- Emmanuel Macron ogłosił w Egipcie, że „epicentrum języka francuskiego” znajduje się dziś w dorzeczu Konga, a nie nad Sekwaną.
- Wypowiedź prezydenta Francji odsłania głębszy problem: demograficzne słabnięcie narodu, który przez wieki dominował kulturowo i politycznie w Europie.
- Od Rivarola po Céline’a – francuscy pisarze i myśliciele od dawna ostrzegali, że bez liczby ludności nie ma ani siły, ani suwerenności.
„Epicentrum języka francuskiego znajduje się dziś nie nad brzegami Sekwany, lecz w dorzeczu Konga. Tam bowiem żyje największa liczba tych, którzy mówią po francusku”. Tymi słowami prezydent Francji Emmanuel Macron, szczerze uśmiechnięty i nagradzany oklaskami, otwierał nowy kampus im. Senghora Uniwersytetu Frankofonii w egipskim Burdż al-Arab.
Była to deklaracja dwuznaczna, a także niemal symptomatyczna. Z jednej strony bowiem podkreślała światowy blask języka Woltera, z drugiej zaś dyskretnie zdradzała, że naród, który ten język stworzył i przez stulecia niósł niczym sztandar uniwersalistycznej cywilizacji, staje się demograficznie coraz mniej centralny wobec własnego dziedzictwa.
Łatwiej byłoby przełknąć, zwłaszcza Francuzom, afirmację Macrona, gdyby była zawieszona między pochwałą, a naganą. Gdyby prezydent Francji z entuzjazmem dostrzegał, że mali Egipcjanie uczą się o ludzkich małościach na podstawie bajek La Fontaine’a. A jednocześnie zauważyłby z przejęciem, że mali Francuzi nad Marną i Sekwaną odwracają się od własnego dziedzictwa.
Inwazja polityków na sieć badawczą. We władzach asystent Dariusza Jońskiego i historyk z PSL
Cały świat mówi po francusku
Na początku XIX wieku Rivarol z niemałą dumą dostrzegał, że Francuz czuje się u siebie wszędzie. W odróżnieniu od innych narodów, jego językiem władała bowiem większa część globu. Przypomina się jedna ze scen sympatycznego, skądinąd, komiksu o przygodach Tintina. Podczas śledztwa w jednym z krajów arabskich, wiecznie choleryczny kapitan Archibald Baryłka dziwi się, że otoczenie go nie rozumie. W pewnym momencie wybucha i krzyczy do jednej z kobiet schowanej za hidżabem: „Czy nie mogłaby pan mówić po francusku tak, jak każdy, normalny człowiek?”.
A przecież, jak przypomina stara polityczna roztropność, nie ma ani bogactwa, ani siły poza ludźmi. Czym innym jest cieszyć się żywotnością frankofonii, czym innym zaś przyjmować z ulgą demograficzne słabnięcie samej Francji, zwłaszcza w świecie, w którym coraz częściej używa się gramatyki dominacji i idiomu przemocy. Jeszcze nigdy prezydent Republiki nie sprawiał wrażenia tak pogodzonego z kurczeniem się własnego narodu, jakby stulecia hegemonii, splendoru i cywilizacyjnej dominacji pozostawiły po sobie nie dumę, lecz osobliwe znużenie samym faktem istnienia.
Jakby z zadowoleniem przyjmował fakt, że „wieczny alians między mową, a myślą”, który uczynił z francuskiego język encyklopedii, filozofii i prawa, musiał w końcu, na mocy logiki dziejów, osłabić się i oddać pola narodom, co prawda cywilizacyjnie słabszym, lecz demograficznie prężniejszym.
Znamy wynagrodzenia zarządzających Siecią Badawczą Łukasiewicz. Próbowano je ukryć
Suwerenność jako wspomnienie
Syntetycznie oceniał sytuację Francji pod koniec lat pięćdziesiątych Louis-Ferdinand Céline: „Francja była pierwszym narodem świata, kiedy miała 25 mln mieszkańców. Za Ludwika XIV Francja dyktowała swoje prawa całemu światu. Gdy Ludwik XIV chorował na niestrawność, cały świat się niepokoił. A jak jest teraz? W dzietności, w liczbie ludności, Francja stała się niczym. Czterdzieści mln Francuzów to jest nic, naprzeciw bloków, które mają obecnie miliardy. Bo przecież teraz mówi się o miliardowych populacjach.”
Jak zauważał autor „Podróży do kresu”, siła narodów warunkowana jest, li tylko, demografią. Kto nie ma numerycznej liczby, ten traci głos. Francja, która niegdyś dyktowała rytm kontynentowi, demograficznie znaczy dziś niewiele więcej niż prowincjonalny departament, uważał Céline. Nadal mówi językiem Ludwika XIV, lecz jej liczebna substancja dawno przestała odpowiadać imperialnym ambicjom.
I dlatego jej głos coraz częściej wybrzmiewa pustką. Państwo, które utraciło poczucie własnej siły, zaczyna szukać oparcia gdzie indziej, raz w cieniu Waszyngtonu, raz w geopolitycznych mirażach Moskwy.
Suwerenność staje się wtedy nie rzeczywistością, lecz wspomnieniem; retorycznym ornamentem przywoływanym przez kraj, który coraz mniej wierzy, że może jeszcze mówić własnym głosem.

