Reklama
Świat

Waszyngton sprawdza lojalność sojuszników. Polska dostała ostrzeżenie z Białego Domu

W ramach polityki „drapieżnej hegemonii” Waszyngton domaga się od sojuszników z NATO bezwzględnej lojalności politycznej i gospodarczej. Najnowszy raport Białego Domu, zarzucający Polsce udział w pomaganiu Chinom w omijaniu amerykańskich ceł, może być wstępem do postawienia Warszawy przed brutalnym wyborem: albo rezygnacja z relacji handlowych z Pekinem, albo stała obecność wojsk USA nad Wisłą.

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 15:25
12 min
Warszawa, 15.08.2026. Amerykańscy żołnierze maszerujący ze sztandarem podczas defilady wojskowej w Warszawie. Obecność sił USA w Polsce pozostaje kluczowym filarem bezpieczeństwa, choć jej przyszłość zależy od decyzji Waszyngtonu. (fot. Leszek Szymański / PAP)
TYLKO NA
  • Waszyngton rozesłał kwestionariusz do członków Sojuszu, by zweryfikować ich poparcie dla działań USA, wyciągając konsekwencje wobec państw dystansujących się od amerykańskiej polityki.
  • Polska jest oskarżona w analizie Białego Domu. Raport „Wielki przemyt przeładunków” zalicza Polskę do grona państw pomagających Chinom w omijaniu taryf celnych USA poprzez przepakowywanie i montaż końcowy towarów.
  • Marzenie polskich polityków o stałej obecności sił USA może wymagać bezwarunkowego podporządkowania się geoekonomicznej wojnie Waszyngtonu z Pekinem.

Na początku lutego, miesiąc po przeprowadzeniu przez Stany Zjednoczone operacji „Absolutna Determinacja”, w ramach której pojmany został prezydent Wenezueli Nicolás Maduro, Stephen Walt opublikował na łamach „Foreign Affairs” obszerny artykuł. Wybitny amerykański politolog podjął w nim próbę zdefiniowania modelu polityki międzynarodowej przyświecającego drugiej kadencji prezydenckiej Donalda Trumpa. Model określił mianem „drapieżnej hegemonii”.

W ujęciu Walta, „drapieżny hegemon” jest niczym innym jak państwem dominującym, które bez skrupułów wykorzystuje silniejszą pozycję do realizacji własnego, krótkoterminowego interesu narodowego. Niezależnie od tego, czy ma do czynienia z sojusznikiem, czy z przeciwnikiem.

Czytaj także: USA zmieniają nazwę lotniskowca. Miał uczcić czarnoskórego bohatera, teraz rozważają Trumpa

Reklama
Reklama

O ile twarda polityka wobec przeciwników, ukierunkowana na osiągnięcie określonego zysku, nie budzi sprzeciwu, o tyle USA zaczęły traktować sojuszników w sposób podporządkowany tej samej logice, dążąc do wymuszenia na nich lojalności wobec swojego protektora, Stanów Zjednoczonych.

Od zaprzysiężenia drugiej kadencji prezydentury Trumpa wydaje się, że amerykańscy sojusznicy doświadczyli tej polityki na własnej skórze w większym stopniu, niż jego przeciwnicy. Począwszy od pomysłów aneksji Grenlandii i Kanady, przez politykę taryfową, aż po wykorzystywanie przez amerykańską administrację obaw sojuszników związanych z możliwością wycofania wojsk USA z ich terytoriów.

Lojalka

O tej ostatniej płaszczyźnie, związanej z oczekiwaniem lojalności politycznej, poinformował niedawno Bloomberg. Według dokumentu, do którego dotarli dziennikarze agencji (autentyczność informacji potwierdziła m.in. Finlandia oraz Litwa), Amerykanie rozesłali do 31 państw członkowskich NATO kwestionariusz – będący w istocie „lojalką” – który ma służyć ocenie ich stosunku do polityki Waszyngtonu.

