Reklama
Moto

Centrum Warszawy już nigdy się nie odrodzi. Po Powstaniu Warszawskim zniknęło na zawsze

Z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego postanowiłem zwrócić uwagę na to, że Warszawa wskutek popowstaniowych konsekwencji straciła bezpowrotnie miejski charakter części centralnej. Żadne skwerki, fontanny i hektary betonowych płyt przetykanych importowanymi drzewami go nie przywrócą.

Tymon Grabowski
Opinia autorstwa: Tymon Grabowski
Dzisiaj 20:08
9 min
(fot. materiały własne/NAC - domena publiczna)
TYLKO NA
  • Czy tego chcemy czy nie, stolica Polski została ukształtowana przez wydarzenia zapoczątkowane w Powstaniu Warszawskim.
  • Tzw. tkanka miejska w centrum uległa całkowitemu zniszczeniu. Centrum Warszawy nie istnieje, więc i żadne „Nowe Centrum” również powstać nie ma szans.
  • Nowe, proturystyczne rozwiązania w istotny sposób zakłócają funkcjonowanie komunikacji zbiorowej. Już dawno nie chodzi o żadne prywatne samochody.  

Przeczytałem niedawno w internecie pean na temat tego, że powstaje nowe przejście dla pieszych. Będzie można przejść w poprzek przez ulicę Marszałkowską. Niesamowite – pomyślałem, muszę to sprawdzić i udałem się na miejsce.

Rzeczywiście, powstaje jeszcze bardziej nowe przejście dla pieszych. Pomiędzy tym nowym-ale-już-nie-tak-bardzo, przy Muzeum Sztuki Współczesnej, a ulicą Świętokrzyską, na wysokości Sienkiewicza. Przejście przy MSN i przy Sienkiewicza będzie dzielić 120 metrów. Dystans ten można przejść w około minutę, a jeśli idzie się bardzo powoli, zajmuje to półtorej minuty. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że nowe przejście jeszcze bardziej spowolni przejazd komunikacji zbiorowej na tym odcinku, każąc tramwajom zatrzymywać się czterokrotnie na dystansie od Świętokrzyskiej do al. Jerozolimskich. Samochody prywatne to tam pal licho – nie będę ich bronił, bo już dawno przestało mi się chcieć. 

Obrywa komunikacja miejska, i to mocno

Warto jednak zauważyć, że o ile przedstawiciele miasta są jawnie antysamochodowi, to tak naprawdę przede wszystkim nienawidzą komunikacji zbiorowej. O wiele taniej jest przecież wybudować drogę rowerową i powiedzieć „przesiądźcie się wszyscy na rowery” niż utrzymywać sprawny, działający tabor i jeszcze dotować bilety, których cena pokrywa ok. 1/4 realnych kosztów. Stąd też i trwający od lat w Warszawie trend odwrotu od korzystania z komunikacji miejskiej. Jest to po prostu coraz bardziej pozbawione sensu czasowego, a kolejne etapy tzw. oddawania miasta ludziom sprawiają, że komunikacja zbiorowa obrywa mocniej niż samochody.

Reklama
Reklama

Pocięte i wycofane linie, zakazy przejazdu przez kluczowe komunikacyjnie części Śródmieścia, piętrzenie trudności w organizacji ruchu, brak buspasów, a do tego jeszcze przejścia dla pieszych co 120 metrów na najważniejszej arterii wiodącej z południa na północ miasta – to wszystko sprawia, że na jazdę komunikacją miejską mogą pozwolić sobie tylko osoby, którym naprawdę się donikąd nie spieszy. I jest to z roku na rok coraz mniejsza liczba. W ciągu zeszłego roku liczba przejazdów spadła o 24 mln względem roku poprzedniego, z 956 na 932 mln. 

