
Trwa dyskusja o wzroście zadłużenia Polski. Rząd tłumaczy je niezbędnymi wydatkami na zbrojenia. Były premier Mateusz Morawiecki wzywa z kolei do „głębokiego przemyślenia polityki zakupowej” i tego, by patrzeć na inwestycje obronne przez pryzmat zwrotu dla gospodarki. – Bez bezpośrednich zakupów zagranicznych, bez międzynarodowych partnerstw, rozwinięcie zaawansowanych zdolności przemysłowych od zera byłoby w naszych realiach skrajnie trudne, o ile w ogóle możliwe – uważa były szef BBN Jacek Siewiera.
- Były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Jacek Siewiera w rozmowie z Zero.pl odniósł się do trwającej dyskusji na temat gigantycznych wydatków Polski na obronność.
- Rząd podkreśla, że nie możemy rezygnować z gigantycznych nakładów na zbrojenia, chociaż generują one presję na finanse publiczne.
- Były premier Mateusz Morawiecki wezwał niedawno MON do „głębokiego przemyślenia polityki zakupowej” i kierowania się logiką stopy zwrotu z inwestycji. – To nie jest tak, że możemy sobie mówić „zadłużajmy się bez końca, bo to jest ważniejsze niż utrata niepodległości” – stwierdził.
- Jacek Siewiera przestrzega przed „otwieraniem furtki do podważania fundamentalnych przygotowań Sił Zbrojnych do osiągnięcia właściwej gotowości bojowej”.
– Polska wydaje najwięcej z państw Unii Europejskiej na obronność. Z tego względu finanse publiczne są bardzo napięte – mówił na początku października rzecznik rządu Adam Szłapka.
Rosja zmusza nas do rekordowych wydatków
Przyznał, że wydajemy „rekordowe pieniądze”, ale ocenił, że „musimy to robić”. – Rosja jest zagrożeniem, potrzebujemy sprawnej armii, przemysłu obronnego – podkreślił.
Słowa te padły w kontekście działań, jakie Polska podejmuje, by stosować się do zaleceń Rady Unii Europejskiej w związku z procedurą nadmiernego deficytu. Nasz kraj jest nią objęty od 2024 r., ponieważ rok wcześniej przekroczyliśmy próg 3 proc. PKB, jeśli chodzi o deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych. To jedno z głównych kryteriów fiskalnych z Maastricht, według których Bruksela ocenia „zdrowie” finansów publicznych w krajach członkowskich.
Wśród rekomendacji Rady UE dla Polski (przyjętych w 2025 r.) jest pozbycie się problemu nadmiernego deficytu w horyzoncie do 2028 r. (zobowiązał się też do tego sam rząd Donalda Tuska w średniookresowym planie budżetowo-strukturalnym) oraz przestrzeganie określonego tempa wzrostu wydatków netto. Na posiedzeniu rządu 6 października – po którym padły cytowane wyżej słowa Adama Szłapki – minister finansów i gospodarki Andrzej Domański składał sprawozdanie z tego, co robimy, aby się do tych zaleceń stosować.
Resort finansów przyznaje wprost: prognozowane tempo wzrostu wydatków w latach 2025-2027, tak w ujęciu rocznym (oprócz 2026 r.), jak i skumulowanym, będzie wyższe od tempa, jakie rekomenduje nam Rada UE. Ale, jak podkreśla MF, to odchylenie od zalecanego tempa „zmieści się” w marginesie elastyczności, jaki dała nam w ubiegłym roku Komisja Europejska.
Chodzi o tzw. klauzulę wyjścia, zwaną też klauzulą ucieczki (ang. NEC – national escape clause), dzięki której możemy wydać więcej pieniędzy, niż wynikałoby z zalecanej przez UE ścieżki. Powodem są zakupy dla wojska, które w sytuacji zagrożenia ze strony Rosji muszą być duże. UE w ramach klauzuli wyjścia dopuszcza odchylenie od rekomendowanej ścieżki wydatków o maksymalnie 1,5 proc. PKB. Polska – według wyliczeń przedstawionych przez ministra Domańskiego – zmieści się w tym limicie, bo w 2027 r. skumulowane odchylenie (a więc wszystkie nadprogramowe wydatki z lat 2025-2027) ma wynieść 1,1 proc. PKB.