Pytania mają dotyczyć:

  • Czy kraj publicznie popierał politykę zagraniczną USA?
  • Jakie ograniczenia nakładali na korzystanie ze swoich baz przez amerykańskie siły zbrojne?
  • Czy kupuje broń i inny sprzęt od amerykańskich firm zbrojeniowych?
  • Czy sprzeciwiał się przepisom ograniczającym zawieranie kontraktów z amerykańskimi producentami?
  • Czy kraj jest gotowy być wiarygodnym i aktywnym partnerem USA, wspierać ich strategię bezpieczeństwa, ponosić własne koszty obrony i działać wspólnie z Waszyngtonem, bez niepotrzebnego publicznego eskalowania sporów?
Reklama
Reklama

Rozesłanie tej „lojalki” jest następstwem reakcji sojuszników na amerykańskie inicjatywy wojskowe od początku tego roku. O ile operacja pojmania Maduro przeszła wśród amerykańskiej sieci sojuszniczej bez większego echa i wyraźnych głosów sprzeciwu, o tyle „Epicka Furia” wywołała „lekką” awersję sojuszników wobec wojny z Iranem.

Uzasadnienie jest proste. Wenezuela, z całym szacunkiem dla jej państwowości, jest państwem o zdecydowanie mniejszej zdolności do przeciwstawienia się amerykańskiej woli niż Iran, który od ponad sześciu miesięcy czyni to z pozytywnym skutkiem. Teheran, odpowiadając na ataki regionalnym ostrzałem oraz blokadą żeglugi przez Cieśninę Ormuz, doprowadził do zablokowania szlaku importowego, którym do Europy trafiają węglowodory z państw Zatoki. Działania wywołały więc skutki, których koszty ponosi Europa, mimo braku bezpośredniego zaangażowania w wojnę. 

Dowodem tej awersji państw europejskich było dystansowanie się od konfliktu i deklarowanie podejścia: „to nie nasza wojna” – jak określił to były premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer. W przypadku Londynu pogląd początkowo znalazł wyraz w odmowie wykorzystania brytyjskich baz (w szczególności bazy Diego Garcia) przez USA do działań przeciwko Iranowi. Od tej decyzji później odstąpiono.

Reklama
Reklama

W przypadku Francji, prezydent Emmanuel Macron wzywał do poszanowania prawa międzynarodowego, a francuskie władze odmówiły zgody na przelot samolotów transportujących zaopatrzenie wojskowe do Izraela.

Sprawdź również: Izrael rozmywa sprawę śmierci Damiana Sobóla. Zychowicz: Polski MSZ jest za miękki

Jednak zgodnie z modelem „drapieżnego hegemona”, USA odpowiedziały konsekwencjami na próby dystansowania się sojuszników od wojny z Iranem. Najbardziej jaskrawym przykładem okazała się Hiszpania. Premier Pedro Sánchez otwarcie potępił operację, blokując amerykańskim samolotom dostęp do przestrzeni powietrznej oraz możliwości wykorzystania baz morskich w Hiszpanii, z których korzystały USA. W odpowiedzi Waszyngton podjął decyzję o przebazowaniu z Hiszpanii części swoich sił, w tym kilkunastu latających cystern KC-135.

Konsekwencje miały pojawić się również na płaszczyźnie ekonomicznej. Najpierw w marcu, a następnie w lipcu podczas szczytu NATO w Ankarze, Trump zapowiedział, że polecił sekretarzowi skarbu Scottowi Bessentowi „odciąć wszelkie stosunki handlowe z Hiszpanią”. Do dziś groźby Trumpa pozostały wyłącznie zapowiedziami.

Inna sytuacja miała miejsce w przypadku powściągliwej postawy Niemiec. Choć niemieckie władze nie podjęły żadnych praktycznych działań mających ograniczyć swobodę korzystania przez USA z baz na terytorium Niemiec. Kanclerz Friedrich Merz wykazał się, zdaniem USA, „złowrogą” postawą. Pod koniec kwietnia stwierdził, iż „Irańczycy są wyraźnie silniejsi, niż się spodziewano, a Amerykanie wyraźnie nie mają przekonującej strategii zwycięstwa”. Słowa Merza, choć pozostają aktualne, okazały się niezwykle bolesne dla Amerykanów. Do tego stopnia, że w odpowiedzi z początkiem maja Pentagon ogłosił redukcję 5000 amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Niemczech.

