Reklama
Świat

Przed szczytem NATO. Ameryka odchodzi, Europa nie jest gotowa

Szczyt NATO w Ankarze ma dotyczyć wydatków obronnych, przemysłu zbrojeniowego i wsparcia Ukrainy. W rzeczywistości jego stawką jest jednak coś znacznie większego: odpowiedź na pytanie, czy Europa zdoła przejąć większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo w czasie, gdy Stany Zjednoczone stopniowo ograniczają swoją obecność wojskową na kontynencie.

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 05:59
11 min
Szczyt NATO w Ankarze pod przewodnictwem Marka Ruttego zadecyduje o nowej logice strategicznej Sojuszu i skali odpowiedzialności Europy za własne bezpieczeństwo. (fot. NurPhoto / Getty Images)
TYLKO NA
  • USA drastycznie redukują obecność wojskową, wycofując z Europy m.in. myśliwce, tankowce oraz systemy dalekiego zasięgu. W nowym modelu NATO 3.0 Waszyngton utrzyma jedynie parasol nuklearny i rozpoznanie, zmuszając Europę do samodzielnej obrony przed Rosją.
  • Wojna w Zatoce Perskiej przeniosła się do wnętrza NATO, obnażając głębokie pęknięcia w rozumieniu sojuszniczej solidarności. Dla USA wsparcie w operacjach globalnych to warunek konieczny, podczas gdy dla wielu państw europejskich priorytetem pozostaje wyłącznie obrona kontynentu.
  • Europa pilnie potrzebuje realnych zdolności obronnych, a nie tylko politycznych deklaracji o podnoszeniu wydatków do 5% PKB. Nadzieją na sfinansowanie gigantycznych zapasów i przemysłu ma być inicjatywa Kanady – globalny bank obronny o kapitale 130 miliardów dolarów.

Z początkiem tygodnia w Ankarze, stolicy Turcji, rozpocznie się 36. szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego. Z oficjalnej agendy wynika, że 32 państwa NATO chcą rozmawiać o trzech głównych kwestiach: inwestycjach obronnych, odbudowie przemysłu zbrojeniowego oraz trwałym wsparciu Ukrainy.

Przeczytaj także: Gra o przetrwanie. Czy Kuba wytrzyma amerykański nacisk?

Jednak jeśli pominąć polityczne deklaracje, kluczowy będzie szerszy kontekst spotkania. Bowiem szczyt odbędzie się pod presją wojny w Zatoce Perskiej, redukcji amerykańskiej obecności wojskowej w Europie oraz pytania wynikającego z tego kontekstu: jaka jest przyszłość wiarygodności amerykańskiego odstraszania?

Reklama
Reklama

Prawdziwa stawka szczytu jest więc głębsza niż deklarowana agenda. Dotyczy tego, czy Europa potrafi przejąć większą odpowiedzialność za obronę kontynentu, zanim amerykańska redukcja wojsk w Europie stworzy trwałą lukę w europejskim systemie odstraszania.

Stan Sojuszu przed Ankarą

Przed szczytem w Ankarze NATO znajduje się w stanie pozornej stabilizacji. Oficjalny język Sojuszu, powtarzany przez sekretarza generalnego Marka Ruttego, pozostaje przewidywalny i głosi „jedność sojuszu”. Problem polega jednak na tym, że za deklarowaną jednością kryje się coraz głębszy spór o to, czym Sojusz ma być w nowym układzie bezpieczeństwa.

Najważniejsze pęknięcie ujawniła III wojna w Zatoce Perskiej, która dla administracji Donalda Trumpa stała się testem lojalności. Waszyngton zaczął oczekiwać, że państwa korzystające z amerykańskiej ochrony w Europie będą gotowe wspierać USA także poza europejskim teatrem działań. Nie chodziło wyłącznie o polityczne poparcie, które w świetle traktatu waszyngtońskiego – ustanawiającego sojusz polityczno-wojskowy – powinno być podstawą „politycznej jedności” Sojuszu. Stawką był dostęp do przestrzeni powietrznej, logistyki oraz infrastruktury europejskich sojuszników w amerykańskiej operacji nad Iranem.