W związku z powyższym, resort finansów uważa, że Komisja Europejska podczas oceny realizacji wytycznych Rady UE przez Polskę uzna je za zgodne z zaleceniami.
Finanse publiczne pod ścianą
Nie zmienia to jednak faktu, że wskaźniki deficytu i długu wyglądają słabo. MF zakłada, że deficyt w relacji do PKB wyniesie 7,1 proc. w 2027 r. W 2026 r. skala deficytu też ma być większa niż 7 proc. PKB – niedawno agencja ratingowa Fitch podała prognozę, że będzie to 7,3 proc. PKB. Ponieważ dochody budżetu nie pokrywają w pełni potrzeb wydatkowych, nakręca się spirala zadłużenia.
Według strategii zarządzania długiem sektora finansów publicznych na lata 2026–2030 nasz dług netto w relacji do PKB wyniesie 51,9 proc. w 2026 r., w 2027 r. – 54,7 proc., a w 2028 r. przekroczy próg ostrożnościowy 55 proc. zapisany w ustawie o finansach publicznych (powyżej tego poziomu ma utrzymywać się też w latach 2029-2030).
Czytaj więcej: Zbliżamy się do czerwonej linii. Jeśli rząd zaciśnie pasa, odczujemy to w portfelach
W projekcie ustawy budżetowej na 2027 r. rząd zabezpieczył 131,7 mld zł na wydatki na obronność. Razem z kwotą z Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych, który jest poza budżetem (66,4 mld zł), daje to łączną pulę 198,1 mld zł, co stanowi nieco ponad 4,51 proc. PKB planowanego na 2027 r.
MF przypomina przy tym, że część wydatków na obronę narodową w 2027 r. finansowana jest w ramach unijnego programu SAFE, a to oznacza, że znaczna część sprzętu wojskowego nabywana jest w cenach netto (zakupy są zwolnione z VAT-u). „Przekłada się to na fakt, że za zaplanowaną na 2027 r. podobną – co do nominału – pulę środków jak w poprzednim roku na obronę narodową, można zrealizować większy ilościowo zakres nabywanego sprzętu wojskowego” – czytamy na stronie resortu.
Morawiecki: Nie możemy sobie mówić „zadłużajmy się bez końca”
Politykę wydatkową państwa polskiego w zakresie obronności wziął niedawno pod lupę były premier Mateusz Morawiecki, od kilku miesięcy lider stowarzyszenia Rozwój Plus (powstało na skutek kryzysu w Prawie i Sprawiedliwości). Morawiecki zaprezentował założenia nowej polityki obronnej (raport „Armia na wojnę, nie na defiladę”), opartej na czterech filarach.
Jeden z nich to zmiana spojrzenia na finansowanie obronności. – To nie jest tak, że możemy sobie mówić „zadłużajmy się bez końca, bo to jest ważniejsze niż utrata niepodległości” – stwierdził były premier, prezentując raport. – Ten dylemat jest postawiony nieprawidłowo. (…) Te wielkie pieniądze, które są angażowane, muszą ulec takiej przebudowie (…), żeby marża i rentowność wytwarzana przez system zbrojeniowy dawała z powrotem do gospodarki zwrot w podatkach, nowe patenty, know-how, technologię.
Jacek Siewiera: Nie potrzebujemy niebezpiecznych pojęć
Jacek Siewiera, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, a obecnie ekspert think tanku Atlantic Council, obawia się, że możemy otworzyć dyskusję o tym, czy obecne wielkie wydatki na obronność są uzasadnione. A taka dyskusja w obliczu sytuacji za naszą wschodnią granicą nie jest pożądana.
– To brzmi tak, jakby wydatki, których dzisiaj dokonuje Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Ministerstwo Finansów były nieracjonalne – mówi Zero.pl Siewiera. – Jeśli ktoś stawia taką tezę i posiada na to jakiekolwiek twarde dowody, to bardzo prosiłbym, żeby je publicznie przedstawił. Opinia publiczna powinna o tym wiedzieć, wojsko powinno o tym wiedzieć – jeżeli rzeczywiście te środki są wydawane w sposób nieracjonalny.
– A jeżeli uznajemy, że rząd wydaje te pieniądze racjonalnie, to proszę bardzo ważyć słowa, których używamy w debacie publicznej – dodaje. – Nie potrzebujemy dzisiaj pojęć, które są po prostu niebezpieczne, ponieważ otwierają furtkę do podważania fundamentalnych przygotowań Sił Zbrojnych do osiągnięcia właściwej gotowości bojowej.
Mateusz Morawiecki zaapelował też do kierownictwa MON, dając do zrozumienia, że obecne wydatki na zbrojenia są w dużym stopniu importochłonne, kosztem impulsu dla krajowej gospodarki.
Importu za dużo czy w sam raz?
– Wzywam Ministerstwo Obrony Narodowej do bardzo głębokiego przemyślenia polityki zakupowej – powiedział były premier podczas prezentacji raportu „Armia na wojnę, nie na defiladę”. – Podam przykład: 6,5 mld zł (...) to jest gigantyczna kwota, która mogłaby przynieść tysiące miejsc pracy dla inżynierów, dla specjalistów, dla ekspertów, dla pracowników. 6,5 mld zł przeznaczane jest na granatniki Karol Gustaw szwedzkiej firmy Saab, podczas gdy podobny potencjał produkcyjny – przy, oczywiście, rozwinięciu linii technologicznych – ma polska firma z Tarnowa. To jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe.
Polityk Rozwoju Plus odniósł się tutaj do umowy podpisanej na początku 2024 r. przez Agencją Uzbrojenia na dostawę ponad 6 tys. sztuk wielozadaniowych granatników Carl-Gustaf M4 od koncernu Saab ze Szwecji.
Czytaj także: Wielka armia bez etatów. Kulisy budowy wojska w czasach populizmu
Zdaniem Jacka Siewiery polski przemysł zbrojeniowy musi rozwijać niezależne zdolności i robi to, ale osiągnięcie zaawansowanego poziomu technologicznego wymaga zagranicznych zakupów i partnerstw. W tym kontekście – przekonuje w rozmowie z naszym portalem – import nie stoi na przeszkodzie w rozwijaniu własnych kompetencji.
– Uważam, że jest dokładnie odwrotnie. Nasz krajowy przemysł zbrojeniowy może i musi rozwijać zdolności do samodzielnej produkcji uzbrojenia, które jest nam jako państwu niezbędne do obrony. I nasz przemysł to robi. Natomiast bez bezpośrednich zakupów zagranicznych, bez międzynarodowych partnerstw, bez spółek joint venture, bez współinwestycji i bez wejścia polskich zakładów w globalne łańcuchy dostaw, rozwinięcie tego typu zaawansowanych zdolności przemysłowych od zera byłoby w naszych realiach skrajnie trudne, o ile w ogóle możliwe.
– Spójrzmy na fakty: aby opracować zdolności rażenia dalekiego zasięgu – pociskami rakietowymi o zasięgu przekraczającym 1000 km – Stany Zjednoczone prowadziły nieprzerwane prace badawczo-rozwojowe i inwestycje przemysłowe od czasów II wojny światowej: od momentu, kiedy Wernher von Braun udał się do Ameryki i kontynuował badania nad technologią rakietową, które wcześniej realizowano po stronie niemieckiej. Cały amerykański program kosmiczny stanowił gigantyczny wkład intelektualny i inżynieryjny w rozwój współczesnych technologii rakietowych – wskazuje były szef BBN.
– Jak wyobrażamy sobie wejście w posiadanie kompletnej, suwerennej wiedzy przemysłowej bez strategicznych partnerstw technologicznych? Tego się po prostu nie da zrobić od podstaw w krótkim czasie. Nasz przemysł może natomiast nauczyć się nowoczesnej produkcji, wejść w łańcuchy dostaw globalnych koncernów, zrozumieć te technologie i na tej bazie zacząć konstruować własne jednostki napędowe.
Jacek Siewiera, Atlantic Council
Według Jacka Siewiery to zresztą już się w Polsce dzieje, a dowodem może być stosowanie na masową skalę małych silników rakietowych krajowych producentów w dronach dalekiego zasięgu, o czym „być może nie mówi się szeroko w mediach”.
– Jednak jako polski przemysł nie jesteśmy w stanie przeskoczyć ani ominąć 80 lat procesów badawczo-rozwojowych prowadzonych za Atlantykiem. Partnerstwa strategiczne są w tym względzie krytycznie ważne – i polski przemysł dokładnie tę drogę dziś realizuje.