Reklama
Reklama

Polska modelowym sojusznikiem

W przypadku Polski sytuacja wyglądała inaczej. Warszawa zachowała publiczne milczenie i nie zgłosiła żadnych protestów przeciwko amerykańskiej operacji przeciwko Iranowi. Z pełną aprobatą przeznacza fundusze na zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego. Wydaje na obronność niemal 5 proc. PKB – zgodnie z przyjętym warunkiem po szczycie NATO w Hadze. 

Może Cię zainteresować: Numer PESEL można zastrzec w telefonie. Co nam daje taka możliwość?

Mimo to Warszawa dostała rykoszetem – w połowie maja Pentagon wstrzymał rotację 4000 żołnierzy do Polski. Uzasadniając to szerszą redukcją amerykańskich sił z Europy. Później z kolei, sam Trump – powołując się na sympatię do prezydenta Karola Nawrockiego – ogłosił anulowanie tej decyzji poprzez uzupełnienie amerykańskich sił o 5000 żołnierzy. Sytuacja pozostaje jednak niejasna. 

W lipcu szef polskiego BBN Bartosz Grodecki spotykając się z podsekretarzem obrony USA ds. polityki Elbridge’em Colbym, który pełni funkcję głównego stratega Pentagonu, uzyskał poszczas spotkania „obietnice” przywrócenia rotacji żołnierzy. Jednak nie ustalając konkretnego terminu powrotu żołnierzy. Chciałoby się więc powiedzieć, że w tej sytuacji sprawdza się stara zasada, jak to w polityce, a tym bardziej w polityce międzynarodowej, bywa: „Obietnice angażują tylko tych, którzy ich słuchają”.

Reklama
Reklama

Więcej w temacie obronności: „Tarcza Wschód”, czyli polska linia umocnień na tle doświadczeń Ukrainy

Niejasność tej deklaracji wynika z ogłoszonego w czerwcu przez Pentagon przeglądu amerykańskich wojsk w Europie. W ramach przeglądu Waszyngton ma do końca roku zdecydować nie tylko o liczbie żołnierzy pozostających na kontynencie, lecz także o ewentualnym przemieszczeniu wojsk USA w Europie.

Polscy politycy muszą więc liczyć się ze zmianą charakteru obecności amerykańskich wojsk. Nie zakładają jednak najbardziej radykalnego scenariusza, czyli wycofania znacznej części wojsk USA z kontynentu. Liczą na reorganizację tej obecności i przeniesienie sił z Niemiec do Polski, czemu towarzyszy marzenie o utworzeniu w kraju stałej, a nie rotacyjnej czy „stałej-rotacyjnej, amerykańskiej bazy wojskowej.

Problem z realizacją tego celu polega na tym, że mimo oczekiwań polityków w Warszawie, Waszyngton może obrać sobie za cel realizację radykalnego scenariusza. Należy liczyć się z tym, że jakikolwiek przejaw „braku lojalności” może zostać potraktowany jako pretekst do jego realizacji.

Polska „wielkim przemytnikiem”

W swoich zabiegach o stałą bazę wojskową USA, polscy politycy mogą zderzyć się z wymogiem bezwarunkowej lojalności wobec Waszyngtonu. Na takie wymaganie może wskazywać opublikowany w ubiegłym tygodniu przez Biały Dom raport „Wielki przemyt przeładunków” – ten bezpośrednio wpisuje się w logikę „drapieżnego hegemona”.

Reklama
Reklama

Sedno tego raportu odnosi się bezpośrednio do oskarżenia Chin o stworzenie globalnej sieci służącej obchodzeniu amerykańskich ceł. Mechanizm ten ma polegać na eksportowaniu chińskich produktów za pośrednictwem innych państw, w których towary są przepakowywane, etykietowane, montowane albo otrzymują nową dokumentację. Następnie w ramach niższych stawek celnych, trafiają na rynek amerykański. Wniosek o tym, że raport służy wyłącznie ujawnieniu chińskiego procederu, jest daleko mylący. Dokument skupia się bowiem na konkretnych państwach będących węzłami, w których ma być realizowany proceder.

