Reklama
Reklama
Reklama

Europa na krawędzi? Trzy kryzysy, które zaczynają się łączyć

TYLKO NA
niepokoje_spo__eczne-desktop_1024
Europa wchodzi w niespokojną jesień. (fot. Getty Images/Shutterstock/Natalia Olak)

Europa wchodzi w jesień z rosnącymi problemami gospodarczymi, napięciami społecznymi i coraz poważniejszymi zagrożeniami dla bezpieczeństwa. Protesty we Francji, zwolnienia w niemieckim przemyśle, cyberataki i działania hybrydowe nakładają się na siebie w momencie, gdy najważniejsze państwa kontynentu przygotowują się do kolejnych kampanii wyborczych.

  • Francuscy rybacy blokują porty, niemieccy pracownicy przemysłu wychodzą na ulice, a rosnące koszty życia coraz mocniej obciążają gospodarstwa domowe. Kryzys gospodarczy zaczyna być odczuwalny nie tylko w statystykach, lecz także w codziennym życiu Europejczyków.
  • Rosnąca liczba cyberataków, sabotaży i innych działań hybrydowych dokłada do problemów gospodarczych wymiar bezpieczeństwa. Eksperci wskazują, że celem wrogów nie musi być wyłącznie infrastruktura, ale również zaufanie społeczne i wiara w sprawność demokratycznych państw.
  • Socjolożka Małgorzata Jacyno zwraca uwagę, że europejskie społeczeństwa nie tyle są spolaryzowane, co coraz bardziej niezadowolone i pozbawione poczucia bezpieczeństwa. Jej zdaniem część elit zamiast przewidywać problemy, próbuje przede wszystkim reagować na ich skutki.

Niepokojących elementów plącze się w ostatnich tygodniach mnóstwo. Od dużych wydarzeń, jak narada Emmanuela Macrona w Pałacu Elizejskim z kandydatami szykującymi się do wyborów prezydenckich, przez elektoralne triumfy AfD w Saksonii i Meklemburgii, przez codzienne ataki cybernetyczne w całej Unii Europejskiej i ograniczenia wprowadzone przez Rosję w dwóch rejonach – kingiseppskim i slancewskim – obwodu leningradzkiego graniczących z Estonią, kończąc na małych, ale społecznie istotnych problemach: wzrost cen benzyny, inflacja, spadek siły nabywczej.

Nie staramy się już egzorcyzmować i wypierać niepokojów. Zagrożenia stają się realne, namacalne. I nie trzeba być ekspertem, aby odczuwać w kościach – a przede wszystkim w portfelu – że sytuacja może doprowadzić do niepokojów społecznych w całej Unii Europejskiej. Nie trzeba również wielkich zdolności analitycznych, aby właściwie ocenić intencje, prowokatorów i odbiorców owych działań.

Wrzesień jeszcze się nie skończył, a już zdążył przynieść trzy zjawiska, które z impetem wdarły się do europejskiej debaty publicznej. Mamy przede wszystkim drastyczny spadek siły nabywczej, rosnące zadłużenie państw w Unii Europejskiej oraz różnego rodzaju działania dywersyjne przed wyborami. Wszystko to dzieje się w przededniu wielkich kampanii wyborczych u kluczowych graczy na kontynencie – Francji, Niemiec i Polski – kiedy polityczna temperatura i tak jest wysoka.

Reklama
Reklama

Jest w tym coś z lekcji, którą kilka stuleci temu pozostawił Niccolò Machiavelli i którą można lapidarnie streścić następująco: polityka ma swoje plany, ale rzeczywistość ma własne. Nawet najbardziej misternie skonstruowany scenariusz może w ciągu kilku dni nadawać się już tylko do lamusa. Machiavelli porównywał to do wezbranej rzeki. Kiedy występuje z brzegów, nie pyta, co stoi na jej drodze. Porywa drzewa, burzy budynki, zabiera ziemię.

