Reklama
Reklama

Za krótka kołdra Pentagonu. Wojna w Iranie obnażyła słaby punkt USA

TYLKO NA

Podczas wojny w Iranie Amerykanie dominują militarnie, ale czy to wystarczy, by ogłosić zwycięstwo? Choć potęga USA w starciu z Teheranem zdaje się bezdyskusyjna, widać poważny rozdźwięk między sukcesem na polu bitwy a realizacją celów politycznych. Jacek Tarociński z OSW analizuje, dlaczego „epicka furia” Waszyngtonu nie doprowadziła do upadku reżimu, jak krótką „kołdrą” dysponuje Pentagon i dlaczego najważniejszym widzem tego konfliktu są Chiny.

projekt-bez-nazwy-10
Amerykanie dominują militarnie, ale czy to wystarczy, by ogłosić zwycięstwo? (fot. Shutterstock / OSW)
  • Jak zauważa Jacek Tarociński, wojna w Iranie pokazuje, że argument siły nie jest ostatecznym rozwiązaniem w polityce międzynarodowej. Choć irański przemysł obronny został ciężko uszkodzony, Amerykanie nie potrafią narzucić pokoju.
  • Konflikt potwierdził, że USA potrafią błyskawicznie utrzymać most powietrzny przez miesiące. To dobra wiadomość dla Polski, bo dowodzi zdolności do szybkiego przerzutu amunicji.
  • Amerykańska marynarka wojenna ma obecnie charakter szkieletowy. Aby pilnować cieśniny Ormuz, ściągnięto niszczyciele stacjonujące w Hiszpanii i Japonii.
  • Pekin uważnie obserwuje konflikt, wyciągając wnioski przed ewentualnym atakiem na Tajwan. Chińczycy widzą niesamowite tempo operacyjne amerykańskiego lotnictwa.

Agnieszka Waś-Turecka, Zero.pl: Zacznijmy od najtrudniejszego pytania: kto właściwie wygrywa obecnie wojnę w Iranie? 

Jacek Tarociński, główny specjalista w Zespole Bezpieczeństwa i Obronności w Ośrodku Studiów Wschodnich*: Żeby na nie odpowiedzieć, musimy oddzielić płaszczyznę wojskową od politycznej. Wojny toczą państwa, a siły zbrojne są jedynie jednym z wielu narzędzi polityki. Militarnie Amerykanie dominują i robią, co chcą. Na zbombardowanie Teheranu oraz innych celów strategicznych Iran odpowiedział w ograniczonym stopniu. Tyle że ta przewaga USA nie przekłada się na wynik polityczny.

Najprawdopodobniej ocena wywiadów amerykańskiego i izraelskiego dotycząca stabilności reżimu była błędna. Zakładano, że atak „dekapitujący” doprowadzi do upadku władzy. Tymczasem irańskie struktury państwowe zachowały spójność, szybko wyłoniono nowego przywódcę, a państwo uniknęło rozpadu. Początkowy plan Waszyngtonu po prostu nie zadziałał.

Reklama
Reklama

Czy to nie jest pułapka współczesnych wojen: słabszemu przeciwnikowi wystarczy przetrwać, by ogłosić sukces?

Dokładnie tak jest. Porównujemy tutaj rzeczy nieprzystające, bo definicja zwycięstwa dla obu stron jest skrajnie inna. Dla Iranu – podobnie jak dla Ukrainy w wojnie z Rosją – sukcesem jest samo przetrwanie w nienaruszonym stanie. Z kolei wobec USA, ze względu na ich przytłaczający potencjał militarny i gospodarczy, oczekiwania są większe – bliskie bezdyskusyjnej kapitulacji wroga.

Czyli dla USA sukcesem byłaby pełna kapitulacja Iranu, a dla Iranu zwycięstwem jest np. fakt, że Amerykanie nie zdominowali cieśniny Ormuz?

To kwestia percepcji społeczności międzynarodowej i nas jako obywateli. Kluczowe jest to, jak administracja Donalda Trumpa „sprzeda” ten wynik narodowi amerykańskiemu. Prezydent może w dowolnym momencie ogłosić wielkie zwycięstwo, co ma zresztą w zwyczaju, ale to, czy zostanie ono tak odebrane przez świat i jego własnych wyborców, pozostaje polem do dyskusji. 

Reklama
Reklama

To znaczy, że największym problemem Stanów Zjednoczonych jest teraz brak jasno wytyczonego celu politycznego? Bo pierwotna „epicka furia” zamieniła się w „epicką dezorientację”?

W wymiarze komunikacyjnym – zdecydowanie tak. Natomiast w wymiarze wojskowym widzieliśmy zręby operacji przeprowadzonej bardzo klasycznie, zgodnie z amerykańską doktryną użycia sił powietrznych stosowaną od II wojny światowej. Była to największa koncentracja potęgi militarnej w tym regionie od 2003 r. Wykonano ją profesjonalnie i przy minimalnych stratach własnych. 

Ale to wciąż za mało, by osiągnąć cel polityczny, jakim miało być rozbicie struktur Iranu. Na to najwyraźniej początkowo grał Waszyngton.

Czyli Ameryka umie prowadzić wojnę, ale nie potrafi narzucić pokoju?

Reklama
Reklama

Z tej wojny, podobnie jak z konfliktów w Wietnamie czy Iraku, płynie wniosek, że argument siły nie jest argumentem definitywnym. Skutki militarne są ewidentne: irański przemysł i potencjał obronny zostały ciężko uszkodzone. Brakuje jednak przełożenia sukcesu militarnego na grunt polityczny. Samo wykorzystanie sił zbrojnych nie daje pewności osiągnięcia trwałych skutków politycznych.

Z czego konkretnie wynika ta słabość Stanów Zjednoczonych, że przewagi militarnej nie są w stanie przekuć w efekty polityczne?

Osoba, która wskaże to konkretne miejsce, zapewni dominację swojemu państwu na kolejne stulecia.

Symbolem konfliktu w Iranie stało się zderzenie tanich Shahedów z bardzo drogimi systemami Patriot. Czy to pokazuje słabość USA?

Reklama
Reklama

To obraz popularny w mediach, wynikający z niezrozumienia doktryny. Amerykanie nigdy nie stawiali nadmiernie na defensywę. Ich siły zbrojne są ekspedycyjne, co z definicji czyni je agresywnymi. USA mogą toczyć wojny obronne strategicznie, ale na poziomie operacyjnym i taktycznym ich działanie jest zawsze ofensywne. Podobnie robi Izrael – realizuje politykę obronną poprzez atak.

Gdy cała logistyka opiera się na przerzucaniu wojska na inny kontynent, siedzenie w miejscu nie ma najmniejszego sensu. Amerykanie postrzegają obronę przeciwlotniczą jako kupowanie czasu. Patriot nie ma zestrzeliwać Shahedów w nieskończoność – ma dać czas lotnictwu na zniszczenie fabryk, magazynów i miejsc startu tych dronów. 

I to się działo. Na początku wojny Iran używał ogromnej liczby Shahedów, ale z każdym dniem liczba startów spadała. Amerykanie zredukowali ją do poziomu, w którym ich obrona powietrzna radzi sobie bez trudu, wspierana przez śmigłowce Apache czy samoloty A-10. Do tego dochodzą drony przechwytujące. 

To zupełnie inny styl prowadzenia wojny niż ten w Ukrainie. Dlatego nasi wojskowi mówią, że scenariusza realizowanego przez Kijów nie da się prosto przełożyć na doktrynę NATO.

Reklama
Reklama

Czy poleganie na nielicznej i drogiej broni paraliżuje skuteczność operacyjną USA, bo dowódcy boją się ją tracić z obawy o wyczerpanie zapasów?

Amerykanie nie mają takich oporów. W tej operacji postawili na agresywne rozmieszczenie sił i od początku akceptowali wysokie ryzyko. Stracili część sprzętu na lotniskach, porażone zostały radary. 

Nasza percepcja jest jednak skrzywiona – przyzwyczailiśmy się do obrazu Ameryki wszechpotężnej, więc jeden stracony samolot odbieramy jako klęskę. Tymczasem wojna to ryzykowanie życia ludzkiego i sprzętu. 

Amerykańskie straty są w rzeczywistości znacznie niższe niż podczas operacji Enduring Freedom czy pierwszej wojny w Zatoce. Po prostu medialnie zbudowano obraz Amerykanów jako wszechmocnych, więc ich dotychczasowe straty wydają nam się klęską. Ale przecież po stronie irańskiej zginęły tysiące ludzi.

Reklama
Reklama

A co z kurczącymi się zapasami drogiej amunicji? USA są w stanie prowadzić długi konflikt?

Mają inną strategię. Każde państwo posiada różne poziomy zapasów. Są rezerwy przeznaczone na bieżące operacje, jak ta w Iranie, ale są też tzw. zapasy nienaruszalne, trzymane na wypadek III wojny światowej – z Chinami czy Rosją. Kiedy analitycy alarmują o wyczerpaniu zapasów, mówią zazwyczaj o tej pierwszej puli. USA zawsze zostawiają coś na „najczarniejszą z czarnych godzin”. To samo robi zresztą Rosja, która także nie wykorzystuje 100 proc. swojego potencjału w Ukrainie.

Podczas wojny w Iranie USA musiały sięgnąć po zasoby wojskowe z rejonu Indo-Pacyfiku. Przerzucono m.in. okręty, systemy Patriot i żołnierzy. Czy to dowód na ograniczenie potęgi Stanów Zjednoczonych?

Oczywiście, że siły USA są pełne ograniczeń. Pieniądze i pociski nie rosną na drzewach. Armia amerykańska jest mniejsza niż w latach 80. czy 90. „Kołdra” jest za krótka między innymi w obronie powietrznej. To, że mają 60 baterii Patriot – więcej niż reszta świata – nie oznacza, że wystarczy to na pokrycie zobowiązań od Finlandii po Japonię.

Reklama
Reklama

Gdzie ta „kołdra” jest najkrótsza? Właśnie w obronie powietrznej?

Tak. Systemy obrony powietrznej to ogromny ciężar dla personelu – połowa wszystkich żołnierzy tych jednostek jest non-stop zaangażowana w misje zagraniczne. To oznacza rozpadające się związki i dramaty rodzinne. Plany modernizacyjne zakładają wzrost liczby personelu, ale to proces na lata. Problemem jest też fakt, że wrogowie USA dysponują dziś znacznie większą liczbą tanich dronów czy pocisków manewrujących, niż zakładano w najśmielszych scenariuszach po zakończeniu zimnej wojny.

Drugim krytycznym punktem jest U.S. Navy. Marynarka wojenna znacząco skurczyła się w ciągu ostatnich 35 lat. Budowa okrętu trwa pięć lat, a amerykańska baza przemysłowa ma trudności nie tylko z produkcją nowych jednostek, ale nawet z remontami obecnych. 

Czyli amerykańska marynarka wojenna jest za mała w obliczu dzisiejszych wyzwań?

Reklama
Reklama

Obecnie ma charakter „szkieletowy”. Aby pilnować cieśniny Ormuz, USA musiały ściągnąć niszczyciele stacjonujące w Hiszpanii, Japonii i na Hawajach. To pokazuje, że jednostek jest za mało. Amerykanie nie mają problemu z obecnością w Iranie dzisiaj – problemem będzie sytuacja, w której w tym samym czasie pojawi się konieczność dużego zaangażowania w innym punkcie zapalnym na świecie.

Jeśli USA „zdejmują” systemy z Pacyfiku, by łatać dziury w Iranie, to co to oznacza dla wschodniej flanki NATO?

Zgodnie z narodową strategią USA najważniejszymi teatrami działań są: po pierwsze, półkula zachodnia i po drugie, Indo-Pacyfik. Europa jest trzecia, a Bliski Wschód czwarty. Wojna w Iranie miała być krótką operacją, która uwolni ten region z konieczności stałego, dużego zaangażowania USA i pozwoli przesunąć siły na Pacyfik.

Dla nas kluczowe jest to, że podczas szczytu NATO w Waszyngtonie jeszcze za prezydenta Bidena przyjęto nowe cele, na które zgodziły się wszystkie kraje członkowskie. W ich ramach Amerykanie, którzy dotąd odpowiadali za 60 proc. sił potrzebnych do walki z Rosją, chcą zejść do poziomu 40 proc. Wobec tego europejscy sojusznicy muszą wypełnić tę lukę. Musimy tak zarządzać tym procesem, by prezydent Trump dał nam czas na zbrojenia w Polsce, Niemczech czy Francji, zanim siły USA zostaną na stałe przesunięte do Azji. 

Reklama
Reklama

Shahedy, marynarka wojenna USA i elastyczne przerzucanie sił amerykańskich to tematy, które często pojawiają się w przekazach medialnych dotyczących wojny w Iranie. A co panu – jako specjaliście – najbardziej rzuciło się w oczy podczas tego konfliktu? 

