Rynek minivanów praktycznie nie istnieje, przynajmniej w Europie. Te jakże praktyczne samochody zostały wykoszone przez duże SUV-y, a koncernom udało się wmówić klientom, że siedmiomiejscowy SUV jest dobrym zastępstwem siedmiomiejscowego minivana.
To oczywista ściema i wie o tym każdy, kto siedział w takim SUV-ie w trzecim rzędzie. Albo widział bagażnik takiego auta. Tak czy owak – tak to u nas funkcjonuje.
Xpeng X9: miało być tak pięknie
Tymczasem Xpeng wprowadza na nasz rynek kolejny model i jest to właśnie minivan. X9, bo o tym modelu mowa, to auto wręcz gigantyczne, stawiające na komfort podróży, cechujące się bogatym wyposażeniem. Zacznijmy od wymiarów: 5316 mm długości i aż 3160 mm rozstawu osi mówią same za siebie, powiedzieć, że w kabinie jest wygodnie, to nic nie powiedzieć.
Albo nawet więcej, bo układ siedzeń to 2+2+3. Czyli w drugim rzędzie mamy fotele kapitańskie, obrzydliwie zresztą wygodne, pokryte skórą Nappa. W trzecim rzędzie Nappy już nie ma, ale mimo wszystko – jest serio ładnie. W ogóle materiały wykorzystane w tym aucie są wysokiej jakości, a ponadto pasażerowie w drugim i trzecim rzędzie mają do swojej dyspozycji wielgachny telewizor – bo trudno nazwać to ekranem – zamontowany w podsufitce.

Xpeng X9. (fot. materiały prasowe)
Jak trwoga, to do Boga. Ferrari po giełdowej katastrofie sięgnęło po asa w rękawie
I wiecie państwo, lista ochów i achów jest naprawdę długa. System audio z 27 głośnikami (2180 W!), pneumatyczne zawieszenie, wielki bagażnik nawet przy rozłożonym trzecim rzędzie, układ czterech skrętnych kół, udane xpengowe multimedia, wreszcie pięciostrefowa klimatyzacja z pompą ciepła.
Zaraz, co? Pompa ciepła?
Tak – Xpeng X9 to elektryk
I to jest fatalna informacja. Producent zastosował tutaj dość duże baterie, przyznajmy, bo w zależności od wersji ich pojemność waha się od 94,8 kWh do 110 kWh. Tylko że… mówimy tutaj o gigantycznej, ciężkiej cegle na kołach. Szczerze nie spodziewam się, że ten samochód będzie w stanie przejechać po autostradzie więcej niż 150-200 km. Producent obiecuje ponad 500 km zasięgu w każdej wersji, ale to się po prostu nie może udać. Może w mieście. Przy czym przez „udać” mam na myśli ze 300-400 km.

Xpeng X9. (fot. materiały prasowe)
Jeszcze Niemcy nie zginęły. Tak wygląda odpowiedź na szturm chińskich elektryków
Co z kolei oznacza, że ten prawdopodobnie obrzydliwie komfortowy (bo tak to wygląda) minivan będzie służyć głównie jako VIP shuttle z lotniska albo coś w tym stylu. O ile oczywiście ktoś zdecyduje się go kupić w tym celu.
Piszę o tym wszystkim wręcz rozżalony, ponieważ wersja EREV, czyli tzw. superhybryda, istnieje. Jest oferowana w Chinach. Takie auto miało by znacznie więcej sensu i kibicowałbym Chińczykom, gdyby wprowadzili taką wersję do Europy.
A tak mamy auto, które będzie dla nikogo. Ale to kolejny kamyczek do xpengowego ogródka, ponieważ Xpeng jako marka oferuje naprawdę dobre auta elektryczne, ale… w Polsce nikt ich właściwie nie kupuje. Xpeng na drodze w Warszawie to biały kruk, a poza Warszawą wolę nie myśleć.
To kolejny przykład, że Chińczycy nie umieją spojrzeć na potrzeby reszty świata
Koncernom z Państwa Środka roi się przejęcie kontroli nad europejskim rynkiem, ale fakty są takie, że próbują nam wciskać auta bardzo często co najwyżej średnie. Niedostosowane do naszych potrzeb, za to zrobione pod chiński gust.
W których znajdziemy jakąś bzdurę typu tryb drzemki, który Chińczycy rzeczywiście kochają, ale nikt nie zwróci np. uwagi na porządne tłumaczenie menu. Albo które są megaszybkie na prostej, ale w rzeczywistości nie da się nimi jeździć. Bo kto jeździł chińskim autem raz, ten wie, że oni kompletnie nie przykładają żadnej wagi do pracy zawieszenia. Ma się turlać z punktu A do punktu B. Bo tak jeżdżą w Chinach, gdzie kultury motoryzacyjnej de facto nie ma.
A u nas taka kultura jest i kierowca chce się w swoim aucie czuć dobrze.
Biorąc jeszcze pod uwagę cenę Xpenga X9 jest dla mnie jasne, że to samochód na ten moment skierowany absolutnie do nikogo.
Cennik startuje od 324 900 zł, a zamyka się na 389 900 zł. Za samochód, który jest praktycznym i luksusowym minivanem, a prawdopodobnie nie dojedzie z Warszawy do Kielc.
Szczerze kibicuję, że trafi do nas hybryda. Na ten moment – nie rozumiem, po co nam ten samochód.

