W ostatnich dniach opinia publiczna zwraca uwagę na zarobki młodego lekarza bez specjalizacji. Stanowią one wielokrotność wynagrodzenia, które jest codziennością milionów Polaków. Chociaż wokół tej sprawy pojawia się coraz więcej argumentów natury politycznej, warto zwrócić uwagę na dwie merytoryczne kwestie. Po pierwsze, wciąż nie podjęto działań, które mogłyby systemowo takim sytuacjom przeciwdziałać. Po drugie, wobec katastrofalnej sytuacji finansowej systemu ochrony zdrowia wciąż nie podjęto szeregu decyzji, które mogłyby zmniejszyć galopujące koszty jego utrzymania.
Kosmiczne stawki
Przeczytaj także: Ujawniamy, jak pracował 28-letni lekarz milioner. Telewizja i polityka zamiast leczenia
Ponad rok temu, kiedy miałem okazję przewodniczyć pracom Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia. Wszyscy – pracodawcy, związki zawodowe i rząd – uznaliśmy, że trzeba porozmawiać o wynagrodzeniach w ochronie zdrowia. Wynikało to z tego, że ustawa o minimalnych wynagrodzeniach spełniła swoją rolę – zatrzymano emigrację pracowników w sektorze, liczba zainteresowanych pracą w systemie jest olbrzymia. Mało tego, Polski Instytut Ekonomiczny uznał zawód pielęgniarki za najbardziej atrakcyjny dla absolwentów szkół wyższych.
Jednocześnie, jako pracodawcy, wspólnie ze związkami zawodowymi powiedzieliśmy jasno, że nie zgodzimy się na nowelizację ustawy dotyczącej pracowników etatowych bez ograniczenia, często kosmicznych, wynagrodzeń kontraktowych.
Przeczytaj także: Radny KO w szpitalu zarobił 1,6 mln zł. Postępowanie dyscyplinarne
Kilkanaście miesięcy później jesteśmy dokładnie w tym samym miejscu. Narodowy Fundusz Zdrowia już jedną trzecią swojego budżetu przeznacza na finansowanie ustawy podwyżkowej i wzrostu wynagrodzeń kontraktowych, tymczasem na stole nie ma nawet projektu nowelizacji ustawy. Od jakiegoś czasu trwa natomiast debata, czy zbieranie danych o wynagrodzeniach kontraktowych nie narusza najrozmaitszych praw, przede wszystkim lekarzy. Wypada przypomnieć, że czego nie można zmierzyć, tego nie można poprawić.
20 mld zł na minusie
Ta zwłoka dzieje się, kiedy wszyscy maszerujemy wzdłuż klifu. Przed weekendem opublikowano informację o prognozie przychodów Narodowego Funduszu Zdrowia na kolejne trzy lata. Okazuje się, że rząd projektuje przychody płatnika w taki sposób, żeby osiągnąć minimalny poziom wydatków wskazany w ustawie „7 proc. PKB na zdrowie”. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że w przyszłym roku znowu zabraknie ponad 20 mld zł na wydatki NFZ. To pozycje kosztowe, których Fundusz sam sobie nie wymyślił, tylko są efektem hojnej polityki kolejnych ministrów zdrowia.
Przy czym, jeżeli komuś się wydaje, że można byłoby te wydatki ograniczyć – wspomniane 20 mld zł to w końcu mniej niż 10 proc. rocznego budżetu na świadczenia – jest w błędzie. Pacjenci w szpitalach nie udają, wydatki na podstawową opiekę zdrowotną czy refundację apteczną muszą być realizowane na bieżąco – prawie 100 proc. wydatków NFZ ma charakter sztywny.
Kiedy starano się cokolwiek zrobić z diagnostyką obrazową, wybuchła awantura na całą Polskę, a pacjenci odczuli skutki na własnej skórze. Uzysk z tego miał wynieść 500 mln zł, czyli czterdzieści razy mniej, niż wyniesie przyszłoroczna luka finansowa. Pomyślmy, czym by się skończyło przeskalowanie takich cięć kilkudziesięciokrotnie.
Przywrócić odpowiedzialność
Co to wszystko oznacza w kontekście politycznej awantury wokół olbrzymiego wynagrodzenia młodego medyka? Czas na przywrócenie elementarnej odpowiedzialności w systemie ochrony zdrowia.
Regulatora, żeby zmniejszył presję kosztową w systemie i zmusił ośrodki do racjonalnego gospodarowania pieniędzmi podatników. Ktoś w końcu z tym medykiem zawarł umowę, na podstawie której wystawił faktury o tak dużej wysokości. Potrzebna jest przejrzystość, żebyśmy mogli takie „michałki” jak zarobki powyżej miliona złotych wyłapywać nie dzięki publikacjom medialnym, a danym zbieranym przez instytucje publiczne.
Polityków, aby przestali przerzucać się argumentami, jak do tego doszło, a zaczęli rozmawiać, jak z tego wyjść.
Strony społecznej, żebyśmy się samoograniczali, nie zawsze szukając rozwiązania w duchu „wincyj pieniędzy”. Bo zrzucanie pieniędzy z helikoptera tworzy właśnie takie historie jak ta ze Szpitala Południowego.

