Co piąta osoba studiująca w Polsce znalazła się w najniższej grupie wyników badania OECD dotyczącego rozumienia tekstu – podaje „The Economist”. To alarm, który wskazuje na poważne trudności z przetwarzaniem bardziej złożonych informacji. Nie jest to drobiazg ani temat do odłożenia na później. Tym bardziej zdumiewa reakcja Radosława Sikorskiego.
Wicepremier, szef Ministerstwa Spraw Zagranicznych, odpowiedział na alarm, który pojawił się po publikacji w „The Economist”, jednym zdaniem na platformie X: „Ale panowie rektorzy niezmiennie z siebie zadowoleni”.
Źródła problemu poza uczelniami
To nie jest diagnoza. To nawet nie jest krytyka. To internetowa zaczepka, która wygodnie przerzuca odpowiedzialność za poważny problem państwa na jedną grupę zawodową. Rektorzy stali się chłopcami do bicia, a nauka i szkolnictwo wyższe – kolejnym obszarem, nad którym można się pozamerytorycznie pastwić. To o wiele prostsze niż zaproponowanie realnego rozwiązania.
Oczywiście trzeba rozmawiać o jakości rekrutacji, a także o wymaganiach stawianych kandydatom i egzekwowaniu standardów. Ale prawda jest taka, że to nie uczelnie ani sami rektorzy obniżyli wymagania stawiane uczniom w szkołach podstawowych i średnich.
Przeczytaj także: Wiceminister nauki: osoby działające w układach często nie zdają sobie z tego sprawy
Co więcej, uczelnia nie jest w stanie w kilka pierwszych tygodni studiów naprawić wszystkiego, czego młody człowiek nie otrzymał przez lata edukacji szkolnej. Nie nauczy od podstaw czytania ze zrozumieniem, logicznego argumentowania i pracy z dłuższym tekstem bez czasu, narzędzi oraz odpowiedniego wsparcia systemowego. Zwłaszcza gdy zadaniem uczelni powinno być rozwijanie kompetencji zaawansowanych, a nie zastępowanie szkoły podstawowej i średniej.
Jeśli szukać winnych, to należy to robić w Ministerstwie Edukacji Narodowej, a nie w środowisku rektorów.
Najniższe nakłady
Sikorski odczytał tabelę „The Economist” wyjątkowo wygodnie. Zobaczył wynik i natychmiast znalazł politycznie bezpiecznego winnego.
Nie zapytał, co dzieje się w szkołach. Nie zapytał, jak pandemia, kryzys czytelnictwa, wszechobecne ekrany i zmiany programowe wpłynęły na przygotowanie młodych ludzi. Nie zapytał też, co rząd zamierza zrobić, aby uczelnie mogły stawiać wymagania, zamiast być ostatnią instytucją, która próbuje ratować zaniedbania całego systemu.
Przeczytaj także: Dyplom w godzinę i "automatyzacja sprzedaży". Ostry raport o wrocławskiej uczelni
To szczególnie osobliwe ze strony członka rządu. Finansowanie nauki i szkolnictwa wyższego nie jest przecież decyzją rektorów. Rząd sam podaje, że w 2026 r. łączne nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe wynoszą tylko 44,7 mld zł, a minister nauki otwarcie przyznał, że to nadal nie wystarcza.
W praktyce nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe wynoszą zaledwie 1,09 proc. PKB. To najniższy wskaźnik od 2018 r., kiedy weszła w życie Konstytucja dla Nauki, a tym samym największa dotąd reforma sektora.
Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich wielokrotnie podnosiła, że utrzymywanie wydatków na naukę i szkolnictwo wyższe na poziomie nieco ponad 1 proc. PKB oznacza pogłębianie dystansu dzielącego Polskę od najbardziej innowacyjnych gospodarek. Długotrwałe niedoinwestowanie sektora przekłada się na negatywne skutki społeczne i gospodarcze, pogarsza warunki prowadzenia badań oraz utrudnia zatrzymywanie talentów naukowych w Polsce.
Szyderstwo vs. odpowiedzialna polityka
Od wicepremiera można byłoby oczekiwać czegoś więcej niż uszczypliwego wpisu. Na przykład odpowiedzi na pytanie, jak państwo zamierza poprawić jakość kształcenia od szkoły podstawowej po doktorat? Jak wesprze nauczycieli? Jak odbuduje prestiż wiedzy, czytania, argumentacji i pracy intelektualnej? Jak pomoże uczelniom utrzymać wymagania w warunkach niżu demograficznego i coraz większej presji finansowej?
Przeczytaj także: Kto ma kasę, ten ma indeks? UJ uderza w patologiczną rekrutację
Nauka nie potrzebuje od polityków pochwał na wyrost. Potrzebuje uczciwej rozmowy i odpowiedzialności. Rektorzy powinni odpowiadać za jakość swoich uczelni. Ale rząd powinien odpowiadać za warunki, w których uczelnie funkcjonują.
Szyderstwo nie zastąpi polityki publicznej. A państwo, które na alarm o kompetencjach swoich studentów odpowiada kpiną z rektorów, nie rozwiązuje problemu. Ono tylko dołącza do chóru pogardy wobec nauki.


