Zasadnicze pytanie nie brzmi dziś, czy tworzyć osobną „Armię Rezerwową” albo nowy rodzaj Sił Zbrojnych aktywnej rezerwy, lecz jak włączyć rezerwistów w istniejący system dowodzenia, szkolenia i odpowiedzialności za gotowość. Rezerwa powinna wzmacniać konkretne brygady, bataliony i jednostki zapasowe, a nie tworzyć równoległy organizm wojskowy. Celem powinny być jedne Siły Zbrojne, które potrafią płynnie przejść ze struktury czasu pokoju do znacznie większej struktury czasu wojny.
15 sierpnia 2026 r. na łamach kanału Zero ukazał się bardzo intersujący wywiad z gen. Jarosławem Gromadzińskim dotyczący rezerw osobowych Sił Zbrojnych RP[1]. Pan Generał ma rację, gdy mówi, że rezerw Wojska Polskiego nie można budować na slajdach. Żołnierz rezerwy bez przypisanego stanowiska, jednostki, sprzętu i cyklu szkoleniowego jest przede wszystkim pozycją w ewidencji, a nie realną zdolnością bojową. W wywiadzie dla Zero.pl Pan Generał trafnie stawia pytanie, czym właściwie miałoby być deklarowane 200 tys. rezerwistów: uzupełnieniem istniejących jednostek czy bazą do rozwinięcia nowych brygad. Trafnie wskazuje również, że hełmy, kamizelki i broń indywidualna nie rozwiązują problemu, jeżeli nie wiadomo, na jakich platformach i w jakich strukturach ci ludzie mają walczyć.
Wątpliwości budzi jednak recepta.
Generał Gromadziński proponuje bowiem utworzenie już w czasie pokoju dowództwa „Armii Rezerwowej” oraz struktur batalionów, pułków i brygad wszystkich rodzajów wojsk. W razie zagrożenia takie formacje miałyby udać się do koszar, pobrać sprzęt, a część wyposażenia mogłaby być nawet pozyskiwana ad hoc lub przekazywana przez sojuszników.
Nie jest to jedyny pojawiający się ostatnio pomysł instytucjonalnego wyodrębnienia rezerwy. Były minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak zaproponował niedawno utworzenie Aktywnej Rezerwy RP jako osobnego rodzaju Sił Zbrojnych. Według przedstawianych założeń miałaby ona posiadać własne dowództwo i jednostki terenowe, a rezerwiści mieliby zawierać kontrakty związane m.in. z kompetencjami medycznymi, transportowymi czy cyfrowymi.
Pomysły Generała Gromadzińskiego i Ministra Błaszczaka nie są identyczne. Pierwszy myśli przede wszystkim kategorią związków taktycznych rozwijanych mobilizacyjnie. Drugi proponuje osobny rodzaj Sił Zbrojnych oparty na aktywnej rezerwie. Łączy je jednak jedno założenie: rezerwa ma zostać organizacyjnie wydzielona z zasadniczego korpusu Sił Zbrojnych.
I właśnie to założenie warto zakwestionować.
Rezerwa nie jest rodzajem wojsk Wojsk Lądowych potrzebujemy dlatego, że prowadzą działania lądowe. Sił Powietrznych – ponieważ operują w domenie powietrznej. Marynarki Wojennej – ponieważ prowadzi działania na morzu.
A jaka jest odrębna domena „wojsk rezerwy”? Nie ma takiej.
Rezerwista nie jest specjalnością wojskową. Mechanik czołgu Leopard pozostaje mechanikiem czołgu Leopard niezależnie od tego, czy służy zawodowo, czy przez większą część roku pracuje w cywilu. Operator systemu przeciwlotniczego pozostaje częścią obrony przeciwlotniczej. Lekarz pozostaje elementem zabezpieczenia medycznego. Kierowca ciężarówki – logistyki. Oficer sztabu batalionu – sztabu konkretnego batalionu. Przy tej analizie chyba nie powinniśmy pytać „do jakiego rodzaju Sił Zbrojnych należy rezerwista?” a raczej powinniśmy zastanowić się: „do jakiej jednostki i na jakie stanowisko trafi w czasie W?”
Odpowiedzią na to pytanie jest propozycja zawarta w koncepcji rezerwy kompetencyjnej[2]- odejście od anonimowej rezerwy ewidencyjnej w stronę żołnierza rezerwy posiadającego określoną specjalność, poziom gotowości, przydział, jednostkę macierzystą i aktualne kompetencje. Im mocniej wydzielimy rezerwę organizacyjnie, tym większe ryzyko, że osłabimy właśnie tę więź.
Osobny rodzaj Sił Zbrojnych – ale po co?