Zwyzywała rzeczniczkę praw dziecka. Chwilę później odebrano jej dzieci

Francuscy rybacy protestują przeciwko rosnącym kosztom

Europejski wrzesień zaczyna właśnie przypominać taką wezbraną i niespokojną rzekę. Trzy nurty, które jeszcze niedawno można było obserwować osobno, zaczynają łączyć się w jeden niebezpiecznie wartki prąd. I trudno dziś powiedzieć, gdzie dokładnie się zatrzyma.

Pierwszym problemem tej jesieni jest kryzys siły nabywczej. Francuzi coraz mocniej czują, że ich portfele znalazły się między młotem inflacji a kowadłem podatków i obowiązkowych fiskalnych danin. Ceny rosną, państwo nie odpuszcza, a domowy budżet coraz częściej przypomina pole bitwy, na którym trzeba wybierać, z czego zrezygnować, by starczyło do końca miesiąca.

Na początku tego tygodnia przed rybakami musiała się gęsto tłumaczyć francuska minister ds. rybołówstwa Catherine Chabaud. Bowiem rybacy z południa Francji blokują porty i dostęp do składów paliw, protestując przeciwko cenom oleju napędowego, opóźnieniom w wypłacie obiecanych dopłat, rosnącym obciążeniom administracyjnym i ograniczeniom dotyczącym liczby dni spędzanych na morzu.

Reklama
Reklama

Problem nie sprowadza się zresztą do samego paliwa. Francuski rybak musi dziś mierzyć się jednocześnie z drożejącą energią, kurczącymi się zasobami rybnymi, europejskimi regulacjami i sporami o kwoty połowowe, w tym o tuńczyka błękitnopłetwego. Rząd przedłużył pomoc paliwową do końca roku, podniósł ją do 35 centów za litr i uruchomił preferencyjne pożyczki dla tych, którzy czekają na wypłatę należnych środków.

Już dziś dopłaty są niewystarczające, aby wypłynięcie z portu było dla francuskiego rybaka operującego na Morzu Śródziemnym opłacalne.

Stanowski do Hornej-Cieślak: Jest pani do szpiku złym człowiekiem

Niemiecki przemysł motoryzacyjny pod presją zwolnień

Niemcy dostarczają kolejnego obrazu tej europejskiej jesieni niepokoju. 21 września dziesiątki tysięcy pracowników przemysłu motoryzacyjnego wyszły na ulice, odpowiadając na wezwanie potężnego związku zawodowego IG Metall.

Wśród protestujących byli pracownicy Volkswagena, Mercedesa, BMW i Boscha – ludzie, którzy przez dekady mogli sądzić, że należą do zwycięskiej drużyny niemieckiej gospodarki. Dziś coraz częściej słyszą jednak słowo „redukcja”. Volkswagen rozważa cięcia sięgające nawet 100 tys. miejsc pracy, Bosch zapowiedział likwidację kolejnych 13 tys. etatów, a BMW przygotowuje następne oszczędności. Mercedes ostrzega z kolei, że bez obniżenia kosztów dwa niemieckie zakłady – montażowy i produkujący napędy – mogą po prostu nie przetrwać.

Reklama
Reklama

Związkowcy domagają się tańszej energii, ochrony europejskiego przemysłu przed konkurencją i zdecydowanej polityki gospodarczej państwa. Za protestem przeciwko kolejnym zwolnieniom kryje się więc coś większego: lęk, że przemysł, który przez dziesięciolecia był jednym z filarów niemieckiej prosperity, przestaje gwarantować społeczeństwu bezpieczeństwo.

Drugi problem jest mniej widoczny na sklepowej półce, ale dla państwa może okazać się znacznie bardziej niebezpieczny. Gwałtowny wzrost kosztów obsługi długu zaczyna bowiem podważać wiarygodność europejskich gospodarek na rynkach finansowych. Kiedy inwestorzy zaczynają żądać coraz wyższej ceny za pożyczanie pieniędzy państwu, rachunek wystawiony wcześniej przez polityków trafia w końcu pod strzechy francuskiego Martina, niemieckiego Müllera i polskiego Kowalskiego.