Czytaj również: Trump zagroził Iranowi „gospodarczym D-Day”. Jest odpowiedź Teheranu

W gronie 40 państw – które według raportu mają współodpowiadać za straty wynoszące od 40 mld do 303 mld dolarów rocznie (dokument nie wskazuje konkretnej wartości ze względu na różne metodologie obliczeń) oraz za likwidację 450 tysięcy miejsc pracy w USA w Milwaukee, Cleveland, Toledo, Hickory, Phoenix czy Youngstown – znalazła się Polska. Obok Czech, Węgier i Rumunii ma tworzyć środkowoeuropejski pas przetwórstwa, „w którym chińskie komponenty trafiają do rozwiniętych regionalnych łańcuchów dostaw, gdzie przechodzą końcowy montaż, testowanie lub przepakowywanie przed wysyłką do USA”.

Reklama
Reklama

Można zatem zadać pytanie: jak ma się to do wizji polityki bezpieczeństwa Warszawy, opartej na stałej obecności wojsk USA?

Podobnie jak w przypadku raportu Białego Domu „Kuba: Stolica komunizmu XXI wieku”, którego celem jest usprawiedliwienie amerykańskiej blokady Kuby, raport o „wielkim przemycie” również może służyć USA do uzasadnienia decyzji, jednak tym razem wobec sojuszników.

Pomoc Chinom w omijaniu amerykańskich ceł oznacza wsparcie głównego przeciwnika USA. Zatem waga tego raportu jest zdecydowanie większa. Tym samym, może pojawić się chęć wywarcia przez Amerykanów presji nie na silne Chiny, lecz na słabszych sojuszników. Nie musiałaby ona przybierać formy otwartego żądania podporządkowania się woli USA. Samo zwrócenie uwagi na amerykański problem mogłoby posłużyć do zasygnalizowania określonych oczekiwań. W ten sposób, USA mogłyby postawić nas przed wyborem: albo handel z Chinami, albo stała baza wojsk amerykańskich w Polsce.

Choć żadna sfera rządowa oficjalnie tego nie potwierdzi, w zaciszu gabinetów takie działanie byłoby zgodne z logiką „drapieżnego hegemona”. Instrumentem umożliwiającym USA postawienie Polski przed takim wyborem jest bowiem pozycja gwaranta bezpieczeństwa, którą USA zbudowały nad Wisłą od czasu przystąpienia Polski do NATO.

Reklama
Reklama

Zobacz także: Piddington kontra Londyn. Mała wieś stała się symbolem brytyjskiego sporu o migrację

Postawienie Warszawy przed takim wyborem geoekonomicznym, rzeczywiście mogłoby zostać w kraju poważnie rozważone. Warszawa musiałaby jednak sformułować warunki dotyczące nie tylko możliwości zrekompensowania strat wynikających z zaprzestania handlu z Chinami – największą według parytetu siły nabywczej gospodarką na świecie – lecz także perspektyw rozwoju wzajemnych stosunków gospodarczych. Warunki te powinny być skonstruowane w taki sposób, aby Polska w dłuższej perspektywie zyskała gospodarczo, a nie straciła.

Problem polega na tym, że taka perspektywa może okazać się nierealna. Stany Zjednoczone nie chcą dziś oferować korzyści. Chcą „zjeść ciastko i mieć ciastko” z prostego powodu: nie muszą nam nic oferować. Wystarczy, że zasieją wśród polskich polityków wątpliwości co do udzielonych nam gwarancji bezpieczeństwa, między innymi poprzez wysyłanie niejasnych deklaracji dotyczących obecności wojsk USA w Polsce. Bo jak napisał 2500 lat temu Tukidydes: „silni robią, co chcą, a słabi robią, co muszą”.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny