- NATO potwierdziło obowiązywanie art. 5, ale Europa ma przejąć większy ciężar własnej obrony.
- Sojusz uznał Rosję za długoterminowe zagrożenie i zapowiedział dalsze wsparcie Ukrainy warte co najmniej 70 mld euro rocznie.
- Ankara pokazała nowy układ transatlantycki: mniej amerykańskich gwarancji, więcej europejskiej odpowiedzialności.
Państwa NATO uzgodniły także przekazanie Ukrainie pomocy o wartości 70 mld euro w tym roku oraz co najmniej takiej samej kwoty w przyszłym.
Przywódcy państw NATO w tej samej deklaracji końcowej przyjętej podczas szczytu w Ankarze uznali Rosję za „długoterminowe zagrożenie dla bezpieczeństwa i stabilności euroatlantyckiej”. Podkreślili również, że Iran nie może nigdy wejść w posiadanie broni jądrowej.
W dokumencie poinformowano także o uzgodnieniu nowych zamówień obronnych o wartości przekraczającej 50 mld dol. Państwa Sojuszu zobowiązały się do zwiększenia wspólnych zdolności produkcyjnych sektora obronnego oraz zacieśnienia współpracy z przemysłem, aby przyspieszyć rozwój i wdrażanie nowych technologii.
Jak zaznaczono w deklaracji, działania te mają wzmocnić zdolności odstraszania NATO wobec długoterminowego zagrożenia ze strony Rosji oraz utrzymującego się zagrożenia terrorystycznego.
Koniec epoki amerykańskiego parasola?
Końcową deklarację należy czytać między wierszami. Pięknoduchowskie marzenie o wiecznym parasolu ochronnym Ameryki nad Starym Kontynentem właśnie został złożony. A Europejscy sojusznicy zaakceptowali, że zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w bezpieczeństwo Europy będzie stopniowo maleć. Nie pozostawiono jednak innego założenia, niezwykle istotnego w relacjach transatlantyckich - Europa liczy na bardziej przewidywalną politykę Waszyngtonu.
Jeszcze rok temu, podczas szczytu w Hadze, europejscy przywódcy starali się przekonać administrację prezydenta Donalda Trumpa do utrzymania dotychczasowej obecności USA w Europie. Zobowiązanie państw NATO do zwiększenia wydatków na obronność do 5 proc. PKB oraz potwierdzenie obowiązywania art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego miały być dowodem jedności Sojuszu.
Zbyt daleko idącym wnioskiem byłoby stwierdzenie, że Europa ugięła się pod dyktando lokatora Białego Domu. Niemniej nie ulega wątpliwości, iż Trumpowi udało się – co prawda, to gwałtem, to chybotliwością deklaracji – istotnie pobudzić europejskich partnerów do większej, militarnej autonomii.
Błędem byłoby również uznać obecnego prezydenta USA za jedynego inicjatora europejskich zwrotów. Co najmniej od kilku dekad, Waszyngton zapowiadał zmianę swoich priorytetów geopolitycznych na rzecz Pacyfików. Zarówno politycy amerykańscy, jak i wojskowi, coraz częściej mówili lapidarnie – do it yourself! (róbcie to sami – red.). Trump okazał się akceleratorem zmian, które były zapowiadane i wdrażane od dawna.
Obecny prezydent jednak niemal z ostentacją pokazuje swój rosnący dystans do Europy, czasami nawet – formy wrogości. Trumpowi nie podobają się zmiany demograficzne na Starym Kontynencie, brak ostrej polityki migracyjnej oraz brak ochrony granic i tożsamości cywilizacyjnej. Zmultiplikowały się również quasi wrogie naciski USA wobec Europy, spory wokół Grenlandii, próby zaangażowania europejskich państw w konflikt z Iranem oraz stopniowe ograniczanie amerykańskiej obecności wojskowej na kontynencie.
Ultimatum, giełda nazwisk, widmo dymisji. Stara szkoła Donalda Tuska
Grenlandia kolejnym punktem sporu między Waszyngtonem a Europą
Trump w charakterystycznej frazeologii powiedział podczas szczytu:
Grenlandia powinna znajdować się pod kontrolą Stanów Zjednoczonych, a nie Danii.