Jeszcze w 1938 r. było tu przejście dla pieszych

Przechodząc ten bardzo krótki fragment, zacząłem myśleć nad tym, jak to miejsce wyglądało przed wojną. Czy dawało się tędy przejść przez Marszałkowską? Na szczęście w internecie można znaleźć w domenie publicznej „Plan Wielkiej Warszawy” z roku 1938. Można powiedzieć, że prawie przywrócono stan przedwojenny, bo te 88 lat temu przejście w poprzek Marszałkowskiej przy Sienkiewicza istniało. Nie istniała jednak część ulicy Świętokrzyskiej od Marszałkowskiej do Twardej. Ogromne zmiany w tym miejscu zostały zapoczątkowane przez zniszczenia niemieckie będące pokłosiem 1 sierpnia 1944 r. 

Plan Warszawy z 1938 r. Widać, że Sienkiewicza przecinało Marszałkowską, a Świętokrzyska kończyła się na ul. Bagno - jej fragment do Mariańskiej nie istniał. (fot. Cyfrowe Mazowsze)

Nie mam zamiaru oceniać Powstania Warszawskiego

Nie było mnie na świecie w roku 1944, a oceny z dzisiejszego punktu widzenia są śmieszne – żyjemy sobie w spokojnych czasach dobrobytu, wymądrzając się o tym co należało zrobić 80 lat temu. Natomiast posłużę się taką analogią z mojej tematyki: gdybyśmy próbowali zbudować polski autobus i nadludzkim wysiłkiem stworzyli prototyp, a podczas jazdy próbnej odpadłoby mu koło i pojazd wbiłby się w pieszych, siejąc śmierć i zniszczenie – to nie byłby dobry autobus. Niezależnie co uważam o Powstaniu Warszawskim, prawdą jest to, że jego skutkiem było mnóstwo ofiar i ogromne zniszczenia Warszawy, a właściwie zupełne jej zrównanie z ziemią. Warszawa sprzed wojny i po wojnie to dwa zupełnie różne miasta. 

Reklama
Reklama

Warszawa powojenna nie ma żadnego centrum

Starówka – odbudowana na wzór przedwojenny w latach 50., ale to replika. Fragment wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu – wszystko odbudowane lub przebudowane. Marszałkowska – poszerzona, z zupełnie inną zabudową. No a przede wszystkim ogromna powierzchnia w samym centrum zajęta na architektoniczny koszmar w postaci prezentu od Józefa Stalina, czyli Pałacu Kultury i Nauki. Liczba kamienic, które wyburzono, żeby postawić to monstrum, wynosi według różnych źródeł od 170 do 180 sztuk. A to nawet nie był największy problem, bo oczywiście większość z nich była mniej lub bardziej zniszczona przez wojnę. Najgorszy był ten wizualny kontrast między białym, sowieckim gigantem, a smutnymi gruzami, które go otaczały. Na ich tle wyglądał nie jak imponujący budynek, ale jak środkowy palec pokazany odbudowie stolicy. Pałac kultury był ostatnim, czego Warszawa potrzebowała na przełomie lat 40. i 50. i jest nadal ostatnim, czego potrzeba jej dziś. 

Koszmar pnie się do góry. Zdjęcie z 1953 r., domena publiczna. (fot. Polska-org.pl)

Misz-masz w sosie z PRL

Ogólnie trudno nawet wskazać jakąś centralną część Warszawy – czy jest to ten gigaplac wokół pałacu i dworca centralnego, czy okolice Nowego Światu i Chmielnej, czy może plac Zamkowy – nie wiadomo, bo nie ma żadnej ciągłości między tymi miejscami. Każde istnieje zupełnie osobno. Oczywiście są zbiorowiska miejskie, które nie mają jednego, wyraźnego centrum jak Tokio, Shenzhen czy nawet aglomeracja śląsko-zagłębiowska, ale jednak w Europie większość miast wyróżnia się obecnością starej części centralnej i nowocześniejszych peryferiów. W Warszawie mamy nowoczesną część centralną skupioną wokół skupiska wieżowców na bliskiej Woli, a reszta to losowo rozrzucone fragmenty przedwojennej zabudowy poprzecinane PRL-owskimi osiedlami, jak MDM czy Za Żelazną Bramą. 