Trzeci żywioł przyszedł z zewnątrz. Sytuacja międzynarodowa gwałtownie się pogarsza. Wznowienie ostrzału w rejonie cieśniny Ormuz wywołuje konsekwencje sięgające już cieśniny Bab al-Mandab. Konflikty, które jeszcze niedawno wydawały się odległymi punktami na mapie, zaczynają więc rzucać cień na Europę.

A do tego dochodzi coś być może jeszcze bardziej niepokojącego: cyberataki, drony pojawiające się w przestrzeni powietrznej i tajemnicze akty sabotażu. Wszystkie te zdarzenia zaczynają układać się w obraz szeroko zakrojonej operacji destabilizacyjnej prowadzonej w samym sercu Europy.

Reklama
Reklama

– Rosja ewidentnie eskaluje działania pod progiem inwazji, a te potrafią być bardzo niebezpieczne. Proszę spytać naszych rodaków na Lubelszczyźnie czy na Podkarpaciu, czy nie czują się zaniepokojeni alarmami, syrenami albo wtedy, gdy słyszą wybuchy – powiedział w Kanale Zero minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

Trzy kryzysy, trzy różne źródła, jeden moment. I coraz trudniej udawać, że każdy z nich można rozpatrywać osobno.

Wojna hybrydowa: cyberataki, sabotaż i dezinformacja

Według politologa z Uniwersytetu Warszawskiego dr. Seweryna Dmowskiego szeroko pojęty Zachód jest w przededniu dużych wstrząsów.

– Wojna nakręca kryzys paliwowy, rosną ceny benzyny, a to z kolei destabilizuje sytuację społeczną i polityczną na Zachodzie przed wyborami. Paradoksalnie rządzący sami znajdują się przez to w bardzo trudnej sytuacji – tłumaczy Zero.pl Dmowski.

I to jest, jak tłumaczy politolog, problem współczesnego świata. Jeden kryzys uruchamia kolejny. Kryzys geopolityczny wpływa na ceny energii, ceny energii wpływają na gospodarstwa domowe, to wpływa na nastroje społeczne, a nastroje społeczne wpływają na politykę.

Wojna kognitywna nie zaczyna się od czołgów ani rakiet. Jej pierwszym celem jest znacznie bardziej miękka tkanka państwa: ludzkie przekonania, zaufanie i zdolność społeczeństwa do wspólnego działania.

Reklama
Reklama

Jak mówi Zero.pl Grzegorz Kuczyński, geopolityczny ekspert oraz współpracownik I.pl, Rosja, Iran czy Chiny wykorzystują fakt, że zachodnie społeczeństwa są otwarte, pluralistyczne i przywiązane do wolności słowa.

– Dużo łatwiej takiej Rosji czy Iranowi prowadzić tego typu działania w wojnie kognitywnej, wpływać też na opinie społeczeństw zachodnich, niż w drugą stronę – zauważa Kuczyński. Nie chodzi zatem wyłącznie o przekonanie Europejczyków, że Rosja ma rację. Chodzi raczej o to, by przestali ufać sobie nawzajem: politykom, mediom, instytucjom, sojusznikom, a w końcu także własnemu państwu.

Kuczyński zwraca uwagę, że przeciwnik nie musi nawet proponować własnej wizji świata. Wystarczy, że będzie konsekwentnie podważał tę istniejącą. – To nie jest tylko kwestia tego, że nie chcemy tego robić. My po prostu nie potrafimy tego robić – mówi Kuczyński o przewadze autorytarnych bloków w działaniach destabilizacyjnych.

W tym sensie wojna kognitywna przypomina bardziej powolne podmywanie fundamentów niż klasyczną potyczkę na polu bitwy. Nie chodzi o zdobycie miasta, lecz o sprawienie, by mieszkańcy przestali wierzyć, że warto je wspólnie bronić.