Oraz dodał:
To właśnie zaszkodziło moim relacjom z NATO, ponieważ Grenlandia nie przynosi Danii żadnych korzyści. Dania nie wydaje pieniędzy, aby realnie wspierać Grenlandię, podczas gdy dla Stanów Zjednoczonych ma ona kluczowe znaczenie. Jest otoczona przez chińskie i rosyjskie okręty.
Na koniec symptomatycznie skonkludował: „Nie chcieli o tym słyszeć, mimo że wydajemy tak dużo pieniędzy, aby pomagać im w obronie przed Rosją”.
Ameryka chce pogodzić dwa elementy. Z jednej strony militarnie wycofać się z Europy. A z drugiej, żąda odeń uległości. Stany chcą, aby Europa stała się samodzielna, a za chwilę – Europę widzi podległą swojej woli i ambicji.
Być może dlatego według analityczek Sophii Besch i Tary Varmy europejskie stolice coraz częściej odchodzą od polityki ustępstw wobec administracji Trumpa. Za punkt zwrotny uznają początek 2026 r., kiedy Unia Europejska po raz pierwszy zagroziła wykorzystaniem instrumentów przeciwko presji gospodarczej ze strony USA. Ich zdaniem pokazało to, że Europa jest gotowa aktywniej bronić swoich interesów.
Równolegle przyspiesza budowa większej strategicznej autonomii Europy. Wśród rozważanych rozwiązań wymieniają rozwój europejskich zdolności obronnych w ramach NATO, wzmocnienie własnego potencjału odstraszania nuklearnego oraz tworzenie systemów finansowych mniej zależnych od dolara.
Unia reaguje na skandal z UPA. Po naciskach polskich europosłów
Przyszłość Sojuszu Północnoatlantyckiego: partnerstwo zamiast zależności
Uniezależnienie się od Stanów Zjednoczonych będzie procesem długotrwałym. O ile europejski przemysł zbrojeniowy rozwija się w szybkim tempie, o tyle w obszarze technologii, sztucznej inteligencji czy finansów zależność od amerykańskich firm pozostaje bardzo duża. Należy zwrócić uwagę, że większość infrastruktury chmurowej w Europie nadal kontrolują przedsiębiorstwa ze Stanów Zjednoczonych, a dolar pozostaje dominującą walutą w rozliczeniach międzynarodowych.
Europa nie postrzega również Chin jako realnej alternatywy dla USA, obawiając się zastąpienia jednej zależności inną.
Już widzimy, iż szczyt NATO w Ankarze nie przyniósł odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące przyszłości relacji transatlantyckich. Europejscy sojusznicy nie oczekują już utrzymania dotychczasowej skali amerykańskiego zaangażowania, lecz bardziej uporządkowanego procesu przekazywania większej odpowiedzialności za bezpieczeństwo państwom europejskim.
Administracja Donalda Trumpa pozostaje zbyt nieprzewidywalna, by zapewnić Europie oczekiwaną stabilność. Ich zdaniem długofalowo relacje transatlantyckie będą ewoluować w kierunku bardziej partnerskiej współpracy, opartej przede wszystkim na wspólnych interesach, a nie na jednostronnych gwarancjach bezpieczeństwa ze strony Stanów Zjednoczonych.
Europa nie zrywa więzi z Ameryką, ale przestaje zakładać, że bezpieczeństwo kontynentu będzie na zawsze gwarantowane przez Waszyngton. Odtąd relacja ma być bardziej partnerska, oparta na wspólnych interesach, a nie na jednostronnym poczuciu odpowiedzialności Stanów Zjednoczonych.
Dla europejskich stolic to nie tyle wybór, ile konieczność wymuszona przez geopolitykę i zmianę amerykańskich priorytetów.
Wszystko więc wskazuje na to, że wracamy do dawnej gramatyki układów geopolitycznych, gdzie „nie ma wiecznych sojuszników ani wiecznych wrogów. Wieczne są tylko interesy”…

