Komórki w szkołach podstawowych podzielą los psów w sklepach spożywczych. Zostaną na zewnątrz. Szkoła polska, walcząc z komórkami, wróci do starych, dobrych czasów PRL.
Nie, nie chodzi o to, że system szkolny czegoś uczniom zakaże albo coś nakaże. W szkołach to normalka. Zakaz komórki to i tak mały pikuś w porównaniu z tym, że każemy dzieciom i nastolatkom siedzieć w ławkach i zapamiętywać, co mówi do nich nauczycielka. To dopiero jest przemoc. Warto pamiętać, że szkoła masowa została wymyślona po to, aby narzucać przekaz. Ten przynoszony do szkoły z domu zmodyfikować, a w razie oporu odrzucić.
Polecamy także: MEN jak niesforny uczeń: wszystko zostawia na ostatnią chwilę
W głowach się poprzewracało
Kiedy do szkoły chodził przyszły premier Polski, Wincenty Witos:
Nikt nie uwierzyłby największemu nawet prorokowi, ażeby Ziemia mogła się obracać, a słońce stać w miejscu. Rozumowano sobie też, że gdyby Ziemia, jak to mówią uczeni, była okrągła, to by się woda w morzu ani w rzekach nie utrzymała. Na ten temat dosyć było debat, ale też i kpin z różnych profesorów, „którym się poprzewracało w głowach” i którzy starają się poprzewracać i drugim.
Ale to właśnie owi profesorowie wymyślali programy, podręczniki i mapy szkolne. A także świadectwo ukończenia szkoły...
Sprawdź też: We wtorek nowy rok szkolny. Akcja Uczniowska domaga się dymisji Nowackiej
Również w II RP szkoła wiedziała lepiej. Szkoła powszechna dalej była „ludowa”, ale nie w znaczeniu: co lud myśli, to stanowi podstawę programową. Tylko: pal licho, co lud myśli, ważne, co będzie myślał, kiedy skończy szkołę. Edukacja epoki Polski Ludowej nie odstąpiła od funkcji nauczania i kształtowania wbrew rodzicom.
W III RP widziałem na własne oczy, jak trudno było z takiego piedestału zejść. Oczywiście komunistyczne mądrości wywietrzały błyskawicznie. Zaczęła się za to era pochwalania dynamizmu jednostek, społeczeństwa obywatelskiego i przedsiębiorczości (powstał nawet odrębny przedmiot „Przedsiębiorczość”, prowadzony przez nauczycieli, co samo w sobie jest nieco zabawne). Jednak powoli, powoli przekaz domowy i szkolny uśredniał się.
Aż do wymuszenia braku komórek w szkole, wśród rozsądnych, uczonych argumentów:
- bardzo łatwo o uzależnienie,
- rozpraszanie uwagi to ostatnie, czego potrzebują młodzi w szkole,
- nadmiernie kontrolujący dzieci rodzice zostają powstrzymani.
Takie czasy
Argumenty te nie są podzielane przez bardzo znaczący odsetek rodziców. No, dobra, mało kto wierzy, że smartfon świetnie robi na mózg i dziecko powinno z niego korzystać, ile wlezie. Raczej coś tam, jako rodzice, ograniczamy, coś tam marudzimy. Natomiast praktyka domowa jest zwykle inna niż ta, na straży której ma stanąć szkoła. Używamy smartfonów co chwilę, przy dzieciach. I przez palce albo po prostu bez reakcji patrzymy na sięganie po ekranik przez dzieci. Bo takie czasy.
Oczywiście szkoła zakazuje też palenia papierosów czy picia alkoholu. W wielu domach (zgroza!) pali się „papieroski”, co jednak nie skutkuje zezwoleniem na dymka w wykonaniu 11-latka. Szkoła zakazuje alkoholu, w domach bywa z tym różnie. Nie przywykliśmy jednak do tego, aby popijać z małoletnimi.
Telefon komórkowy jest traktowany inaczej. To używka tolerowana w nieporównywalnie większym stopniu niż inne używki. To znaczy tolerowana poza szkołą. Bo szkoła wie lepiej. No to jak, wyśmiewamy to, że „wie lepiej”, czy wybieramy z nią sojusz?


