Reklama
Reklama
Moto

Polskiego kierowcę można przyzwyczaić do wszystkiego. Nawet do łupienia go na „prawku”

Polska klasa polityczna od lat jest nauczona, że polskich kierowców można systematycznie coraz mocniej dociskać. Nie podejmuję się oceny, skąd to się bierze, jednak trudno politykom się dziwić – z sondażu SW Research dla Zero.pl wynika, że egzaminy na prawo jazdy w obecnej formie, która służy do nabijania budżetów ośrodków egzaminacyjnych, właściwie mało komu wadzą.

Piotr Rodzik
Felieton autorstwa: Piotr Rodzik
Dzisiaj 08:04
5 min
Sondaż: Polacy nie widzą dużego problemu w obecnych egzaminach na prawo jazdy. (fot. Shutterstock)

Reklama

TYLKO NA

Na początek może szybkie przypomnienie. Mniej więcej dwa tygodnie temu minister infrastruktury Dariusz Klimczak zapowiedział rewolucję – to chyba odpowiednie słowo – w egzaminach na prawo jazdy.


Reklama

Egzamin praktyczny na kategorię B ma być prowadzony de facto w warunkach drogowych. „Znika” – wyjaśnienie cudzysłowu później – plac manewrowy. Do tego zmienia się egzamin teoretyczny, który tak naprawdę nie spełniał swojej funkcji – pytania są często pozbawione dydaktycznego sensu, a ponadto zdarzają się w nich błędy.

To tak w telegraficznym skrócie. Ale najwięcej emocji budzi właśnie faktyczna rezygnacja z placu manewrowego. Koniec z jazdą po łuku.

Przeczytaj: Największy wróg Polaka to jego rodak. Przekonali się o tym już rolnicy, teraz fani motorsportu


Reklama

Co na to Polacy? Właściwie to… nic. Portal Zero.pl zadał respondentom SW Research trzy pytania w tej kwestii i z mojej perspektywy wyniki są mocno zaskakujące.


Reklama

Ankietowani na pytanie o rezygnację z jazdy po łuku na placu manewrowym praktycznie podzielili się „po równo”. Według 33,6 proc. respondentów to dobra decyzja, 35,5 proc. ma zdanie przeciwne, a 30,9 proc. nie ma zdania.

Przy czym należy dodać, że tradycyjnie punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. W grupie do 24 lat 53,8 proc. ankietowanych uważa, że rezygnacja z łuku to dobry pomysł. A to ta grupa, którą naprawdę interesuje egzamin. Reszta patrzy na to raczej na zasadzie „ja się męczyłem, niech inni się męczą”.


Reklama

Z kolei według niemal połowy respondentów (46,3 proc.) egzaminy w obecnej formie są „odpowiednie”. Tylko 7,7 proc. ankietowanych uważa, że są za łatwe, 23 proc. twierdzi, że są za trudne, a zdania nie ma również 23 proc. ankietowanych. Co ciekawe, w grupie do 24 lat aż 63,3 proc. uważa, że są one odpowiednie. To stoi w sprzeczności z aspiracjami tej grupy do rezygnacji z jazdy po łuku.


Reklama

Respondenci nie widzą też powodu do zmian w kwestii wieku, od którego możliwe powinno być nabycie uprawnień do kierowania samochodami osobowymi. Ponad połowa respondentów (52,9 proc.) uważa, że 18 lat to dobry moment.


Reklama

Czyżby każdy musiał się wymęczyć?

Patrzę na te wyniki i – choć oczywiście wiem, że duże grono respondentów ma ten temat tak naprawdę gdzieś, bo już posiada uprawnienia na potrzebne kategorie – jestem zdziwiony „popularnością” placu manewrowego. Tak samo jestem zdziwiony, że blisko połowa ankietowanych uważa, że egzaminy w dzisiejszej formie są okej.


Reklama

Już mój kolega redakcyjny Tymon Grabowski pisał, że nie będzie tęsknić za łukiem manewrowym. Ja mogę w zasadzie dorzucić swoje trzy grosze i stwierdzić, że decyzja zapada co najmniej 20 lat za późno. Znam za dużo osób, które zdawały ten nieszczęsny łuk „na studzienki” i „na słupki”. Na przykład siebie. Zresztą zachęcali mnie do tego instruktorzy.

Albo swoją mamę, która zdawała egzamin na placu jeszcze w czasach, kiedy trzeba było na nim parkować. Bynajmniej nie parkuje dziś dzięki tej wiedzy lepiej, bo wiedza zdobyta na placu manewrowym była po prostu nieżyciowa. Przepraszam, mamo.

Kasa musi się zgadzać

Ten egzamin jest po prostu oderwany od rzeczywistości. To, co dzieje się na placu, ale też często to, co dzieje się później na ulicach, służy po prostu ubijaniu kursantów. Nie bez powodu w Polsce mało kto zdaje „za pierwszym razem” i na tle średniej europejskiej „wyróżniamy się” w tej kwestii in minus.


Reklama

Podobnie o tym wszystkim myśli Łukasz Zboralski, ekspert bezpieczeństwa ruchu drogowego. – Ludzie w sieci piszą, że teraz, bez placu, to same „łamagi” na drogach się pojawią. Otóż plac nie zniknie jako element szkolenia. Instruktor zaczynając uczenie musi spędzić z kimś czas na placu, aż ten będzie obsługiwał auto na tyle, że może wyjechać na drogę – opowiada.


Reklama

Przeczytaj: Chiński samochód za pół miliona złotych jest już z nami w pokoju. Istne szaleństwo

I dodaje: – My tylko – a tak jest w całej UE od lat – nie będziemy dalej egzaminować ludzi z jazdy między tyczkami i farbą na betonie. Z danych wiemy, że ten element służył wyłącznie do oblewania 1/3 kursantów. Zwłaszcza na zadaniu, które było zaprojektowane tylko do uwalania egzaminu, czyli jeździe po łuku. Tam bowiem nie można się zatrzymać, poprawić, to musi być jednorazowy płynny przejazd. Takich rzeczy normalnie na drodze kierowca z 30-letnim stażem nie robi. Często coś poprawiamy, próbujemy lepiej się złamać itd.

Przeczytaj: Dlaczego małe autka zniknęły z polskich dróg? Unia nie jest jedynym winowajcą

Życzyłbym sobie – i wszystkim państwu – żeby za parę lat świeżo upieczony kierowca po prostu umiał nie jeździć slalomem między słupkami, a przewidywać sytuację na drodze.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Piotr Rodzik
Piotr RodzikWydawca