Podobny, a nawet lepszy od twórców ElevenLabs, start miała Olga Malinkiewicz, która w 2013 r. odkryła perowskity… a właściwie nie perowskity, bo te odkrył Rosjanin Lew Aleksiejewicz Pierowski jeszcze przed wojną. Nasza specjalistka odkryła, że perowskitowe ogniwo słoneczne przetwarza światło słoneczne na energię elektryczną z obiecującą wydajnością i przetwarzając perowskity w niższych temperaturach, da się je osadzać na elastycznych podłożach. Mówiąc jeszcze prościej: wpadła na pomysł, jak zamienić ciężki i nieporęczny panel fotowoltaiczny na dachu na lekką i zgrabną naklejkę na plecaku.
Po roku założyła własną korporację z międzynarodową obsadą i śmiałą ideą, by stworzyć realny produkt. Pojawiło się wsparcie od Komisji Europejskiej, pieniądze z polskiego budżetu, wsparcie od prezydenta w postaci Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski, a nad wszystkim miała czuwać bałtycka bogini słońca, czyli Saule.
Co ranek, jak wierzyli pradawni Łotysze, bogini nabierała światło do swego czerpaka i tak wschodził dzień. Podobnie jak wschodził on dla Malinkiewicz i dla światowej rewolucji energetycznej, w której centrum miała znaleźć się Polska. Oprócz boskiej pomocy Saule potrzebni byli jeszcze ziemscy aniołowie… biznesu. Tak cudownie nazywa się w branży fundraisingowej wspaniałych ludzi z nadmiarem pieniędzy i dobrych rad, którzy potrafią zamieniać marzenia w dochodowe przedsięwzięcia.
Ale minęło ponad dziesięć lat, odkąd nad perowskitami wzeszło słońce, i produktu ciągle nie ma. Jest za to spór, który w ostatnich miesiącach spektakularnie narasta. Olga Malinkiewicz zarzuca swoim aniołom, że się zbiesili i nie dają pieniędzy, że blokują projekt, ją samą i w ogóle to, co robią, podpada bardziej pod definicję wrogiego przejęcia firmy i jej wynalazku niż pod jakiekolwiek wsparcie. Sprawa zrobiła się tak poważna, że odkrywczyni poszła do sądu, no i oczywiście do mediów.
Aniołowie kontratakują, że rozwój polskich perowskitów blokuje głównie Malinkiewicz, bo pieniądze, które jej jednak przekazują, idą na piękne biura w prestiżowych lokalizacjach, niepotrzebne podróże służbowe i efektowną flotę samochodową. Malinkiewicz odpowiada, że inwestorzy nic nie dają, tylko pożyczają i to pod zastaw akcji, więc spłacając pożyczki akcjami, sama traci realne udziały we własnej spółce (czytaj: również w przyszłych zyskach).
Poza tym aniołowie jej biznesu zajmują się głównie defraudowaniem publicznych pieniędzy i nazywa ich wprost lichwiarzami. Ci, odpłacając pięknym za nadobne, nazywają Olgę Malinkiewicz polską Elizabeth Holmes, czyli oszustką, która wyciągnęła swego czasu mnóstwo pieniędzy od amerykańskich inwestorów, opowiadając im bajki o rewolucji w bezbolesnym pobieraniu krwi i szybkich analizach.
I tu powtarza się schemat, który opisałem w moim drugim tekście (do przeczytania którego nieustannie zachęcam). Polacy wymyślają ideę, pierwsi wybiegamy z bloków startowych, a potem wskutek najróżniejszych problemów świat nas dogania i w końcu przegania. Brytyjczycy z Oxford Photovoltaics są już coraz bliżej komercjalizacji ogniw perowskitowych, rekordowe sprawności ogniwa odnotowują badacze z Korei, silnym graczem jest jak zwykle Ameryka – w tym przypadku National Renewable Energy Laboratory, a nawet Holendrzy, którzy postanowili zbratać perowskity ze starym dobrym krzemem i osiągnęli efektywność takiego tandemu na poziomie 30 procent.
Przeczytaj także: Naukowcy zbadali sen po kofeinie. Wnioski mogą zaskoczyć kawoszy
Dla porównania: nasza efektywność waha się w okolicach 25 procent, Koreańczycy przekroczyli 20, a dla jeszcze szerszego porównania: dziesięć lat temu, kiedy świat startował od zera, my szczyciliśmy się ponad 10-procentową efektywnością perowskitowych ogniw. Dziś sytuacja wygląda tak, że nie tylko nie ma produktu, nie ma też obiecanej fabryki perowskitów pod Wrocławiem. Mimo wpompowanych setek milionów złotych technologia wciąż raczkuje, linie produkcyjne nie przekroczyły etapu pilotażowego, a spółka Saule odnotowuje milionowe straty netto.
Planowana Dolina Krzemowa nad Odrą jest na razie doliną straconych szans, a perowskity stają się naszym nowym grafenem. Pamiętacie podobny szum wokół naszego polskiego superwytrzymałego, superprzewodzącego i lekkiego materiału, który miał zmienić świat i przynieść Polsce sławę, bogactwo i miano technologicznej superpotęgi? Tam też wszystko utknęło na poziomie komercjalizacji, rozbiło się o kwestie wsparcia finansowego i w ogóle pomysłu na strategię i rozwój jakże obiecującej idei. Ale udało się skomercjalizować grafen w Australii i żeby nie było wątpliwości, kto był pierwszy (w komercjalizacji, a nie w wynalazku), Australijczycy nazwali swoją firmę First Graphene.
Mury biurokracji
Takie nowe pomysły pojawiają się w polskich głowach z konsekwentną regularnością. Ostatni już w tym tekście przykład: Róża Brito. Młoda wynalazczyni wymyśliła materiał, który wygląda jak folia, jest mocny jak folia, ale nie rozkłada się tak długo jak folia. Co więcej, można go wyrzucić na grządkę i zaraz zamieni się w nawóz lub zblendować i zamieni się w pożywny napój probiotyczny. Jeśli komuś nie chce się ani wyrzucać, ani blendować, może torbę po prostu zjeść. Ponoć na razie nie ma smaku, ale kto powiedział, że torby nie można zrobić ze smakiem? Materiał nazywa się SCOBY, od pierwszych liter Symbiotic Culture of Bacteria and Yeast, czyli symbiotyczna kultura bakterii i drożdży.
Róża pokazała prototyp. Efekt: eksplozja zainteresowania. Londyn, Bruksela, Monachium, Gdynia – jej projekt został doceniony na wszystkich najważniejszych festiwalach designu. Została finalistką wielu konkursów designerskich i jedną z najzdolniejszych absolwentek roku. Dziś wciąż szuka swojej drogi od „mam pomysł” do „jest produkt”.
A teraz czas na podsumowanie
Oczywiście naszą listę można by kontynuować w nieskończoność i za każdym razem spotkać się z zarzutem niekompletności. Bo przecież nie było nic o Jacku Krawczyku, który kieruje rozwojem Google Gemini – wielkiego konkurenta ChatGPT. Nie wspomniałem o fenomenalnym Tomku Czajce – legendzie programowania, dzięki któremu Elon Musk wynosi na orbitę kolejne satelity. Warto byłoby też opowiedzieć o Adamie Wiśniewskim i Michale Mazurze z AI Clearing, którzy stworzyli algorytmy monitorujące wielkie budowy: lotniska, gazociągi, farmy fotowoltaiczne, i które eliminują błędy warte miliardy. Panowie powoli stają się globalnymi liderami autonomicznej kontroli projektów.
Zastanawiałem się też, czy nie napisać o Piotrku Byrskim i Pawle Włodarczyku-Pruszyńskim, którzy wzięli na warsztat chemiczną syntezę i dziś ich Molecule.one projektuje ścieżki wytwarzania nowych leków. Następny projekt AI w służbie zdrowia to Piotr Orzechowski i jego Infermedica, która przeprowadza wywiad medyczny i sugeruje diagnozy w ponad 30 krajach. To superważny temat, bo do 2030 roku 5 miliardów ludzi może nie mieć dostępu do lekarza, a w Polsce czas oczekiwania na ortopedę czy kardiologa często mierzy się w latach.
Jak widać, Polacy są wręcz stworzeni do rozwiązywania problemów. I często słyszą, nawet od swoich profesorów, że są kreatywni, mądrzy i wyjątkowi, że polska myśl przebija się na planecie Ziemia i że cały świat stoi przed nimi otworem. Ale po wyjściu z murów uczelni polski naukowiec często dowiaduje się, że trzeba z uporem walić głową w biurokratyczne mury lub z jeszcze większym uporem żebrać u inwestorów. W Kalifornii student buduje swój pierwszy start-up jeszcze w trakcie studiów i zamiast oceny dostaje inwestora, który mówi: „Sprawdź, czy to zadziała na rynku, a potem zobaczymy”. Do polskiej politechniki też czasem wpada wąsaty właściciel pobliskiej mleczarni lub fabryki maszyn rolniczych i mówi coś o partnerstwie biznesu i nauki, ale najczęściej na takich pogadankach się kończy.