Część państw przyjęła tę logikę. Inne, jak Hiszpania czy Wielka Brytania, ograniczyły własne zaangażowanie albo otwarcie dystansowały się od amerykańskiej operacji. W ten sposób kryzys bliskowschodni przeniósł się do wnętrza NATO, obnażając pojęcie sojuszniczej solidarności w zderzeniu z polityczną rzeczywistością.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Nowe koszary, magazyny i rzędy pojazdów. Rosja zbroi się wzdłuż granicy z NATO

Na tej kanwie nie jest więc rewolucyjną tezą, że dla USA solidarność oznacza wzajemność. Skoro Europa oczekuje od USA gwarancji bezpieczeństwa, to ma być gotowa wspierać Amerykę tam, gdzie Waszyngton uzna to za konieczne. Jednak w percepcji państw europejskich NATO nadal pozostaje sojuszem obronnym kontynentu przed Rosją, a nie automatycznym zapleczem realizacji globalnej polityki USA.

Spór dotyczy więc nie tylko gotowości Europy do wzięcia większej odpowiedzialności za obronę przed Rosją czy poziomu wydatków obronnych. Dotyczy także lojalności wobec imperium.

Szczyt w cieniu amerykańskiej redukcji

Powyższą atmosferę szczytu w Ankarze potęgować będzie cień najpoważniejszej od dekad zmiany w amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Nie chodzi wyłącznie o zapowiadane wycofanie części żołnierzy z Niemiec. Nie chodzi też tylko o spór, czy pięć tysięcy amerykańskich wojskowych zostanie przesuniętych, wycofanych lub częściowo zastąpionych obecnością w Polsce. Istotniejsze jest coś głębszego: ograniczanie zdolności Sojuszu poprzez redukcję amerykańskiej kontrybucji wojskowej do planów NATO Force Model.

Reklama
Reklama

Właśnie temu służy zapowiedziany przez sekretarza wojny Pete’a Hegsetha sześciomiesięczny przegląd amerykańskich sił w Europie. Jest to realizacja wizji NATO 3.0, czyli Sojuszu, który ma przestać działać jako struktura oparta na jednostronnym korzystaniu Europy z amerykańskiej przewagi wojskowej. Europa ma wziąć na siebie większą odpowiedzialność za obronę konwencjonalną.

Od początku tego roku zmiany są drastyczne. Najpierw Departament Wojny USA poinformował, że wstrzymuje rotację amerykańskiego personelu w instytucjach NATO. Następnie wypowiedź niemieckiego kanclerza – mówiącego, że USA przegrały wojnę z Iranem – stała się nie tyle bezpośrednim impulsem do kary, ile okazją do podjęcia decyzji o redukcji amerykańskiej obecności wojskowej w Niemczech.

Chodziło między innymi o ograniczenie liczby amerykańskich żołnierzy o pięć tysięcy oraz zablokowanie planów rozmieszczenia w Niemczech amerykańskich pocisków dalekiego zasięgu: Tomahawków, a w przyszłości także systemów hipersonicznych Dark Eagle. W ten sposób Europa zostałaby pozbawiona jednej z możliwych odpowiedzi na rosyjskie zdolności do uderzeń dalekiego zasięgu.

Kolejnym elementem amerykańskich redukcji było anulowanie rotacji brygady pancernej do Polski, która miała liczyć około czterech tysięcy żołnierzy. Decyzje z ostatniego miesiąca dotyczą sił powietrznych przeznaczonych do operacji NATO w Europie. Liczba myśliwców F-16 i F-15E dostępnych dla Sojuszu ma spaść z około 150 do 100 maszyn. Ograniczeniu ulegnie również liczba samolotów rozpoznawczych – z 26 do 15. Dodatkowo planowane jest wycofanie wszystkich ośmiu tankowców powietrznych, które wcześniej były przewidziane do działań w Europie.