W pomyśle Ministra Błaszczaka jest kilka elementów, które zasługują na poważną dyskusję. Kontrakty gotowości, świadczenie za pozostawanie w dyspozycji, wsparcie pracodawców i systematyczne szkolenie specjalistów odpowiadają na rzeczywiste słabości obecnego modelu. Sam kierunek profesjonalizacji rezerwy jest słuszny. Problem zaczyna się w momencie, gdy ze słusznej diagnozy wyprowadzamy wniosek, że potrzebny jest kolejny rodzaj Sił Zbrojnych z własnym dowództwem i jednostkami.
Jeżeli informatyk-rezerwista ma w czasie wojny zabezpieczać systemy teleinformatyczne konkretnej dywizji, dlaczego ma należeć do armii rezerwowej a nie do konkretnej dywizji, która potrzebuje jego kwalifikacji? Jeżeli lekarz ma rozwijać szpital polowy konkretnego związku taktycznego, po co utrzymywać między nim a jednostką dodatkowy pion organizacyjny? Jeżeli kierowca pojazdu ciężarowego ma mobilizacyjny przydział do batalionu logistycznego, to jego naturalnym przełożonym szkoleniowym powinien być dowódca tej struktury, a nie dowódca osobnego rodzaju wojsk rezerwy.
Obecne rozwiązania aktywnej rezerwy już zakładają możliwość wyznaczenia żołnierza na konkretne stanowisko w jednostce wojskowej i szkolenia go zgodnie z potrzebami tej jednostki. To nie jest jeszcze doskonały system, ale pokazuje coś ważnego: nie trzeba tworzyć osobnej armii, żeby stworzyć aktywną rezerwę. Oczywiście trzeba ten mechanizm doprecyzować nad czym pracuje Sztab Generalny (ale nie chce się na razie tym pochwalić) i dlatego zaproponowałem koncepcję rezerwy kompetencyjnej, ale to osobny temat.
Czy potrzebujemy osobnego Dowództwa Rezerw?
Tu dochodzimy do propozycji gen. Gromadzińskiego. Jeżeli powstanie osobna Armia Rezerwowa z własnymi brygadami, batalionami i pułkami, to oczywiście ktoś będzie musiał nią dowodzić.
Tyle że jest to argument błędnego koła. Najpierw tworzymy odrębne związki taktyczne. Ponieważ je stworzyliśmy, potrzebujemy dla nich dowództwa. A następnie istnienie dowództwa staje się argumentem za dalszym rozwojem odrębnych struktur.
Można odwrócić tę logikę. Najpierw odpowiedzmy na pytanie, jakiej funkcji obecny system dowodzenia nie potrafi wykonać.
Jeżeli chodzi o strategiczne planowanie mobilizacyjne – zadanie to już znajduje się w istniejącym systemie dowodzenia. Jeżeli chodzi o szkolenie rezerw – również jest ono obecnie realizowane w ramach Sił Zbrojnych. Jeżeli chodzi o przygotowanie konkretnego rezerwisty do walki – naturalnym miejscem odpowiedzialności jest jednostka, w której ma on walczyć.
Wniosek: jakiego elementu brakuje w systemie – dowództwa czy właściciela procesu.
Właściciel procesu zamiast kolejnego dowódcy
System rezerw rzeczywiście wymaga centralnego zarządzania. Ktoś musi określać standardy. Ktoś musi zdecydować, co znaczy „rezerwista wysokiej gotowości”, jakie musi spełnić normy i jak często powinien ćwiczyć. Ktoś musi mierzyć gotowość. Ktoś musi wiedzieć, że w jednej dywizji brakuje 200 kierowców, w drugiej 80 operatorów systemów łączności, a w trzeciej 40 lekarzy.
Ktoś musi synchronizować potrzeby jednostek, WCR, centrów szkolenia i systemu logistycznego. Ale do tego nie jest konieczne dowództwo posiadające własne wojska.
Znacznie bardziej racjonalnym rozwiązaniem byłby wyspecjalizowany Inspektorat Rezerw albo silny zarząd funkcjonalny wewnątrz istniejących instytucji systemu dowodzenia. Taki organ nie musi posiadać swoich batalionów. Ma posiadać dane, standardy, system certyfikacji, prawo do kontroli i zdolność do realnej oceny gotowości jednostek.
To zasadnicza różnica. Dowództwo z natury rzeczy zaczyna potrzebować podległych sił. Inspektorat funkcjonalny nie „posiada” rezerwistów. Ustanawia standard, kontroluje jego wykonanie i pokazuje dowódcom, gdzie istnieją rzeczywiste luki.
Dowódca brygady powinien znać swoich rezerwistów
Najważniejszy element systemu powinien znajdować się jednak niżej. Jeżeli brygada czasu „W” potrzebuje 4500 ludzi, z czego w czasie pokoju posiada 3000, to problemem dowódcy nie powinno być znalezienie „1500 rezerwistów”. Powinien mieć 1500 konkretnych nazwisk przypisanych do 1500 konkretnych stanowisk.