Dezinformacja, cyberataki, sabotaż, prowokacje czy wykorzystywanie istniejących konfliktów społecznych stają się elementami jednego mechanizmu: mają zwiększać polaryzację i poczucie chaosu, a tym samym osłabiać zdolność państwa do reakcji. Kuczyński wskazuje tu na szczególną słabość naszego kręgu demokratycznego.

Reklama
Reklama

– Zachód jedynie reaguje, podczas gdy Rosja i Chiny od lat przygotowują własne narzędzia. Oni to potrafią fenomenalnie robić, bo oni od dekad byli do tego przygotowywani – podkreśla rozmówca Zero.pl. 

Wobec wzmożonych działań wojny hybrydowej szeroko pojęty Zachód wydaje się bezbronny, reaktywny i spóźniony. Tę diagnozę potwierdza Seweryn Dmowski.

– Trzeba pamiętać, że procesy demokratyczne są z natury rzeczy dłuższe i mogą sprawiać wrażenie mniej wydolnych niż procesy decyzyjne w państwach niedemokratycznych. „Batiuszka” podejmuje decyzję, prezydent Putin podejmuje decyzję, ajatollah podejmuje decyzję i jest ona wdrażana. Pozornie dzieje się to szybciej i efektywniej. Oczywiście trzeba zadać pytanie o długofalowe konsekwencje takiego modelu, ale z perspektywy bieżącej polityki daje on tym państwom możliwość wykonywania zdecydowanych ruchów – analizuje Dmowski.

Tymczasem Europa i Zachód często sprawiają wrażenie niezdolnych do równie przełomowych i zdecydowanych działań, które mogłyby stabilizować sytuację wewnątrz europejskich społeczeństw coraz bardziej rozgoryczonych i niepewnych swojej przyszłości. 

Małgorzata Jacyno: Społeczeństwa europejskie są nieszczęśliwe

Według prof. Małgorzaty Jacyno, socjolożki z Uniwersytetu Warszawskiego, narastającego napięcia społecznego nie należy tłumaczyć wyłącznie działaniami hybrydowymi ze strony Rosji. Kryzys bowiem narasta od wielu lat przy udziale nieroztropnych, delikatnie rzecz ujmując, europejskich elit.

Reklama
Reklama

Przez ostatnie lata nauczyliśmy się opisywać Europę przede wszystkim za pomocą słowa „polaryzacja”. Prawica przeciwko lewicy. W tym kontekście socjolog Małgorzata Jacyno proponuje, by ostrożniej posługiwać się tym pojęciem.

– Społeczeństwa europejskie nie tyle są spolaryzowane, co są nieszczęśliwe. To są nieszczęśliwe społeczeństwa opuszczone przez elity – mówi dla Zero.pl Jacyno.

Najłatwiej zobaczyć napięcie tam, gdzie gospodarka przybiera postać konkretnego zakładu pracy. Niemiecki przemysł samochodowy od lat był czymś więcej niż tylko sektorem gospodarki. Volkswagen, BMW czy Mercedes oznaczały całe miejscowości, systemy dostawców, restauracje, warsztaty, transport, usługi i, przede wszystkim, poczucie stabilności.

Nie da się uchwalić ustawy, która sprawi, że człowiek przestanie bać się utraty pracy. Nie da się rezolucją parlamentu obniżyć kosztów mieszkania. Nie da się konferencją prasową przywrócić poczucia bezpieczeństwa. I wreszcie – nie da się antydepresantem wyleczyć człowieka z życia w rzeczywistości, która budzi w nim lęk.

– Nie ma leków na degradację. Nie ma leków na strach przed wojną. Nie ma leków na strach przed inflacją – mówi Jacyno.

Dlatego kiedy wielki zakład zaczyna zwalniać pracowników, nie jest to wyłącznie historia o tym, że ktoś stracił etat.