Reklama
Reklama

Do tego dochodzą zasoby morskie i strategiczne. Mowa o ograniczeniu obecności lotniskowca, okrętów wsparcia, okrętu podwodnego z pociskami manewrującymi, części bombowców, dronów oraz innych systemów, które tworzyły amerykańską przewagę w europejskim teatrze działań.

Przeczytaj także: Amerykanie otwierają drzwi. Polska coraz bliżej stałej bazy USA

Zeszłomiesięczna redukcja sił USA ujawnia zasadniczy problem: amerykańskiej przewagi w Europie nie da się uzupełnić samą liczbą żołnierzy. Jej znaczenie opiera się na połączeniu całego spektrum zdolności: rozpoznania, logistyki, tankowania w powietrzu, dowodzenia, zdolności dalekiego zasięgu, systemów morskich oraz odstraszania nuklearnego. Jest to cała infrastruktura projekcji siły działająca jako spójny system. Efektywność wojskową tego systemu Amerykanie zademonstrowali podczas „Epickiej Furii” nad Iranem.

Właśnie dlatego redukcje USA mają znaczenie większe niż tylko wojskowe. Uderzają w psychologię odstraszania Europy. Przeciwnik nie patrzy na deklaracje polityczne, lecz na to, jakie siły rzeczywiście są dostępne w planach NATO. Ocenia również, jakie ryzyko dla Waszyngtonu stworzyłby konflikt w Europie. Im mniej amerykańskich żołnierzy i sprzętu znajduje się w europejskim teatrze działań, tym bardziej kluczowe staje się pytanie: czy USA będą gotowe eskalować w obronie kontynentu?

Reklama
Reklama

Dotyczy to także parasola nuklearnego. Zgodnie z koncepcją NATO 3.0 Europa ma przejąć główny ciężar obrony konwencjonalnej, a USA mają zachować rolę strategiczną: dostarczać odstraszanie nuklearne, rozpoznanie, dowodzenie oraz selektywne wsparcie. Teoretycznie taki podział może być racjonalny. W praktyce rodzi jednak pytanie o wiarygodność.

Broń jądrowa odstrasza nie tylko dlatego, że istnieje w czyimś posiadaniu. Odstrasza przede wszystkim dlatego, że przeciwnik wierzy w gotowość jej potencjalnego użycia. Jeśli amerykańskie zaangażowanie konwencjonalne w Europie będzie mniejsze, bardziej warunkowe i silniej zależne od zmiennej sytuacji politycznej, przeciwnik może zacząć kalkulować, że Waszyngton nie zaryzykuje nuklearnej eskalacji w konflikcie, w który nie jest bezpośrednio uwikłany.

Przeczytaj także: USA wycofują część oddziałów z sił NATO. „Ze skutkiem natychmiastowym”

To najtrudniejsze pytanie. Nie należy jednak oczekiwać, że Amerykanie udzielą na nie jednoznacznej odpowiedzi – nie leży to w ich interesie. Niemniej układ ten pokazuje, że NATO nie znika, lecz zmienia się logika strategiczna Sojuszu.

Reklama
Reklama

Zgodnie z amerykańskim trendem strategicznym, jakim jest koncentracja na Azji i Pacyfiku, taka ewolucja Sojuszu wydaje się konieczna. Czas jazdy Europy na gapę dobiegł końca. Sama konstrukcja tego modelu nie jest jednak pozbawiona ryzyka. Jeżeli Europa zdąży zbudować własne zdolności, odbudować przemysł, zgromadzić zapasy i stworzyć skuteczne systemy dowodzenia, NATO 3.0 może oznaczać bardziej zrównoważony Sojusz. Jeżeli jednak amerykańskie redukcje będą postępować szybciej niż europejska odbudowa, powstanie luka odstraszania, która może zachęcić agresora.