Reklama
Reklama

Powstanie Warszawskie plus sowiecka megalomania = miasto bez sensu

Można powiedzieć, że potworne zniszczenia spowodowane pośrednio przez wybuch powstania (ale oczywiście dokonane przez Niemców na rozkaz Hitlera) po wojnie otworzyły przed nową władzą sowiecką szerokie możliwości w kwestii odbudowy miasta. Zostało ono przeprojektowane pod kątem wyznaczenia szerokich arterii komunikacyjnych, bynajmniej nie pod ruch samochodowy, a pod potencjalne przemarsze wojsk – czy to na paradach, czy podczas przewidywanej wówczas trzeciej wojny światowej między USA a ZSRR. Centrum Warszawy zniknęło zupełnie – zniszczenia sięgnęły 93 proc. budynków. Zresztą komuniści po wojnie co nieco odbudowali, ale również bardzo dużo zburzyli, w tym kamienic nadających się do uratowania. Burzenie sensownych konstrukcji w ramach ideologii – to brzmi znajomo, w końcu niedawno władze Warszawy zasypały działający tunel, żeby móc w tym miejscu dać fontannę. 

Witajcie w piaskownicy dla urbanistów

Powstała w latach 50. Warszawa straciła bezpowrotnie jakikolwiek urok zabytkowego, ciasno zabudowanego miasta w ludzkiej skali. Położono nacisk na rozbudowę miasta o nowe osiedla bloków, oczywiście nieporównanie lepsze i wygodniejsze do mieszkania niż stare kamienice. Już wtedy było dość jasne, że centrum Warszawy jest niespecjalnie potrzebne, poza funkcjami reprezentacyjnymi i przemówieniami z trybuny na placu Defilad. Dziś niepotrzebne jest jeszcze bardziej. Służy już tylko jako miejsce zabaw wąskiej grupy ideologów zasiadających w warszawskim ratuszu oraz oczywiście jako generator dochodów z turystyki.

Reklama
Reklama

Turyści płacą za oglądanie Fontanny di Trevi. Cena ustalona

Stąd przywołany na początku przykład przejścia dla pieszych – kompletnie nikomu niepotrzebnego, wprowadzającego dalszy zamęt komunikacyjny, ale dobrze wpisującego się w turystyfikację centrum stolicy, czyli jedyny plan jaki ideolodzy mają na centrum Warszawy. Trik polega na tym, że aktyw bawi się w przebudowę centrum, które nie istnieje i nie zaistnieje również od tej przebudowy. 

Przeróbka psa na papugę

Przypomina mi się skecz z „Latającego Cyrku Monty Pythona”, gdzie sprzedawca w sklepie ze zwierzętami proponował przerobienie terriera na papugę. Dokładnie to pewne osoby próbują zrobić z centrum Warszawy. Nieważne jak bardzo je zniszczycie wykładając wszystko betonowymi płytami i rachitycznymi drzewami z importu, nieważne ile pustych przestrzeni z fontannami i skwerkami powstanie kosztem innych wydatków – nigdy centrum Warszawy nie będzie już wyglądało tak, jak mogłoby wyglądać, gdyby nie Powstanie Warszawskie. Gdyby Warszawa przetrwała w swojej przedwojennej formie, utrzymanie centrum w dobrym stanie miałoby jakiś sens. Być może nawet wtedy ktoś chciałby tam wciąż mieszkać. W obecnej formie to piaskownica dla aktywistów, poletko dziwacznych eksperymentów, których efekt jest ciągle ten sam: w Śródmieściu rok w rok mieszka coraz mniej ludzi, a coraz więcej odwiedza je w celach turystycznych. 

Reklama
Reklama

Warszawa ma nową „atrakcję”. Największą tego typu w Europie

Coraz bardziej skłaniam się ku tezie, że centrum Warszawy powinno zostać wysiedlone w całości i oddane w stu procentach turystom. Zakaz wjazdu samochodem to oczywisty postulat w tym planie, ale i komunikację miejską ograniczyłbym do minimum. Już lepiej chodzić niż jechać tramwajem, który zatrzymuje się co 120 metrów.