Reklama
Reklama

– Wraz z nim upada cała miejscowość i wszystko to, co jest naokoło. Konserwacja maszyn produkcyjnych, restauracje, bary, transport. To nie jest tak, że upadają tylko miejsca przy Volkswagenie. Wszystkie te pomocnicze, małe przedsiębiorstwa również upadają – zauważa Jacyno.

W ekonomicznych statystykach będzie to zapewne kolejna liczba. W życiu społecznym liczby mają jednak swoje nazwiska, twarze i codzienne strapienia. Jeżeli pracę traci jedna osoba w rodzinie z dwójką dzieci, dramat nie dotyczy jednej osoby. Dotyczy całego gospodarstwa domowego. A potem szkoły, lokalnego sklepu, restauracji, właściciela mieszkania, któremu przestaje wpływać czynsz.

Jednym z problemów, na które zwraca uwagę Małgorzata Jacyno, jest przenoszenie problemów społecznych na poziom indywidualny. Trudności w pracy, przeciążenie, stany lękowe czy problemy ze zdrowiem psychicznym coraz częściej są traktowane przede wszystkim jako problemy konkretnej osoby, wymagające konsultacji, terapii lub zwolnienia lekarskiego.

Socjolożka określa to mianem „medykalizacji” problemów społecznych. Mówi, że pomoc medyczna może oczywiście poprawić sytuację konkretnego człowieka, ale nie rozwiąże problemów wynikających z warunków pracy czy sytuacji ekonomicznej większych grup społecznych.

Reklama
Reklama

Jej zdaniem istotną zmianą jest również osłabienie mechanizmów zbiorowego reagowania na problemy pracowników. Wcześniej konflikty związane z warunkami zatrudnienia częściej prowadziły do działalności związkowej, strajków i negocjacji. Obecnie odpowiedzialność za poradzenie sobie z problemem częściej spada na jednostkę.

W ocenie Jacyno jednym z najważniejszych problemów jest sposób, w jaki europejskie elity polityczne reagują na pogarszającą się sytuację społeczną.

– Widać, że degraduje się Europa, jej pozycja międzynarodowa, a elity zachowują się w taki sposób, który im gwarantuje przetrwanie, natomiast zupełnie nie myślą o społeczeństwach – mówi.

Na sytuację europejskich społeczeństw wpływają oczywiście czynniki zewnętrzne: wojna Rosji z Ukrainą, kryzys energetyczny, polityka Stanów Zjednoczonych czy konkurencja gospodarcza Chin. Jacyno zwraca jednak uwagę, że nie powinny one całkowicie zdejmować odpowiedzialności z europejskich decydentów za wcześniejsze przygotowanie państw na możliwe scenariusze.

– Jeżeli ktoś używa takiego argumentu, że to wina Trumpa i że to wina Putina, no ale dlatego jest się elitą, że się przewiduje – mówi. Oraz podkreśla, że elity przestały być hipokrytyczne. Stały się, wedle Jacyno, po prostu cyniczne i nihilistyczne. Hipokryzja zakłada istnienie pewnej rozbieżności między deklarowanymi wartościami a działaniem. Cynizm oznacza natomiast, w jej interpretacji, mniejsze znaczenie samych deklaracji.

Reklama
Reklama

Jej zdaniem problem pojawia się wtedy, gdy komunikaty polityczne coraz wyraźniej rozmijają się z doświadczeniem obywateli. Dotyczy to między innymi kosztów energii i żywności, dostępu do mieszkań i ochrony zdrowia, sytuacji na rynku pracy czy poczucia bezpieczeństwa.

Być może najbliższa zima okaże się momentem Machiavellego. Z jednej strony pokaże słabość naszych elit. Z drugiej – rozhuśtaną rzekę, która wyleje się na cały kontynent. Wielka woda może mieć twarz gniewu opuszczonych przez elitę społeczeństw. A wtedy argument o zacieśnieniu pasa w obliczu działań hybrydowych może nie wystarczyć…

Może zainteresuje Cię także:

Reklama
Reklama