Czego oczekuje się od szczytu

Od szczytu w Ankarze nie należy oczekiwać nowych deklaracji. NATO nie znajduje się dziś w momencie, w którym potrzebuje kolejnego politycznego komunikatu. Znajduje się w momencie, w którym musi pokazać, że wcześniejsze zobowiązania zaczynają być przekładane na realne zdolności.

W tym sensie Ankara będzie nie tyle szczytem nowych deklaracji, ile szczytem wdrażania wcześniejszych decyzji. Państwa sojusznicze będą chciały pokazać, że cel przeznaczania 5 procent PKB na obronność oraz inwestycje związane z bezpieczeństwem nie jest wyłącznie politycznym hasłem wymuszonym przez Trumpa. Ma być początkiem realnego przesunięcia zasobów w stronę obrony. Nie chodzi więc tylko o zwiększenie budżetów. Kluczowe jest to, czy dodatkowe środki zostaną przełożone na konkretne zdolności wojskowe. Wśród europejskich członków NATO narasta świadomość, że sama zmiana poziomu wydatków w dokumentach budżetowych nie wystarczy. Pieniądze muszą przełożyć się na sprzęt, zapasy, produkcję, logistykę i systemy dowodzenia, które można wykorzystać w sytuacji kryzysowej.

Przeczytaj także: Sikorski ostrzega Putina przed szczytem NATO. „Wiemy, co planujesz. Nie rób tego”

Reklama
Reklama

Niemniej warto zwrócić uwagę na inicjatywę kanadyjskiego premiera Marka Carneya, który zaproponował utworzenie „Defence, Security and Resilience Bank”. Ottawa chciałaby ogłosić w Ankarze grupę około dziesięciu państw założycielskich tej instytucji. Według założeń bank miałby zgromadzić do 130 miliardów dolarów taniego finansowania na potrzeby obrony, bezpieczeństwa i odporności państw sojuszniczych.

Znaczenie tej inicjatywy nie ogranicza się tylko do kwestii finansowej. Jest ona sygnałem politycznym. Pokazuje, że część państw średniej wielkości szuka własnych narzędzi wzmacniania bezpieczeństwa w świecie, w którym tradycyjny porządek oparty na przywództwie USA zaczyna pękać.

Inicjatywa globalnego banku obronnego byłaby zatem próbą połączenia polityki bezpieczeństwa z rynkami kapitałowymi, wspierając nie tylko wzrost wydatków, lecz także realną budowę zdolności obronnych.

Jak to z politycznymi deklaracjami bywa, projekt pozostaje niepewny. Jak dotąd publiczne poparcie, obok Kanady, wyraził jedynie Luksemburg, który miałby stać się europejską bazą dla tego banku. Kluczowe będzie to, czy inicjatywa uzyska wsparcie państw o wystarczająco wysokiej wiarygodności finansowej. Bez tego bank nie będzie w stanie oferować taniego finansowania na taką skalę, która uczyniłaby go realnym narzędziem inwestowania w zdolności obronne. Dodatkową przeszkodą jest konkurencja ze strony innych inicjatyw, takich jak unijny program SAFE czy projekty finansowania obrony rozwijane przez Wielką Brytanię, Holandię i Finlandię.

Reklama
Reklama

Jeżeli więc szczyt w Ankarze przyniesie choćby częściowe decyzje wykonawcze, wzmocni to przekonanie, że przebudowa Sojuszu odbywa się w sposób kontrolowany. Wówczas NATO 3.0 ukazałoby się nie jako erozja amerykańskich gwarancji, lecz jako trudna, ale konieczna korekta.

Stawką Ankary nie jest więc samo pytanie, czy NATO przetrwa. Sojusz nie zniknie. Zmienia się jednak jego logika funkcjonowania.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny