Reklama
Kraj

„A więc wojna!”. Wrzesień 1939: między obowiązkiem a śmiercią

1 września 1939 roku radio ogłosiło: „A więc wojna!”. Za tymi trzema słowami krył się świat, który miał za chwilę runąć. Pisarze Szczepański, Hertz, Bobkowski, Rymkiewicz i Céline patrzyli na wojnę z różnych stron, ale ich świadectwa prowadzą do podobnego pytania: co pozostaje z patriotycznych nakazów, kiedy naprzeciw człowieka stają stal, ogień i bezwzględna przewaga?

Marcin Darmas
Opinia autorstwa: Marcin Darmas
Wczoraj 05:57
9 min
Co pozostaje z patriotycznych nakazów, kiedy naprzeciw człowieka staje stal, ogień i bezwzględna przewaga? (fot. Shutterstock/IPN/Natalia Olak)
TYLKO NA

„A więc wojna!” – tak brzmiał apokaliptyczny komunikat polskiego radia, czytany 1 września 1939 r., z żołnierską emfazą, przez spikera Józefa Małgorzewskiego. „Cały wysiłek narodu musi iść w jednym kierunku. Wszyscy jesteśmy żołnierzami.” Tak to szło...

Zdania krótkie, zdawkowe, bliższe rozkazom kancelaryjnych gryzipiórków, które przeniosły się z koszar, poligonów i żołnierskich wart do mieszkań, dworków i lepianek. Miały mieć moc powszechną – żeby nie powiedzieć „totalną”. Miały się wwiercić do najintymniejszych stref, wejść pod strzechy, organizować wszelki przejaw życia, uruchamiać instynkty i, co najważniejsze, patriotyczne porywy. W polskiej historii zresztą wiele jest „odruchów bezwarunkowych”. Mówi się przecież o „narodowych zrywach”, o wydarzeniach wzniosłych, acz krótkotrwałych.

Czytaj też: 87 lat od wybuchu II wojny światowej. „A więc wojna!” – historia jednego poranka

Nasza historia naszpikowana jest wydarzeniami, które wymagały od nas jednoznacznych postaw i decyzji. Według Jarosława Marka Rymkiewicza ojczyzna jest metafizycznym zobowiązaniem. Łączy żywych i umarłych nierozerwalnym splotem. W „Reytanie” pisze wprost, iż ojczyzna może w każdej chwili zażądać od swojego wiernego syna, żeby dla niej umarł: „Ojczyzna może cię wezwać, kiedy zechce, a ty musisz być na to przygotowany”. 

Reklama
Reklama

„A więc wojna!”. Zaczęło się dryfowanie w stronę „zbrodni i ognia”. W masowe zniszczenia i wściekłość ludzi potężniejszą niż wściekłość tysiąca psów. W „Wrześniowym vis-à-vis” Jan Józef Szczepański określa wojnę jako „euforyczne poczucie bezkarności”, uwolnienie od wielu wstydów. Już w pierwszych dniach września brak współczucia i rycerskiej przyzwoitości przerodziły się w triumf germańskiej podłości, pogardę dla przeciwnika i odebranie mu godności należnej każdemu człowiekowi.

Co ciekawe, „zbydlęcenie” przyszło w pełnej krasie właśnie z Zachodu. Nasi przodkowie na własne oczy widzieli je wcześniej, w roku dwudziestym, w wykonaniu bolszewickich kawalerzystów ze spiczastymi nakryciami na głowach. Tym razem zaatakowała nas cywilizacja „panów” będących w punkcie kulminacyjnym rozwoju myśli i techniki.

„Nie robię żadnej różnicy między księciem Radziwiłłem a dorożkarzem” – tak Generalny Gubernator Hans Frank miał powiedzieć Curziowi Malaparte. Niemcy mieli być przewodnikami braku rozróżnień na profesorów, mieszczuchów, lekarzy, chłopów, robotników. Znaczyli od września 39. tyle samo. Mieli stać się pospołu jednym mięśniem pracującym na rzecz splendoru tysiącletniej rzeszy: „wszystkie ludy nowej Europy, a w pierwszym rzędzie naród polski, powinny czuć się dumne, mając w Hitlerze ojca sprawiedliwego i surowego”.

Reklama
Reklama

MEN jak niesforny uczeń: wszystko zostawia na ostatnią chwilę

Wieluń – pierwsza ofiara wojny totalnej

Pod niemiecką linijkę podpadali zarówno Polacy uzbrojeni, jak ci całkowicie bezbronni. I tak z Wielunia, miasta bez znaczenia militarnego, bez obrony przeciwlotniczej, bez strategicznych zakładów, bez choćby jednej wojskowej jednostki, uczyniono w pierwszych dniach września „żywą strzelnicę”. Piloci Junkerów Ju 87 Stuka testowali na cywilach, szpitalach oznaczonych czerwonymi krzyżami, „sztukę” bombardowania nurkowego, ataków falowych, ale również skuteczność niemieckich bomb burzących i zapalających.

Niemiecką „zabawę” nad Wieluniem Norman Davies nazwał „Guerniką II wojny światowej”.

Na stronach „Podróży do kresu nocy” francuskiego pisarza Louis-Ferdinanda Céline’a, wojna jest albo „potężną uniwersalną kpiną”, albo sprowadzeniem do piachu i błota, do kiwania się w tył i wprzód nad kołem, zsunięciem się w kosmiczną otchłań – przejściem od stanu ścierwa do stanu widma. Do dziś nie zdajemy sobie do końca sprawy z tego, jak wojna i jej konsekwencje podważyły wszystko, każdą „formę myślenia”, wszelkie wartości.

Polski wrzesień 1939 r. okazał się przedsionkiem, marsową uwerturą, przedsmakiem okrucieństw dotąd jeszcze nieznanych w historii ludzkości.

Reklama
Reklama

Czy Polska mogła wówczas inaczej się zachować? Czy ciąży nad nami odwieczne fatum, które każe zachować się „przyzwoicie”, po żołniersku, zgodnie z rycerskim kodeksem i patriotycznym nakazem? Dla przywołanego już wcześniej Jana Józefa Szczepańskiego, czynnego uczestnika „polskiej jesieni”, ten „wrzesień” stanowił uosobienie odwiecznego tragizmu. Tragicznego losu państwa, które „uważając się za mocarstwo, w ciągu miesiąca przestaje istnieć”. To był tragiczny los żołnierzy zmuszonych do walki z wielokroć silniejszym i świetnie wyposażonym przeciwnikiem, „bez szans na zwycięstwo, opuszczonych przez zobligowanych formalnie do pomocy aliantów”.

Ryszard Terlecki o odejściu z PiS: Do końca sądziliśmy, że to się jakoś ułoży

Jan Józef Szczepański: przewaga nad słusznością sprawy

Szczepański w swojej niemal reporterskiej opowieści opisuje rzeczywistość najwierniej jak potrafił, bez retuszów, chcąc najpełniej wyrazić prawdziwy sens i smak przeżycia żołnierskiej egzystencji. Być może dlatego, unika sformułowań podniosłych i patriotycznych: „Ogromna, stalowa maszyna miała stratować i zgładzić wszystko, co miękkie, łagodne, w jej twardym łoskocie zamilknąć miały wszystkie głosy niepodobne do klekotu pancernych blach”.

Szczepański nie szczędzi na stronach „Polskiej jesieni” krytyki dla powszechnego rozgardiaszu, sprzecznych komunikatów dowództwa, chaotycznych manewrów okupionych setkami ofiar – ów „wrzesień”, o czym nie należy zapominać, był przede wszystkim przykładem niemieckiego bestialstwa, ale i polskiej indolencji na najwyższym szczeblu.

Reklama
Reklama

„My nie mieliśmy lotnictwa zdolnego stawić czoła potężnej Luftwaffe. Nasza broń pancerna mogła się wydawać silna tylko na ograniczonej przestrzeni trzeciomajowej defilady. Ale w przekonanie o słuszności naszej sprawy byliśmy uzbrojeni bez zarzutu. Może dlatego nie złamał nas wstrząs porażki” – notował pisarz wiele lat po zakończeniu wojny. Bladły wobec pewności „polskiej prawości” konkrety, jak dokładna pozycja wroga, sytuacja na przedpolu, niedobory w racjach żywnościowych czy braki w amunicji.

Szczepański bacznym okiem obserwował swoich towarzyszy żołnierskiej niedoli. To z czułością, to z pewnym rozbawieniem dla infantylnych uniesień. Jeden z nich, Sławik, znacząc łuski w otwartym zamku wymieniał nazwy miast, które postanawiał osobiście pomścić – Karwinę, Katowice, Poznań, Łódź… Litania miast była niezwykle długa. W okrzykach Sławika drgała nadzieja, że „nasze salwy przekreślą zaborcze sukcesy”.

W pierwszych dniach wojny, polscy żołnierze nie potrafili poprawnie rozpoznać samolotów na niebie. „Pierwsze samoloty wzięliśmy za nasze łosie. Szły zbyt wysoko, żeby można było rozróżnić znaki” – opisywał po latach Szczepański. Dopiero kiedy zobaczyli na własne oczy, jak maszyny zrzucały bomby na przedmieścia miast, zrozumieli sens rozpoczynającego się przedstawienia.

Reklama
Reklama

Zaczęły się meandryczne odwroty, rozpaczliwe próby przebicia się z okrążenia – pod Żorami, Mikołowem, Pszczyną... To wówczas doszła do Szczepańskiego okrutna prawda: „przewaga materiałowa więcej doraźnie znaczy niż słuszność sprawy i żołnierska dzielność”.

Paweł Hertz i koniec dawnego świata

Dla Pawła Hertza, innego naocznego świadka wrześniowej zawieruchy, rozpoczynająca się wojna miała okazać się wejściem w nowy, nieznany porządek. Przepowiadany od czasów renesansu schyłek cywilizacji Zachodu nadchodził przy rozbrajającej bierności otoczenia.

W przejmujących opowiadaniach zebranych w „Sedan”, kreśli obraz zblazowanej arystokracji, niezdolnej do utrzymania porządku, w który przestali wierzyć: „klęska bowiem była w nas samych, w naszej decyzji bezruchu i bierności”. A kilka stron dalej Hertz notuje: „Karnawał 1939 roku był weselszy niż zwykle. Nie mieliśmy już nic do stracenia”.

Hertz patrzy na swoich bohaterów bez patosu i bez łatwego oskarżenia. Widzi ich strach, bezradność, śmieszność, ale także przywiązanie do rzeczy, które za chwilę przestaną istnieć. Dlatego wrześniowa ucieczka ma u niego wymiar niemal cywilizacyjny: to nie tylko odwrót przed dwiema nacierającymi armiami, lecz ucieczka z własnego świata.

„Kocham ten czas, który przeminął” – napisze później, świadom, że wraz z wojną kończy się nie tylko bezpieczeństwo, lecz także pewien porządek pamięci. „Sedan” staje się w ten sposób epitafium dla świata, który jeszcze w „karnawale 1939 roku” wydawał się trwały, choć – jak sugeruje Hertz – jego klęska dokonała się wcześniej, wewnątrz ludzi, którzy utracili wiarę w jego trwałość.

Reklama
Reklama

Polska miała rację, ale nie miała przewagi

Niemal rok później, Andrzej Bobkowski, literat przebywający we Francji, widzi inny spektakl, bliższy rozważaniom Hertza. Nie tyle bezradność i chaos, ile osobliwą kapitulację państwa lepiej przygotowanego, lepiej uzbrojonego i zaawansowanego technologicznie: „Biedna i niezasobna Polska i wielka i bogata Francja broniły się jednako długo. My i obcy uważali naszą obronę za skandal. Obrona francuska na tym tle jest po prostu kryminałem. My chcieliśmy się bronić, ale nie mieliśmy czym. Oni mieli czym i nie chcieli się bronić”.

Być może więc największym złudzeniem września nie było przekonanie, że można wygrać wojnę bez przewagi nad przeciwnikiem. Większym było przekonanie, że historia – przez duże „H” – pyta nas wyłącznie o to, po której jesteśmy stronie. Szczepański przypominał, że słuszność nie zatrzymuje czołgów, Hertz – że klęska może zacząć się w człowieku jeszcze przed wkroczeniem wroga, Bobkowski zaś, patrząc na upadek Francji, zobaczył coś jeszcze bardziej niewygodnego. Naród może mieć wszystko, co potrzebne do obrony, i mimo to nie chcieć się bronić.

Reklama
Reklama

Dla Polaków września 1939 r. ojczyzna okazała się więc rymkiewiczowskim zobowiązaniem – wobec żywych, umarłych i tych, którzy mieli dopiero nadejść. Zobowiązaniem, którego nie można było odrzucić nawet w obliczu klęski.

Może Cię także zainteresować:

Źródło: Zero.pl