Dowódca kompanii powinien wiedzieć, którzy rezerwiści ją rozwijają. Dowódca plutonu powinien wiedzieć, którzy ludzie do niego przychodzą. Rezerwista powinien znać swoje miejsce w razie W - pododdział i sprzęt. A przede wszystkim powinien regularnie spotykać ludzi, z którymi będzie walczył w godzinie próby w ramię w ramię.
To jest podstawowa różnica między rezerwą ewidencyjną a kompetencyjną. W koncepcji rezerwy kompetencyjnej centralne znaczenie ma więź żołnierza z jednostką macierzystą, stabilność przydziału oraz przeniesienie praktycznej odpowiedzialności za gotowość możliwie blisko jednostki, w której będzie użyty.
I właśnie tu potrzebne są jednostki zapasowe
W tym modelu szczególnego znaczenia nabiera koncepcja jednostek zapasowych. Nie jako kolejnego rodzaju wojsk. Nie jako samodzielnej armii. Ale jako organicznego zaplecza istniejących związków taktycznych.
Jednostka zapasowa powinna być miejscem, które potrafi przyjąć rezerwistę, sprawdzić jego kwalifikacje, wyposażyć, przeprowadzić szkolenie odświeżające i skierować do właściwego pododdziału.
W czasie dłuższej wojny jej rola staje się jeszcze ważniejsza. To właśnie ona powinna przygotowywać uzupełnienia strat, prowadzić przekwalifikowanie, szkolić kolejne zmiany i tworzyć kompanie lub bataliony kierowane do odtwarzanych jednostek.
Najpierw wypełnijmy istniejące etaty
Zresztą sam gen. Gromadziński dostarcza argumentu za takim rozwiązaniem. Proponuje, aby jednostki na wschód od Wisły utrzymywały bardzo wysoką obsadę, a jednostki położone dalej na zachód niższą, z większym udziałem aktywnej rezerwy.
To interesująca koncepcja. Ale jeżeli znaczącą część składu brygady ma stanowić rezerwa, to po co wyprowadzać tych ludzi do osobnej armii? Powinni być właśnie rezerwistami tej brygady. Ćwiczyć z nią. Znać jej procedury. Obsługiwać jej sprzęt. I stawiać się w jej miejscu mobilizacyjnego rozwinięcia. W tym modelu rozróżnienie na żołnierza zawodowego i rezerwistę jest istotne administracyjnie. Operacyjnie znaczenie ma co innego: czy pododdział jest ukompletowany i zgrany.
Osobne brygady rezerwowe są potrzebne. Ale trzeba wiedzieć, po co je tworzymy
Przytoczone powyżej argumenty nie oznaczają, że w Siłach Zbrojnych nie powinny istnieć jednostki rozwijane głównie z rezerwy. Siły Zbrojne RP dysponujące dużą rezerwą muszą posiadać możliwość zwiększenia liczby związków taktycznych po mobilizacji.
Ale nie wynika z tego automatycznie potrzeba tworzenia Armii Rezerwowej. Można stworzyć dywizję, której część brygad ma wysoki udział rezerwy. Można posiadać brygady skadrowane. Można utrzymywać jednostki czasu „W”, rozwijane przez istniejące dowództwa dywizji. Można również posiadać formacje drugiego lub trzeciego rzutu, których gotowość liczona jest w tygodniach, a nie godzinach.
Taki model pozwala tworzyć wojska rozwijane mobilizacyjnie wewnątrz jednego systemu Sił Zbrojnych, zamiast konstruować równoległą armię.
Sprzętu nie można domobilizować
Jest jeszcze jeden problem z budową dużych samodzielnych formacji rezerwowych. Człowieka można powołać. Czołgu – nie. Można skrócić termin stawiennictwa rezerwisty. Nie można w tym czasie stworzyć batalionu czołgów, dywizjonu artylerii, kompanii saperów, systemu łączności i warsztatów remontowych.
Dlatego sprzęt, który miałby trafić do Armii Rezerwowej dopiero po rozpoczęciu kryzysu – kupiony ad hoc albo przekazany przez sojuszników – może być elementem planu odtwarzania zdolności podczas długiej wojny, ale nie powinien być fundamentem mobilizacji państwa graniczącego z obszarem potencjalnego konfliktu.
Jeżeli rezerwowa brygada ma być użyteczna w pierwszych tygodniach wojny, jej sprzęt musi istnieć przed wojną. Musi być zmagazynowany, obsługiwany, konserwowany i przypisany. A jeżeli już istnieje sprzęt dla brygady, jej kadra, miejsca mobilizacji, system logistyczny i plan szkolenia, pozostaje pytanie: dlaczego brygada ta nie może być elementem istniejącego związku operacyjnego?