Dlatego młodzi ludzie, którzy jeszcze na początku studiów wierzą, że mogą stworzyć coś wielkiego, po dwóch-trzech latach uczą się czegoś zgoła innego: jak przechodzić przez system bez wychylania się, jak zaliczać, a nie odkrywać, jak spełniać wymagania, a nie zadawać pytania i najważniejsze: jak stąd wyjechać.
To piękne, ale i wymowne zarazem, że tygodnik „Polityka” nagradza co roku najlepszych polskich młodych naukowców w ramach programu o desperackiej nazwie „Zostańcie z nami”. W tym roku ten apel i nagrodę-zachętę otrzymał na przykład dr inż. Marek Wodziński z AGH, który tworzy narzędzia AI realnie wspierające rekonstrukcje czaszki po ciężkich urazach, pomaga diagnozować i usuwać nowotwory.
Przeczytaj także: Nikt nie przeklina tak pięknie jak Polacy
Fajnie byłoby, gdyby z nami zostali wszyscy laureaci stypendium „Zostańcie z nami”, ale nie wiadomo, co im przyjdzie do głowy po miesiącach pisania wniosków o grant albo co gorsza, kiedy dostaną grant i trzeba będzie go rozliczyć, albo kiedy osiągną sukces i spotka ich syndrom grafenu lub perowskitów. Lub dostaną intratną propozycję nie do odrzucenia z USA.
Niestety podobnych historii bez happy endu jest sporo. Konsorcjum PolStorEn, które miało opracować polski system magazynowania energii elektrycznej – technologię absolutnie kluczową dla transformacji energetycznej – przez pięć lat czekało na ostateczną decyzję Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Projekt odrzucono z powodów proceduralnych. W tym samym czasie Niemcy, USA i Chiny budowały fabryki baterii i systemy magazynowania energii. Pomysł polskich samochodów elektrycznych też był wielkim sukcesem… propagandowym, dziś wkroczył w sferę żartów i memów. Polskie drony też jakoś nie mogą się przebić do zamówień polskiej armii, chociaż te są coraz potężniejsze. W czasach, gdy cały świat mówi o energii jądrowej, warto przypomnieć, że tu też byliśmy w wielu obszarach bardzo zaawansowani, lecz nasz niedoszły Żarnowiec Nuclear Power Plant dawno jest już zasypany.
Innowacja rodzi się z wolności
Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, bo oto właśnie otworzyło się kolejne okno możliwości. Okno o nazwie AI, o czym mówią nam sukcesy naszych rodaków. Oczywistą sprawą jest, że nie dogonimy już w tym wyścigu Stanów Zjednoczonych ani Chin, ale przy takim potencjale ludzkim i doświadczeniach międzynarodowych na najwyższym poziomie może nie warto oddawać tego biegu zupełnie bez walki.
Parę miesięcy temu Ministerstwo Cyfryzacji (fajnie, że w ogóle jest) wydało dokument o świetnie brzmiącej nazwie „Polityka rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce do 2030 roku” (świetnie, że był taki pomysł). Ale ciekawe, czy na świetnie brzmiącym tytule się nie skończy. Bo można odnieść wrażenie, że polityka rozwoju nie wskazuje żadnego konkretnego planu rozwoju, tylko litanię pobożnych życzeń i listę biurokratycznych ruchów. Oderwani od rzeczywistości urzędnicy jak zwykle stworzyli fajny PDF, który nijak ma się do realnej sytuacji w Polsce.
A ta jest brutalna. I już nie mówię nawet teraz o pracach podstawowych dotyczących rozwijania AI. Mówię o samym stosowaniu tego, co już zostało rozwinięte. Polski Instytut Ekonomiczny wyliczył, że tylko 5,9 proc. firm zatrudniających pracowników w naszym kraju korzysta z jakichkolwiek systemów opartych na sztucznej inteligencji, co boleśnie pokazuje dystans dzielący nasze zaplecze intelektualne od technologicznej codzienności rodzimego biznesu.