Imponująca była zwłaszcza szybkość budowy sił USA na Bliskim Wschodzie. Skala operacji transportowej, wykonanej niemal wyłącznie drogą powietrzną, była bezprecedensowa. To dla Polski dobra wiadomość, ponieważ to dowód, że USA potrafią błyskawicznie przerzucić ogromny potencjał i amunicję, utrzymując „most powietrzny” przez miesiące.

Z drugiej strony potwierdziło się coś, o czym amerykańscy planiści wciąż zapominają. To koncepcja Giulio Douheta z XX w.: USA w każdym kolejnym konflikcie od II wojny światowej próbują udowodnić, że samym bombardowaniem z powietrza można zmusić przeciwnika do kapitulacji. To się nigdy nie udaje. Bez operacji lądowej lub spektakularnych akcji sił specjalnych nie da się rzucić na kolana dużego państwa, zwłaszcza takiego jak Iran.

Można sobie wyobrazić, że pod wpływem nalotów, by oszczędzić społeczeństwo, poddałaby się Dania lub Holandia, ale Iran po latach sankcji ma inną odporność. 

Reklama
Reklama

Najważniejszym obserwatorem tego, co dzieje się w Iranie, jest Pekin. Jakie wnioski wyciągają chińscy wojskowi?

W przypadku kolejnej wojny Pekin nie będzie się bronił, bo to on będzie ją rozpoczynał.  Dlatego Chińczycy muszą zrewidować swoją doktrynę. Amerykanie pokazali niesamowite tempo operacyjne – mimo mniejszej liczby samolotów wykonali tyle samo lotów, co w 2003 r. To oznacza, że ich maszyny są sprawniejsze i częściej w powietrzu. Dla Chin, które planują ewentualne zajęcie Tajwanu, to sygnał, że ich flota inwazyjna mogłaby zostać zmasakrowana przez tak efektywne lotnictwo.

Jeśli eskalacja w Iranie zakończy się szybko, będzie to sygnał ostrzegawczy dla Chin: Amerykanie są sprawni i mają świeże doświadczenie bojowe. Jeśli jednak konflikt w cieśninie Ormuz będzie się ciągnął miesiącami lub latami, dla Pekinu będzie to doskonała wiadomość – oznaczać będzie bowiem trwałe uwiązanie sił USA z dala od Pacyfiku.

Jak ocenia pan zdolność armii USA do prowadzenia równoczesnych konfliktów? Mogłaby walczyć jednocześnie w dwóch wojnach, takich, jak ta w Iranie?

Reklama
Reklama

To zależy. W domenie lądowej są w stanie walczyć na Pacyfiku i na wschodniej flance NATO jednocześnie. Siły powietrzne też mogłyby sobie poradzić, bo Rosja nie jest w powietrzu tak silna jak kiedyś. 

Największy problem stanowi marynarka wojenna. W przypadku wojny z Chinami, U.S. Navy musiałaby rzucić tam wszystkie siły, nie pozostawiając sobie rezerw na inne regiony. Scenariusz tajwański całkowicie zaabsorbowałby jej uwagę.

Czy po doświadczeniach z Iranu można zaryzykować tezę, że USA nie są gotowe na wojnę z Chinami?

Zarówno Chiny, jak i USA nie są jeszcze w pełni gotowe. Pentagon mówi o tym otwarcie – obecna modernizacja i budowanie sojuszy służą właśnie temu, by odstraszyć Chiny i opóźnić ten konflikt. Po latach „wojny z terrorem” armia USA musi odzyskać pełną sprawność do walki z równorzędnym przeciwnikiem. Z kolei Chiny wciąż budują logistykę niezbędną do inwazji.

Reklama
Reklama

Czyli III wojny światowej na razie nie będzie?

W najbliższym roku – nie.

 

*Jacek Tarociński jest głównym specjalistą w Zespole Bezpieczeństwa i Obronności Ośrodka Studiów Wschodnich. W pracy badawczej koncentruje się m.in. na organizacji sił zbrojnych i technice wojskowej państw NATO oraz polityce bezpieczeństwa państw nordyckich. W zeszłym tygodniu opublikował swój najnowszy raport na łamach OSW: „Czy kołdra jest za krótka? Reformy i modernizacja Sił Zbrojnych USA”.

Źródło: Zero.pl
Agnieszka Waś-Turecka
Agnieszka Waś-TureckaDziennikarka
Reklama
Reklama