Strzeżmy się mnożenia dowództw
Polska debata wojskowa ma niebezpieczną skłonność do odpowiadania na problemy organizacyjne tworzeniem nowych struktur. Nowe zagrożenie? Nowe wojska. Nowa technologia? Nowe dowództwo. Problem z rezerwą? Dowództwo Rezerw. Jeszcze większy problem z rezerwą? Nowy rodzaj Sił Zbrojnych.
Tymczasem stworzenie nowego dowództwa nie tworzy ani jednego wyszkolonego rezerwisty. Nie daje mu noktowizora. Nie przypisuje wozu. Nie zwiększa zapasu amunicji. Nie szkoli dowódcy drużyny. Nie powoduje też, że jego pracodawca chętniej zwalnia go na ćwiczenia.
Nowa struktura w teorii może usprawnić zarządzanie. Ale równie dobrze może stworzyć kolejny poziom pośredni pomiędzy człowiekiem a jednostką, w której ma walczyć. Przed utworzeniem Dowództwa Rezerw warto zadać pytanie: jaką konkretną odpowiedzialność chcemy mu przekazać i komu ją jednocześnie odbierzemy?
Jeżeli nie potrafimy wskazać odpowiedzi, prawdopodobnie nie potrzebujemy nowego dowództwa. Potrzebujemy lepszego wykonywania zadań przez istniejące struktury.
Najpierw rezerwy. Potem ewentualnie dowództwo
Może się zdarzyć, że kiedyś skala Sił Zbrojnych uzasadni utworzenie wyspecjalizowanego dowództwa odpowiadającego za duże związki taktyczne rozwijane wyłącznie mobilizacyjnie. Ale kolejność musi być właściwa. Najpierw organ dowodzący – np. Sztab Generalny powinien stwierdzić, że potrzebuje określonej liczby dodatkowych brygad, których nie można racjonalnie umieścić w obecnej strukturze dywizji.
Następnie powinno zgromadzić dla nich sprzęt, stworzyć kadrę, wyznaczyć miejsca mobilizacji, zbudować system szkolenia i przeprowadzić ćwiczenia mobilizacyjne. Dopiero wtedy można zapytać, czy skala tych sił wymaga osobnego dowództwa. Nie odwrotnie. Bo jeżeli najpierw stworzymy dowództwo, bardzo szybko pojawi się instytucjonalna potrzeba znalezienia dla niego wojsk.
Potrzebujemy jednej armii z dużą rezerwą
Dlatego polemika z gen. Gromadzińskim i Mariuszem Błaszczakiem nie powinien dotyczyć tego, czy Polska potrzebuje silnej rezerwy. Potrzebuje jej bezdyskusyjnie. Nie powinien również dotyczyć aktywizowania rezerwistów, płacenia za gotowość, współpracy z pracodawcami czy specjalistycznych kontraktów. Wiele z tych pomysłów jest potrzebnych.
Spór dotyczy architektury. Czy rezerwa ma być osobnym organizmem? Czy ma być integralną częścią armii? Opowiadam się zdecydowanie za drugim rozwiązaniem, w którym rezerwa osobowa SZ RP posiada centralnego właściciela procesu, ale zdecentralizowanego właściciela zasobów osobowych.
W strukturze potrzebujemy organu, który definiuje standardy, prowadzi ewidencję kompetencji, mierzy gotowość, synchronizuje szkolenie i kontroluje wykonanie. Nie musi to być Dowództwo Rezerw. Może być silny Inspektorat Rezerw w istniejącym systemie dowodzenia.
Na dole struktury dowodzącym żołnierzem rezerwy powinien być dowódca jednostki, w której żołnierz ten ma walczyć. Pomiędzy nimi powinny znajdować się jednostki zapasowe odpowiedzialne za szkolenie, rozwinięcie mobilizacyjne oraz odtwarzanie strat.
Nie potrzebujemy bowiem osobnej armii rezerwowej stojącej obok pierwszorzutowej. Potrzebujemy jednej armii, która potrafi z sił czasu pokoju rozwinąć się do znacznie większych Sił Zbrojnych czasu wojny – bez skomplikowanej zmiany systemu dowodzenia, bez improwizacji z jasnym, uprzednio przygotowanym systemem rezerw.
[1] https://zero.pl/news/od-rozbrojenia-do-abramsow-gen-gromadzinski-potrzebna-jest-budowa-rezerw-a-nie-pijar
[2] https://obronanarodowa.pl/artykuly/rezerwa-kompetencyjna-sz-rp-czesc-ii-wiez-z-jednostka-motywacja-logistyka-pracodawcy-i-zmiany-prawne/


